Odyseja to dobry przykład filmu, który udowadnia, że krytyka filmowa jeszcze nie umarła. I że nadal jest potrzebna – nie po to, by wydawać wyroki, ale by pomóc widzom nazwać to, co właśnie przeżyli.
Jeśli mierzyć wielkość filmu skalą dyskusji, jaką wywołał w przestrzeni publicznej, to w istocie Odyseja wielkim filmem jest. Jeśli mierzyć ją ilością wylanego hejtu – tu także mamy do czynienia z widowiskiem nieprzeciętnie doświadczonym. Droga filmu była długa i wyboista, niemal jak podróż tytułowego bohatera do Itaki. Ostatecznie jednak dobrnął do swojego celu. Nie wszystkim jednak w smak jest nazywanie tego finału sukcesem.
Odyseja
To była długa droga do domu
Byłem z tym projektem od pierwszej zapowiedzi. Christopher Nolan, po spektakularnym, ale w pełni zasłużonym sukcesie Oppenheimera, postanowił nie spoczywać na laurach. Krótko po ceremonii Oscarów rozeszła się wieść, że rozpisuje koncept nowego filmu. Prasa zaczęła spekulować. Pomysłów było mnóstwo. Żeniono Nolana z horrorem, po raz kolejny wracał temat Jamesa Bonda. Jak przystało jednak na twórcę w pełni autonomicznego, wybrał zupełnie inną drogę. Poprzeczkę, zawieszoną już niewiarygodnie wysoko sukcesem jednego z najbardziej dochodowych filmów biograficznych w historii, postanowił podnieść jeszcze wyżej.
Będę szczery do bólu – w pierwszej chwili bardzo trudno było mi kupić ten pomysł. Wydawało mi się, że Nolan sam buduje sobie konia trojańskiego. Adaptacja Odysei wyglądała jak pułapka. Z jednej strony wymagała gigantycznego budżetu, z drugiej – opowiadania historii tak fundamentalnej dla całej kultury Zachodu, że jej echa od dekad odnajdujemy w setkach filmów. Robienie Odysei w XXI wieku wydawało mi się trochę jak zachęcanie dziecka, żeby odłożyło Minecrafta i z własnej woli usiadło do szachów.
Czym jest jednak sztuka, jeśli nie zdolnością do podejmowania ryzyka? Zdawać by się mogło, że jeśli ktoś ma prawo wierzyć w powodzenie takiego przedsięwzięcia, to właśnie Nolan. Problem polegał na tym, że z każdym kolejnym miesiącem, gdy odsłaniano następne karty projektu, aura unosząca się wokół filmu robiła się coraz bardziej niepokojąca. Przyznaję ponownie – ten niepokój również podzielałem.
Sądy przed seansem
Matt Damon w roli Odyseusza? Kompletnie mi nie pasował. Wychowałem się na telewizyjnej Odysei Andrieja Konczałowskiego z Armandem Assante'em i od tamtej pory tytułowy bohater kojarzył mi się mniej ze sprytem, a bardziej z charyzmą. Damon, przynajmniej w moich oczach, nigdy jej nie miał. Im dalej, tym gorzej. Zdjęcia statków i kostiumów wydawały się zbyt... zwyczajne.Zapowiedzi wykorzystania praktycznych efektów specjalnych brzmiały z kolei bardziej jak hasło marketingowe niż zwiastun czegoś przełomowego. „Już to znamy”, „ktoś próbuje być lepszy od innych” – właśnie takie myśli przychodziły mi wtedy do głowy, co miało wskazywać reżyserską butę Nolana.
Najgłośniej zrobiło się jednak wokół obsady. Jeśli pamiętamy Diane Kruger z Troi Wolfganga Petersena, to pamiętamy przede wszystkim bardzo klasyczne wyobrażenie Heleny – delikatnej, eterycznej, odpowiadającej temu, jak kino przez lata przedstawiało kobiece piękno. Nolan świadomie wsadził kij w mrowisko, obsadzając Lupitę Nyong'o. Reakcja była łatwa do przewidzenia. Internet rozpalił się do czerwoności, a atmosferę dodatkowo podgrzały plotki o Achillesie, którego miał zagrać Ellen... tfu, Eliot Page. Jakby tego było mało, wielu widzom przeszkadzał amerykański język w ustach starożytnych Greków, inni nie potrafili zaakceptować nawet Toma Hollanda. Wszystko stało się przedmiotem internetowego śledztwa.
Łączyło je jednak jedno. Żaden z tych zarzutów nie został skonfrontowany z gotowym dziełem. Wyrok zapadł, zanim zgasły światła na sali kinowej.
Odyseja
W czym Gibson jest lepszy od Nolana?
Jestem kilka dni po seansie Odysei i wspominam to wszystko z niemałym zażenowaniem. Historia kina zna przecież mnóstwo przypadków filmów, które jeszcze przed premierą lub tuż po niej stawały się celem podobnych sporów. Pamiętacie, jak Joker z 2019 roku był oskarżany o gloryfikowanie przemocy? Podobne zarzuty przez lata kierowano pod adresem Chłopców z ferajny i wielu innych filmów Martina Scorsesego. W kontekście Odysei przypomina mi się jednak przede wszystkim Waleczne serce Mela Gibsona.
Do dziś historycy punktują temu filmowi dziesiątki nieścisłości. Kilty z niewłaściwej epoki. Romans Williama Wallace'a z Izabelą Francuską, która w rzeczywistości była jeszcze dzieckiem. Romantyzowanie szkockiej historii kosztem faktów. Lista zarzutów jest naprawdę długa. I wszystko to jest prawdą. Problem polega na tym, że trzydzieści lat później zdecydowanie więcej osób pamięta emocje, jakie wywołuje Waleczne serce, niż historyczne przypisy, które próbowano mu dopisać. Film zdobył pięć Oscarów i zapisał się w historii kina nie dlatego, że był podręcznikiem historii, ale dlatego, że był wielkim kinem.
Dlatego z niemałym uśmiechem przeczytałem (i udostępniłem) kilka dni temu wpis Elona Muska. Miliarder uznał, że ktoś powinien wyłożyć sto milionów dolarów na nową, „historycznie poprawną” (jeśli w ogóle można tak mówić o adaptacji fikcyjnego eposu opartego na mitach) Odyseję, a za kamerą najchętniej zobaczyłby... Mela Gibsona. Przyznam, że niemal zakrztusiłem się herbatą. W czym problem?Nie w tym, że Gibson nie byłby w stanie nakręcić znakomitego filmu. Wręcz przeciwnie. Uważam go za jednego z najwybitniejszych twórców kina historycznego ostatnich dekad. Ironia polega na tym, że jako wzór historycznej wierności wskazuje się właśnie autora filmu, który od trzydziestu lat pozostaje jednym z najczęściej wytykanych pod tym względem widowisk. I to wcale nie odbiera mu wielkości.
GramTV przedstawia:
Co więcej, nawet sam Gibson doskonale rozumie, że kino nie jest rekonstrukcją historyczną. W Pasji i Apocalypto zachwycał odwagą, każąc bohaterom mówić w językach epoki. Tymczasem zapowiadane Zmartwychwstanie Chrystusa ma już posługiwać się językiem angielskim. Dlaczego? Zapewne dlatego, że nawet on wie, iż są kompromisy, których kino nie tylko nie powinno się bać.
Odyseja
Internetowy spory zwykle przegrywają z wielkim kinem
Może właśnie dlatego z takim dystansem patrzę dziś na internetowe spory wokół Odysei. Krytyka jest potrzebna. Jest wręcz niezbędna. Ale tylko wtedy, gdy odpowiada na dzieło. Nie wtedy, gdy próbuje je zastąpić. Sam jestem recenzentem, a to nauczyło mnie jednego – jestem człowiekiem i mogę ulec uprzedzeniom. Nie walczę z tym, bo byłoby to skazane na porażkę. Wolę otwartość. W momencie, w którym konfrontuję się z dziełem, daję twórcy maksimum przestrzeni, by zaskarbił sobie moją uwagę i moją wrażliwość. Nie ma dla mnie znaczenia, ile niepokojących sygnałów dostałem wcześniej. Zapominam o nich. Gasną światła, pojawia się logo Universala, rozbrzmiewa muzyka i od tej chwili liczy się już tylko film. Tak właśnie było, ku memu zaskoczeniu, z Odyseją.
Nie wiem nawet, kiedy Matt Damon przestał być dla mnie Mattem Damonem. To chyba największy paradoks tego filmu. Aktor, którego przez lata uważałem za pozbawionego większej charyzmy, idealnie odnalazł się w roli człowieka, którego największą siłą nigdy nie były muskularne ramiona ani donośny głos. Jego Odyseusz nie wygrywa siłą. Wygrywa sprytem. Jest niepozorny, wycofany, ale jednocześnie emanuje inteligencją. I nagle okazało się, że wszystkie moje wcześniejsze wyobrażenia o tej postaci bardziej przeszkadzały mi w odbiorze filmu, niż pomagały.
Podobnie (choć nie zawsze równie celnie) było z pozostałymi decyzjami obsadowymi, które przez dwa lata wywoływały internetowe awantury. Nie ma tu Achillesa, jakiego wielu z nas sobie wyobrażało. Jest Sinon – człowiek wrzucony w wir wydarzeń wbrew własnej woli, rozpaczliwie szukający uznania, trochę jak aktor, który się w niego wciela. Nie ma tu także Heleny utrwalonej przez hollywoodzkie kino. Ciemny kolor skóry czy szrama przecinająca twarz nie odbierają jej znaczenia. Przeciwnie. Po raz pierwszy od dawna miałem wrażenie, że nie oglądam symbolu idealnego piękna, lecz bohaterkę z własnym ciężarem doświadczeń.
To nie jest film pozbawiony wad. Nolan chwilami zbyt nerwowo montuje niektóre sceny, a dialogi od czasu do czasu potrafią zatrzeszczeć. Sęk w tym, że w pewnym momencie przestało mieć to dla mnie większe znaczenie. Są sceny, które autentycznie przyspieszają bicie serca. Starcie z Cyklopem, zrealizowane przy wykorzystaniu praktycznych efektów specjalnych, okazało się dowodem na to, że kino wciąż potrafi zaskoczyć prostotą środków. Jeszcze większe wrażenie zrobił na mnie jednak sposób opowiedzenia wojny trojańskiej. Nolan odsłania jej kulisy stopniowo, uzależniając kolejne informacje od etapu podróży Odyseusza. Z punktu widzenia narracji zabieg ten to strzał w dziesiątkę. Znałem przecież tę historię, a mimo to oglądałem ją z autentycznym zaciekawieniem.
I chyba właśnie to zrobiło na mnie największe wrażenie. W pewnym momencie przestałem analizować film i łapać go na szczegółach — muzyka zaczęła mnie stopniowo wciągać w coś na kształt transu, a ja po prostu dałem się temu wszystkiemu ponieść. Kiedy zapaliły się światła, nie potrafiłem zebrać myśli. Wciąż potrafiłbym wskazać sceny, które skróciłbym lub poprowadził inaczej. Ale od wielu lat nie zdarzyło mi się, by film pochłonął mnie do tego stopnia. Nie kontrolowałem czasu. Nie analizowałem. Po prostu przeżywałem tę podróż razem z Odyseuszem.
Odyseja
Ten film ma wady. I co z tego?
Może właśnie dlatego z takim dystansem podchodzę dziś do wszystkich internetowych sporów wokół Odysei. Można zarzucać Nolanowi poprawność polityczną. Można twierdzić, że zbyt swobodnie interpretuje Homera. Można wytykać historyczne uproszczenia. Sam pewnie z częścią tych zarzutów byłbym w stanie się częściowo zgodzić. Tyle tylko, że żaden z nich nie zmienia najważniejszego – przez chwilę znowu poczułem się jak dzieciak, który z wypiekami na twarzy czyta mitologię grecką. Uwielbiałem te opowieści. O Bogach mieszających się w ludzkie sprawy. O Potworach, których pokonywali jedynie herosi. O wyprawach, w których najważniejsza nigdy nie była sama podróż, ale to, kim człowiek stawał się po jej zakończeniu. Z biegiem lat współczesne kino coraz rzadziej wracało do tego sposobu opowiadania historii. Heroizm stał się podejrzany. Patos zaczął być traktowany jak wada. A jednak Odyseja przypomniała mi, że wciąż można opowiedzieć klasyczny mit tak, by nie zamienił się w muzealny eksponat.
Jakiś czas po seansie trafiłem na wypowiedź Christophera Nolana, która poruszyła mnie chyba bardziej niż sam film. Reżyser przyznał, że jednym z powodów, dla których od lat chciał zekranizować Odyseję, nie była ani wojna trojańska, ani spotkanie z Cyklopem, ani rozmach tej historii. Chodziło o Argosa. O psa, który po dwudziestu latach rozpoznaje swojego pana wyłącznie po zapachu. Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej uświadamiałem sobie, jak przewrotna jest to puenta. Przez dwa lata internet kłócił się o kolor skóry Heleny, obsadę, język, historyczne detale i polityczne podteksty. Tymczasem twórca tego filmu nosił w sobie przede wszystkim historię psa, który wiernie czekał na powrót swojego pana.
I chyba właśnie dlatego ten film działa. Nie dlatego, że jest największy. Nie dlatego, że jest najwierniejszy Homerowi. Nie dlatego, że wygrywa każdą internetową dyskusję. Tylko dlatego, że pod całym tym rozmachem, budżetem, tysiącami statystów, efektami specjalnymi i dekoracjami kryje się bardzo prosta opowieść o tęsknocie, pamięci i powrocie do domu. Po prostu.
Dziennikarz filmowy, krytyk. Lubi otwarte podejście do kina i popkultury. Fantastykę w każdej postaci przeplata seansami klasyki. Gdy akurat nie gra w Diablo 4, nie pogardzi dobrym komiksem i książką.
Po pierwsze film nie dopłynął do celu. O ile wiem musi zarobić drugie tyle pieniędzy żeby wyjść na zero. A raczej Hollywood nie finansowało tego filmu żeby wyjść na zero tylko żeby zarobić. Więc odtrąbić sukces będą mogli jak się uda odrobić pieniądze które wydali.
Po drugie oceny też nie są za dobre. Rotten Tomatoes pokazuje user score na poziomie 97%. Co znaczyłoby że ten film jest lepszy niż Władca Pierścieni i wiele, wiele innych wybitnych filmów co wg mnie jest kompletną bzdurą. Ale dowcip polega na tym że RT manipuluje ostro ocenami ludzi. Jeżeli weźmiesz realny user score z danych to wychodzi koło 60% co jest bliskie temu co pokazuje np. Metacritic gdzie score jest pomiędzy 50 a 60%. Takżę oceny ludzi nie są tak wesołe jakby się mogło wydawać.
Także oceny są kiepskie a pieniądze się jeszcze nie zwróciły - czy to jest dopłynięcie do celu? Wątpię. Czy to jest sukces? Też wątpię.
Co do opowiedzenia historii fundamentalnej dla kultury zachodu to po prostu tego nie zrobił. Film pokazuje Odyseusza zupełnie innego niż tłumaczenie na którym bazuje i nawet autorka tłumaczenia się z tym zgadza bo też sprawę komentowała. Odyseja to historia z innej epoki gdzie panowała inna moralność i zamiast to przedstawić, próbowali to nagiąć do dzisiejszego światopoglądu i po prostu wyszła z tego kupa.
Matt Damon może by pasował do Odyseusza. Ale on nie gra Odyseusza. Gra jakiś netflix adaptation Odyseusza. Kostiumy są tak kiepskie że widziałem lepszy cosplay. Obsada pasuje jak pięść do nosa. A Lupitę Nyongo prawdopodobnie zatrudnił żeby ludzie skupili się na tym i nie gadali o wszystkim innym co zrobił kiepsko.
A co do Toma Hollanda - on o Zandaya mają ten jeden problem podobnie jak Pedro Pascal z jego łapami dotykającymi każdego - są wszędzie i ludzie po prostu zaczynają ich mieć dość. To jest wina ich sukcesu.
Btw - Gipson robił fenomenalne filmy i jestem pewny że gdyby z dobrym budżetem zrealizował Odyseję to naprawdę byłoby co oglądać. Gdzie Gibson też miał swoje kontrowersje ale w jego wypadku kontrowersje polegały na tym że np. nie chciał upiększać cierpienia Jezusa tylko je pokazać.
Ten film ma wady i co z tego? A no to z tego że jest to jeden z tych filmów których nikt nie będzie jutro oglądał. A takiego władcę pierścieni będziemy puszczać naszym wnukom. I to jest chyba największy dowód na to jaki to jest film.