Diablo 2: Reign of the Warlock to żadna czarna magia, tylko czysty marketing

Jakub Piwoński
2026/02/27 09:00
0
2

Tym razem ruszamy na wschód u boku Czarnoksiężnika. Na nową zawartość w legendarnym klasyku Blizzarda czekaliśmy aż 25 lat. Czy było warto?

Grając w 11. sezon Diablo 4, z uśmiechem, ale i z ciarkami na plecach, przyjąłem powrót Andariel. Od razu przypomniało mi się, ile razy przyszło mi stawać naprzeciw bossa zamykającego pierwszy akt Diablo 2, nerwowo wspierając się kolejnymi antidotami. Jej powrót, podobnie jak powrót Duriela czy głośne wprowadzenie Paladyna, to wyraźne sygnały wysłane do społeczności graczy: Blizzard doskonale wie, że nic nie działa tak skutecznie jak odrobina nostalgii za legendarnym klasykiem. Ostatnio znów stanąłem naprzeciw Pani Bólu – tym razem w przestrzeni stworzonej specjalnie dla niej – przy okazji eliminując kilka innych potworów i przemierzając, zupełnie nową postacią, dawne lochy, jaskinie oraz pustynie tego kultowego RPG akcji.

W lutym Blizzard ewidentnie wcisnął pedał gazu. Jako że w tym roku wraca BlizzCon – impreza, która z reguły związana jest z wielkimi ogłoszeniami – studio postanowiło już teraz podgrzać atmosferę kilkoma ważnymi wieściami w obrębie swoich kluczowych marek, co ma tworzyć ciekawą perspektywę przed daniem głównym. Tak oto Overwatch 2 stał się na powrót Overwatch. Warcraft ma rozkręcić się jeszcze bardziej, choć trudno powiedzieć, czy trafiając przy tym w serca graczy, czy też koniunkturę i chęć spieniężenia marki. Zmiany dotkną też Hearthstone, choć zdecydowanie bardziej interesowało graczy to, co ma zadziać się z nieco zapomnianym StarCraftem – oficjalne ogłoszenia pominęły ten tytuł, ale sfera plotek aż huczy, wskazując na szykowanie nowej gry z tego świata.

Diablo 2: Reign of the Warlock
Diablo 2: Reign of the Warlock

Blizzard wciska pedał gazu

Wiśnią na torcie tego przyspieszenia ze strony Blizzarda pozostaje jednak wszystko to, co ujawniono w obrębie serii Diablo. Twarzą tych rewelacji stała się postać Czarnoksiężnika – nowej klasy, która wkrótce odsłoni przed nami kolejny rozdział Diablo 4 w nadchodzącym Lord of Hatred, równocześnie zmierzając też do Diablo Immortal. Największym zaskoczeniem okazał się jednak fakt, że tę postać można już teraz wypróbować. Weszła niespodziewanie, niejako tylnymi drzwiami, do kultowego Diablo 2. W ten sposób Reign of the Warlock to pierwsze DLC do gry od wielu, wielu lat. Jestem przekonany, że mamy tu do czynienia z marketingowym sukcesem. Ale czy to również nowa jakość?

Jakiś czas temu wspominałem w jednym newsie, że zapowiedź Lord of Hatred pozwala Blizzardowi tworzyć historię. Nigdy wcześniej żadna odsłona Diablo nie została wsparta dwoma DLC. Fakt ten jasno potwierdza, że narzekania w sieci mogą się wciąż pojawiać, a porównania do Path of Exile (zwłaszcza drugiego) mogą wciąż wychodzić na niekorzyść Blizzarda, ale nic nie jest w stanie zatrzymać popularności Diablo 4, które już teraz jest najszybciej sprzedającym się tytułem tej piekielnej serii. Ofensywa trwa dalej – studio dodaje kolejne rozszerzenie, tym razem do „dwójki”. Po bacznym przyjrzeniu się rozgrywce trudno jednak nazwać Reign of the Warlock pełnoprawnym DLC.

Diablo 2: Reign of the Warlock
Diablo 2: Reign of the Warlock

Spotkanie po latach

Przyznam, że to dziwne uczucie – opisywać swoje wrażenia z gry, która ma już 25 lat, a właśnie otrzymała nową zawartość. Po kilku latach spędzonych z Diablo 4, w tym jedenastu (mniej lub bardziej) wciągających sezonach, powrót do Diablo 2 był dla mnie jak sentymentalne założenie trochę ciasnego t-shirtu z dzieciństwa. Wyrosło się z pewnych rzeczy, o innych mechanikach się zapomniało. Wszystko, co kiedyś płynne, znowu stało się sztywne i uwierające, wszystko, co przyspieszyło – tu na powrót zwolniło. Zdecydowanie brak w tej przestrzeni oddechu, choć wciąż jest wyczuwalny dawany blask. Ta muzyka. Ten mrok. Powrót do „dwójki” zaserwowany przez Blizzarda utwierdził mnie w przekonaniu, że choć bardzo ceniłem Diablo 2 za jego klimat, z czasem seria znacząco oddaliła się od swoich pierwocin — a Diablo 4 jawi się dziś jako naturalny etap jej rozwoju.

Przejdźmy jednak do konkretów. Blizzard, zapowiadając nową klasę w Diablo 4 pozwolił nam wcześniej wypróbować jej element w Diablo 2 – i na tym w dużej mierze opiera się doświadczenie Reign of the Warlock. W centrum uwagi stoi teraz Czarnoksiężnik, a przed kliknięciem „stwórz nową postać” – wybierając ją spośród ośmiu klas – warto wiedzieć, z kim mamy do czynienia. To nie pierwsza postać władająca magią w historii serii, ale pierwsza w takiej formie. W Diablo był Mag, w Diablo 2 – Czarodziejka, w Diablo 3 – Czarodziej, a w Diablo 4 ponownie Czarodziejka. Ich wspólnym mianownikiem była wiedza i kontrola żywiołów. Czarnoksiężnik jest jednak zgoła inny – to mroczniejsze oblicze wydawania punktów many. Zamiast kul ognia i błyskawic mamy pakty, przywołania i podporządkowywanie demonów. W tym sensie bliżej mu do Nekromanty niż do jego magicznych „kolegów” z poprzednich odsłon.

Diablo 2: Reign of the Warlock
Diablo 2: Reign of the Warlock

Jest moc

To ciekawa postać, bo choć włada magią, można ją rozwijać jak wojownika. Nie ma problemu, by korzystał z ciężkiej broni. Sam design postaci i jej ruch wypadł trochę… kłopotliwie. Owszem, to dostojny osobnik, ale ponieważ jego bronie lewitują, wygląda to momentami, jakby machał nimi niczym ksiądz dający błogosławieństwo wodą święconą. Czarnoksiężnik nie ogranicza się jednak do machania lewitującymi klingami – jego możliwości są znacznie bardziej rozbudowane. Pierwsze drzewko, chaos, to klasyczne czary pozwalające siać spustoszenie wśród hord wrogów – od pocisków miazmatycznych po ogniste eksplozje rażące wszystko w pobliżu. Droga wynaturzenia skupia się na walce bronią, przy czym Czarnoksiężnik wciąż nie musi ich dotykać – bonusy do obrażeń dają sztylety lub dwuręczne bronie, jeśli wybierzemy bardziej ofensywny styl.

GramTV przedstawia:

Trzecie drzewko, demon, otwiera przed graczem prawdziwe piekielne możliwości – przywoływanie maszkary, które mogą wziąć na siebie obrażenia, atakować z dystansu lub sponiewierać wrogów. To dzięki nim czarnoksiężnik kontroluje pole bitwy, kierując ich zachowaniem i poświęcając ich zdrowie dla większych efektów obszarowych. Opcji zabawy jest naprawdę wiele. Ja sam wybrałem styl, w którym Czarnoksiężnik rzuca potężny pocisk z oddali, podczas gdy przeciwnicy zajęci są walką z moimi wysłannikami. I muszę podkreślić, że dzięki temu Czarnoksiężnik jest w grze bardzo potężny. Tak potężny, że momentami gra staje się zbyt łatwa. Jeśli te same umiejętności trafią do Diablo 4, znając dynamikę tej gry obawiam się, że sytuacja może jeszcze bardziej eskalować, nie dając bossom najmniejszych szans.

Diablo 2: Reign of the Warlock
Diablo 2: Reign of the Warlock

Czarna magia = czarny PR

Paradoks unikalnej mocy Czarnoksiężnika idzie w parze z tym, że od teraz w grze można uświadczyć więcej kapliczek i mikstur, jakby Blizzard obawiał się o naszą kondycję podczas starć. Są też inne aspekty poprawiające komfort gry. Niestety ekwipunek jest nadal malutki, ale za to skrzynka na łupy zyskała funkcję porządkowania i kolekcjonowania kryształów. To drobiazg, ale bardzo ułatwiający życie. Szczerze mówiąc, chciałbym, żeby coś podobnego trafiło też do Diablo 4. Warto wspomnieć, że filtry łupów i dodatkowe miejsce w skrzyni to elementy, które moderzy dodawali do oryginalnej „dwójki” kilkanaście lat temu za darmo. Zamykanie więc takich podstawowych "praw" gracza w płatnym DLC budzi spory niesmak.

Kolejna kwestia to endgame i możliwości, jakie daje nowa klasa. Grę zdynamizowano szczególnie z myślą o hardkorowych graczach (nie patrzcie na mnie). Z tego co mi wiadomo, Obszary Grozy zostały przyspieszone – potwory pojawiają się częściej, mapy zmieniają szybciej, a cykl rotacji skrócono z godziny do zaledwie 30 minut. Co więcej, Blizzard zapowiedział wyjątkowe wyróżnienie dla najpilniejszych: pierwsze 300 osób, które osiągną 99 poziom, zostanie uwiecznionych w pamiątkowej „Księdze Niepokonanych”. Świetna premia… kompletnie za to nieistotna dla regularnych graczy.

Diablo 2: Reign of the Warlock
Diablo 2: Reign of the Warlock

Postać bez historii

Jestem trochę zaskoczony tym, że niewiele komentarzy o Reign of the Warlock stawia sprawę jasno. Zewsząd docierają do mnie głównie podniosłe słowa. Podnoszony jest suchy fakt powrotu do gry po 25 latach i sentyment, jaki jest z tym związany. Nie powiem - mi także się udzielił. Ale po kilkunastu godzinach rozgrywki szybko schodzi się na ziemię. W głowie pojawia się myśl: trochę mało. Reign of the Warlock to taki gorący ziemniak, przerzucany z rąk do rąk, bo niby wielki powrót legendy, a jednak po chwili, gdy temperatura spada, traci na wartości. Druga myśl, korygująca pierwszą, brzmi: skąd w ogóle oczekiwania? Najwięcej tu pracuje zaskoczenie. Dostaliśmy coś, co jeszcze wczoraj nie istniało i dało powód do ponownej zabawy z ulubioną grą. To czasem wystarczy.

To co mogłoby uciszyć malkontentów kryje się w jednym słowie: fabuła. Czy Blizzard popełnił strategiczny błąd nie wprowadzając nowej treści razem z postacią? Według mnie tak. Brak nowej historii doskwiera, bo postać i jej mroczne oblicze są na tyle ciekawe, że trochę szkoda, że nie jest nam dane zwiedzenie z nią nowego obszaru, o marzeniu o akcie szóstym już nawet nie wspomnę. Możliwe jednak, że wygrała tu zimna pragmatyka. Nowa fabuła, dodana do gry sprzed 25 lat, mogłoby nieco pokomplikować kanon, wprowadzając nieścisłości względem kolejnych odsłon. Coś mi się jednak wydaje, że dobry scenarzysta poradziłby sobie z tym fantem, czyniąc nawet z tych czasoprzestrzennych zawiłości atut. Ale ponownie - skąd w ogóle te oczekiwania?

Quo vadis Blizzard?

Powrót do klimatu, który pokochałem lata temu, i do mechanik, które wtedy wydawały się rewolucyjne, wciąż wywołuje uśmiech, ale trudno nazwać go zachwytem. W kontekście tego, co przygotował Blizzard, warto zadać pytanie o ewentualny następny krok – bo wszystko wskazuje na to, że Reign of the Warlock to przede wszystkim test: naszej lojalności i nowego sposobu wskrzeszania legend. Jeśli liczby będą korzystne, droga otwarta do kolejnych dodatków. Z biznesowego punktu widzenia – opłacalne. Ale czy płatne półprodukty, pozbawione nowej fabuły, nie są odrobinę nieuczciwe wobec graczy? Przypomnę, że pierwszy Diablo wciąż nie doczekał się DLC od Blizzarda – Hellfire powstało przecież pod szyldem Sierry. Nie zapomnijmy też o Diablo 3, które zostało w nowych zapowiedziach kompletnie pominięte. Możliwości jest sporo. Psy mogą więc szczekać, ale Blizzard skrupulatnie kalkuluje – i kto wie, może kiedy liczby będą sprzyjać, ta karawana napędzana nostalgią zajedzie na wschód tak daleko, jak to tylko możliwe.

Komentarze
0



Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!