Od replikantów do astronautów: science fiction Ridleya Scotta pod lupą

Jakub Piwoński
2026/05/30 16:00
0
0

Czy nadchodzący film science fiction The Dog Stars to już ostatnia misja Ridleya Scotta? Analizujemy przygodę reżysera z fantastyką naukową.

Science fiction to gatunek, który swą popularność zawdzięcza niezwykłej umiejętności oddziaływania na wyobraźnię widza. Wizje przyszłości, spotkania z przedstawicielami obcych ras z kosmosu, technologiczny rozwój i inne wyzwania cywilizacji znajdują swoje odzwierciedlenie w historiach spod znaku fantastyki naukowej. Kilku reżyserów w Hollywood upodobało sobie tę metodę wypowiedzi w sposób szczególny. Co ciekawe, ci najlepsi rzadko byli kojarzeni głównie z tym gatunkiem. Patrząc na dokonania Stanleya Kubricka łatwo zauważyć, że zawitał do SF jedynie na chwilę, ale na tyle znacząco, by dać nam najbardziej wpływowy film science fiction w historii kina.

Łowca androidów
Łowca androidów

W 1968 roku 2001: Odyseja kosmiczna faktycznie zmieniła to, w jaki sposób postrzegamy dziś SF. Gatunek przeszedł długą drogę ewolucji. Z historii naznaczonych grozą, takich jak King Kong czy Niewidzialny człowiek, wykorzystujących fantastykę do odkrywania mroczniejszych stron człowieka, przeszliśmy przez etap kina przygodowego — traktującego kosmos jako nowy obszar eksploracji, vide Zakazana planeta — aż po kino wojenne, straszące rychłym konfliktem z Obcymi, vide Wojna światów. Kubrick pokazał jednak, że z tej materii da się wycisnąć znacznie więcej, próbując odpowiedzieć na fundamentalne pytania: kim jest człowiek i jaka jest jego rola we Wszechświecie?

Kilku twórców bacznie przyglądało się temu przełomowi lat 60., nie tylko za sprawą Odysei kosmicznej, ale też równie ważnej Planety małp. Zapamiętali to i wykorzystali później, gdy sami stanęli za kamerą. Tekst ten poświęcony jest jednemu z największych współczesnych twórców kinowego science fiction. Ridley Scott, bo o nim mowa, nakręcił „zaledwie” pięć (i pół) filmu skąpanego w stylistyce SF. Co jednak najbardziej intrygujące, w tej drodze sięgnął zarówno geniuszu, jak i blamażu, zapewniając nam szerokie spektrum doznań. Nie wiemy jeszcze, do której kategorii będzie należał jego szósty film, czyli The Dog Stars, tłumaczony przez polskich dystrybutorów jako Gwiazdozbiór psa. Ale przyglądając się tej niezwykłej gwiezdnej drodze Scotta, można trochę pospekulować.

Ci fascynujący replikanci

“Widziałem rzeczy, których wy ludzie nie bylibyście w stanie sobie wyobrazić” — Łowca androidów

Narodziny cyberpunkowego koszmaru

Zacznę nietypowo, bo od drugiego filmu SF w dorobku Scotta. Historia jego powstawania jest nie mniej fascynująca, jak sam film. Zaczęło się od Philipa K. Dicka, jednego z najbardziej znanych autorów fantastyki naukowej, który stworzył niezwykle przejmującą i głęboką wizję przyszłości. Ridley Scott zainteresował się powieścią Czy androidy śnią o elektrycznych owcach? po tym, jak producenci pokazali mu projekt ekranizacji autorstwa scenarzysty Hamptona Fanchera.

Łowca androidów
Łowca androidów

Scotta zafascynowało połączenie kryminału noir z futurystycznym światem oraz pytania o człowieczeństwo, pamięć i tożsamość, które odróżniały historię od typowego kina science fiction tamtych czasów. Reżyser uznał, że materiał ma ogromny potencjał – jest mroczny, filozoficzny i hipnotyzujący. To doprowadziło do powstania Łowcy androidów. Szukając inspiracji dla ponurego, melancholijnego klimatu filmu, Ridley Scott często odwoływał się do słynnego obrazu Nighthawks autorstwa Edwarda Hoppera, który fascynował go swoją samotnością, nocną atmosferą i poczuciem alienacji. Według krążących anegdot reprodukcja dzieła wisiała nawet na planie filmu, przypominając ekipie o estetyce, do jakiej Scott chciał dążyć.

Film, który przegrał i… stał się kultowy

GramTV przedstawia:

Choć dziś Łowca androidów uchodzi za jedno z najwybitniejszych dzieł science fiction w historii kina, jego droga do statusu klasyka była wyjątkowo wyboista. Film kosztował około 30 milionów dolarów, ale podczas premierowego kinowego runu zarobił w USA niespełna 33 miliony, co w realiach początku lat 80. uznano za rozczarowanie i finansową porażkę. Jednym z powodów chłodnego przyjęcia były napięcia kreatywne wokół projektu — do kin trafiła tak zwana wersja producencka, znacząco odbiegająca od wizji Ridleya Scotta. Studio wymusiło między innymi dodanie narracji z offu czytanej przez Harrisona Forda oraz bardziej optymistycznego zakończenia, co osłabiało niejednoznaczny, oniryczny charakter filmu.

Łowca androidów
Łowca androidów

Prawdziwe życie filmu zaczęło się dopiero w epoce VHS, gdy widzowie poznali wersje bliższe intencjom reżysera — zwłaszcza słynny „Final Cut”. To właśnie wtedy Scott usunął nielubiany głos z offu, przywrócił mroczniejszy ton historii i wyeksponował liczne sugestie wskazujące, że Rick Deckard może sam być replikantem, co na nowo rozpaliło dyskusje wokół filmu i uczyniło go obiektem kultu.

Androidy bardziej ludzkie od ludzi

Z Łowcy androidów można zapamiętać dziesiątki ikonicznych elementów — magnetyczną rolę Rutgera Hauera, hipnotyzującą muzykę Vangelisa czy niezwykłą estetykę futurystycznego Los Angeles, tonącego w deszczu, neonach i poczuciu cywilizacyjnego rozkładu. Wszystkie te składniki stworzyły duszny, postindustrialny i niemal całkowicie pozbawiony nadziei klimat filmu.

Łowca androidów
Łowca androidów

To jednak nie warstwa wizualna sprawiła, że dzieło Ridleya Scotta przeszło do historii kina, lecz jego egzystencjalny ciężar. Film opowiada przecież nie tyle o polowaniu na androidy, co o lęku przed śmiercią, przemijaniem i desperackim pragnieniu, by nasze życie znaczyło coś więcej niż tylko chwilę między narodzinami a końcem. Replikanci stają się tu paradoksalnie bardziej ludzcy od ludzi — czują strach, rozpacz i potrzebę sensu intensywniej niż ich twórcy. Najpełniej wybrzmiewa to w postaci Roya Batty’ego, którego rozpaczliwe „Chcę więcej życia” skierowane do własnego stwórcy brzmi jak uniwersalny krzyk całej ludzkości. To właśnie dlatego finałowy monolog (improwizowany przez aktora) pozostaje jednym z najbardziej przejmujących momentów w historii science fiction — bo opowiada nie o maszynie, lecz o nas samych.

Powrót do obsesji

Lata później Ridley Scott wrócił do tematu androidów. Wcześniej wspominałem o tym, że reżyser oddał pięć i pół filmu. Te pół to dwa pierwsze odcinki serialu Wychowane przez wilki, które kręcił i produkował dla HBO. Może nie są jego pełnometrażowym dokonaniem, ale z pewnością nie da się ich zbagatelizować w analizie tego fragmentu twórczości mistrza. Choć nie da się ukryć, że po latach tytuł ten kojarzy się raczej z niewykorzystanym potencjałem. Po drugim sezonie został skasowany – i chyba słusznie.

Wychowane przez wilki
Wychowane przez wilki

Wychowane przez wilki były mroczną, filozoficzną opowieścią science fiction o androidach wychowujących ludzkie dzieci na obcej planecie po upadku cywilizacji. Serial w niezwykle wyraźny sposób rozwijał obsesje obecne już w Łowcy androidów — pytania o granice człowieczeństwa, relację stworzyciela i stworzenia, duchowość maszyn oraz to, czy sztuczna inteligencja może posiadać duszę, emocje i własną wiarę. Całość wzbogacono symboliką biblijną, obecną także w Łowcy androidów. Tym razem Scott uczynił jednak androidy nie antagonistami czy tajemniczym elementem świata, lecz pełnoprawnymi protagonistami swojej historii. Ale to stało się już wcześniej, przy okazji zgoła innej serii science fiction, której Scott jest ojcem.

Komentarze
0



Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!