Devil May Cry - recenzja 2. sezonu. Czy Netflix lubi gry wideo?

Jakub Piwoński
2026/05/19 11:00
0
0

Ten diabeł na pewno nie ubiera się u Prady. Ma za to spluwy, miecz i zawadiacki uśmiech. A czasami tyle wystarczy, by skutecznie przyciągnąć uwagę.

Mówią, że w małżeństwie nie trzeba od razu się kochać. Wystarczy się lubić i sobie ufać — miłość ma przyjść z czasem. Netflix chyba wychodzi z podobnego założenia wobec gier wideo, z którymi nawiązał wątpliwą relację. Gigant streamingu, który jak zwykle stara się trzymać rękę na pulsie współczesnych trendów, coraz mocniej zbratał się z ideą adaptowania gier za pomocą animowanych seriali z wyraźnie japońską estetyką. Po drugim sezonie Devil May Cry nadal jednak nie wiem, jakie były prawdziwe intencje platformy. Czy faktycznie dostrzegła w kultowej serii Capcomu potencjał na historię, czy może po prostu cynicznie wykorzystała popularność marki?

Bo serial momentami wygląda jak szczery list miłosny do twórczości Capcomu, a chwilę później przypomina produkt zaprojektowany przez algorytm. Ale po kolei.

Devil May Cry
Devil May Cry

Dante i Vergil łączą siły

W przeciwieństwie do Netflixa Capcom zdaje się podążać drogą, do której gracze przyzwyczaili się przez lata — konsekwentnie, spokojnie i z wyjątkową skutecznością. Japoński wydawca ma za sobą fenomenalny rok, który już teraz można zapisywać w kronikach wielkimi literami. Najpierw dostaliśmy nową odsłonę Resident Evil, która podzieliła doświadczenie graczy na dwie perspektywy i dwóch bohaterów, ale w żaden sposób nie podzieliła krytyków — ci niemal jednogłośnie okrzyknęli ją hitem. Później przyszła kolej na Pragmatę, czyli zupełnie nowe IP, które tylko potwierdziło świetną passę firmy. A przecież na horyzoncie majaczy jeszcze nowa Onimusha.

Żeby podtrzymać zainteresowanie markami, które na kolejne gry każą jeszcze trochę poczekać, Capcom coraz śmielej wchodzi też w inne media. Jednym z takich projektów jest właśnie serial Devil May Cry, które niedawno wróciło na Netflix z drugim sezonem. Przyznaję — dałem się kupić pierwszej odsłonie. Było w niej coś świeżego, trochę bezczelnego i bardzo świadomie przesadzonego. Drugi sezon na szczęście nie gubi tego charakteru. Nadal jest gęsto od akcji, dialogi pozostają równie ostre, a demony padają pod ostrzałem kul z giwer Dantego z niezmienną regularnością.

Devil May Cry
Devil May Cry

Kolejne anime na bazie gry wideo

Tym razem Dante nie działa jednak sam. Do gry dołącza Vergil i jak na dobry sequel przystało, wszystkiego jest tu więcej — także dramatyzmu. Serial próbuje dzięki temu wejść na większą skalę, choć nie zawsze równie dobrze radzi sobie z utrzymaniem balansu między efektownością a emocjonalnym ciężarem historii.

Stawka wykracza poza osobisty konflikt synów Spardy. I nie wiem, czy był to dobry ruch. W tle coraz mocniej wybrzmiewa wojna ludzi z demonami, a serial chwilami wpada wręcz w klimat apokaliptycznego anime akcji. Twórcy rozpychają swoje uniwersum na wszystkie strony — jest więcej chaosu, większe zagrożenie i wyraźnie większy rozmach. Problem w tym, że przy takiej skali nie każda scena dostaje tyle miejsca, ile powinna, przez co emocje czasami przegrywają z potrzebą ciągłego podkręcania widowiska.

Skala przerosła twórcę

Szczerze mówiąc, choć doceniam starania Adi Shankar, który najwyraźniej chce dostarczyć fanom jak najwięcej dobra, mam problem z historiami działającymi według zasady „wszystko wszędzie naraz”. Skala tego widowiska momentami staje się groteskowo przesadzona, przez co bardzo łatwo stracić grunt pod nogami. Ta historia nie ma „sufitu”, który zatrzymałby ją w odpowiednim momencie. A kiedy serial próbuje nagle wyhamować i opowiedzieć coś bardziej emocjonalnego, trudno już w pełni skupić się na prostszych uczuciach bohaterów. Produkcja przez większość czasu całkiem sprawnie balansuje między tymi dwiema dynamikami, ale ostatecznie nie jest do końca wiarygodna ani po jednej, ani po drugiej stronie tej barykady.

GramTV przedstawia:

Paradoksalnie humor, przesada i akcja same w sobie jeszcze nie oznaczają, że mamy do czynienia z dobrą adaptacją pierwowzoru. Przed seansem drugiego sezonu Devil May Cry wróciłem do Devil May Cry 5 i choć tam również absurd goni absurd, całość sprawia wrażenie znacznie bardziej świadomej własnej tożsamości. Gry Capcomu są przesadzone, ale jednocześnie bardzo precyzyjne w tym, czym chcą być — kampową operą akcji z autentycznym sercem ukrytym pod warstwą kiczu. Serial Netflixa momentami gubi ten balans. Zamiast naturalnej pewności siebie dostajemy mieszankę tonów, jakby produkcja jednocześnie próbowała być ironicznym memem, brutalnym anime i dramatem rodzinnym. I właśnie wtedy pojawia się największy zgrzyt.

Devil May Cry
Devil May Cry

Widmo Star Wars

Fabuła, na domiar złego, jest tu kliszą na kliszy. Być może problemem jest to, że oglądałem Devil May Cry tuż po nowych Gwiezdnych wojnach z Maulem w centrum, ale zaczyna mnie już męczyć współczesne mroczne fantasy oparte na dokładnie tym samym schemacie: potężny mistrz tworzy sobie akolitę, który prędzej czy później i tak się przeciwko niemu buntuje. I oczywiście ma to być wielki zwrot akcji, choć od początku wiadomo, dokąd ta historia zmierza. Gdyby jeszcze podano to bez nadęcia i udawanej błyskotliwości, pewnie łatwiej byłoby mi to zaakceptować. W obecnej formie częściej po prostu ziewałem ze znudzenia.

Swoją drogą, zauważyłem też ciekawą zależność. Serialowe adaptacje gier — szczególnie te netflixowe — bardzo często pełnią konkretną rolę. Jeśli powstaje anime albo serial osadzony w znanej marce, zwykle dzieje się to chwilę po premierze dużej gry lub kilka lat przed kolejną odsłoną, żeby podtrzymać zainteresowanie marką. Tak było z Castlevania, Cyberpunk: Edgerunners, Tomb Raider: Legenda Lary Croft czy Splinter Cell: Deathwatch. Pod tę samą zasadę da się zresztą podpiąć także aktorskie The Last of Us i Fallout.

To produkcje świadome swojej drugo­rzędności wobec oryginału — trochę niedoskonałe, czasem niezgrabnie połączone z grową „macierzą”, a jednak wyjątkowo skuteczne. Bo nawet jeśli nie dorównują swoim pierwowzorom, robią dokładnie to, do czego zostały stworzone: ponownie rozbudzają zainteresowanie marką.

Devil May Cry
Devil May Cry

Seans nie boli, ale...

Większego znaczenia moje słowa zresztą pewnie i tak nie mają, bo Devil May Cry pozostaje przede wszystkim produktem marketingowym. Fabuła bywa tu równie pretensjonalna, co kwestie wypowiadane przez bohaterów — zresztą serial momentami zdaje się być tego całkowicie świadomy, skoro sam główny antagonista zwraca uwagę na tę teatralność. Pod tą warstwą przesady kryje się jednak dość przyziemny rodzinny dramat o dwóch braciach próbujących zażegnać konflikty ciągnące się od dzieciństwa. Inni bohaterowie również wracają do własnej przeszłości, jakby Adi Shankar za wszelką cenę chciał nadać tej historii większą głębię. Problem w tym, że ostatecznie nie ma to większego znaczenia, bo serial i tak najlepiej działa wtedy, gdy… przestaje udawać.

6,0
To jest dobre i tylko dobre. Swój szum zrobi i do powrotu do gry zachęci.
Plusy
  • Na pewno nie można narzekać na nudę - akcji tu jest sporo i sceny pojedynków mają moc
  • Ścieżka dźwiękowa jest ponownie bardzo dobra, ale to już wiedzieliśmy
  • Ciekawa dynamika zachodzi między braćmi Dante i Vergilem
Minusy
  • Fabuła to klisza gatunku fantasy, wyświechtana do bólu
  • Odcinki trwały około czterdziestu minut, co jak na anime jest męczące
  • Groteskowy serial czasem próbuje być poważny i nie zawsze jest to wiarygodne
Komentarze
0



Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!