Był wielką tajemnicą, stał się głównym bohaterem. Jak Darth Maul działa na pierwszym planie Star Wars?
Zanim przejdę do rzeczy, zacznę od ciekawej statystyki. Przy okazji obchodów Dnia Gwiezdnych wojen potwierdzono, a jakże, że marka ma się bardzo dobrze. W 2025 roku produkcje związane ze słynną sagą George'a Lucasa zostały obejrzane łącznie przez około 33 miliardy minut na platformie Disney+. Przy czym największy w tym udział mają filmy aktorskie (ponad 44% całkowitego czasu oglądania), choć wyraźnie zaznaczają się również seriale i animacje. Jest ok, można się rozejść?
Ma to też swoją ciemną stronę mocy. Jako fani jesteśmy dziś w momencie zwrotnym dla marki. Przez ostatnie lata produkcje z uniwersum Star Wars, choć popularne i głośne, równie często były bombardowane krytyką. Po rozczarowaniu, jakie przyniósł Skywalker. Odrodzenie, i po wstrzymaniu prac nad kolejnymi aktorskimi filmami, Disney wszedł w erę seriali. O różnorodność nie można było się martwić — dostaliśmy zarówno rzeczy wybitne, jak Andor, jak i kompletne nieporozumienia pokroju Akolity. Trudno było oprzeć się wrażeniu, że choć ta seria opowiada o Mocy, gdzieś po drodze zaczęła ją tracić, rozmieniając się na drobne.
Gwiezdne wojny: Maul - Mistrz Cienia
Trochę Andor, trochę Wojny klonów
Ale było, minęło — Kathleen Kennedy zrobiła swoje, a dziś na pierwszym planie jest Dave Filoni. To on dał nam Wojny klonów i brał udział we wprowadzaniu do uniwersum pewnego Mandalorianina. Znajomość tych produkcji przydaje się przy mierzeniu się z najnowszym serialem, który traktuję jako symboliczny moment wejścia Gwiezdnych wojen w nową erę. Gwiezdne wojny: Maul – Mistrz Cienia to z jednej strony echo Wojen klonów, z drugiej próba ustawienia pionków pod to, co dopiero ma nadejść za moment, przy premierze pierwszego od lat nowego filmu aktorskiego sagi.
Żeby jednak lepiej zrozumieć, czym jest Mistrz Cienia, warto cofnąć się aż do początku sagi, czyli Mrocznego widma. To właśnie tam po raz pierwszy zobaczyliśmy Dartha Maula — i choć nie był centralną postacią, zapisał się w pamięci widzów mocniej niż wielu bohaterów pierwszego planu. Szczególnie za sprawą finałowej walki. Co ważniejsze, mimo swojej „śmierci”, nie zniknął — fani nie pozwolili mu odejść, a twórcy wykorzystali tę siłę oddziaływania, przywracając go do życia w kolejnych historiach.
Nie ma sensu przytaczać całej jego drogi z Wojen klonów. Na szczęście Filoni nie wymaga od widza skrupulatnego nadrabiania wszystkiego. Wiemy, kto jest w centrum tej historii i do czego jest zdolny — to wystarcza. Dla porządku: akcja serialu rozgrywa się w 18 BBY, czyli rok po wydarzeniach z Zemsty Sithów, w czasie tzw. wczesnych mrocznych czasów Imperium. To moment, w którym Maul — po utracie władzy na Mandalore i ucieczce w chaosie Rozkazu 66 — próbuje odbudować swoją pozycję w galaktycznym półświatku.
Gwiezdne wojny: Maul - Mistrz Cienia
Darth Maul jak malowany
Serial trafia w jeden z najmniej zagospodarowanych fragmentów osi czasu — między końcem Wojen klonów a wydarzeniami z Rebeliantów. Nie prowadzi za rękę, ale na pewno nagradza tych znających szerszy kontekst. Pokazuje Imperium na etapie narodzin, z perspektywy przestępczego podziemia, co ciekawie uzupełnia obraz znany choćby z Parszywej zgrai czy Andora. To nadal „szara strefa” kanonu — i właśnie dlatego historia Maula, balansującego między dawną potęgą a obsesją jej odzyskania, staje się interesująca.
GramTV przedstawia:
Mam jedną zasadniczą uwagę. Owszem, Maul wracał już wcześniej, ale dopiero tutaj dostaje tyle miejsca, że wchodzi w rolę protagonisty — i nie jestem przekonany, czy to działa w pełni na jego korzyść. Nie czuję tego dopisywania mu dialogów i zdejmowania z niego aury tajemnicy, która była jednym z fundamentów tej postaci. Z drugiej strony mówimy o świecie, w którym przez lata Darth Vader funkcjonował jako niemal mityczna figura, by ostatecznie zostać sprowadzonym do historii chłopca. Krytykowanie więc Mistrza Cienia za coś, co zaczęło się znacznie wcześniej, byłoby trochę jak płakanie nad rozlanym mlekiem — więc nie będę się przy tym upierał.
Owszem — jeśli odłożyć na bok to, że Maul traci tu część swojej tajemnicy, serial potrafi dać sporo frajdy. Twórcy wyraźnie sięgają po sprawdzone rozwiązania wcześniejszych serialowych hitów, a zaglądanie za kulisy galaktycznego półświatka ma momentami wyraźnie neo-noirowy, niemal bladerunnerowy klimat. A to też sygnalizuje koloryt warstwy wizualnej. Animacja robi ogromne wrażenie — to odejście od klasycznej stylistyki na rzecz czegoś bardziej „malarskiego”, jakby komputerowa animacja została dodatkowo przepuszczona przez filtr ręcznie tworzonych tekstur. To zabieg, który może trochę ustawia odbiór, ale nie da się ukryć, że wygląda to świeżo i charakterystycznie.
Gwiezdne wojny: Maul - Mistrz Cienia
Po drugiej stronie maski
Problem w tym, że momentami sprawia to wrażenie odwracania uwagi od samej historii, która nie jest specjalnie wymagająca. Może dla wytrwałych fanów pełna będzie znaczeń, ale dla mnie ważniejsze jest coś innego — każda opowieść powinna działać sama z siebie i angażować losem bohatera. Mistrz Cienia nie udaje wielkiej fabuły — i to akurat plus — ale nie ucieka też od typowej dla Gwiezdnych wojen skłonności do patosu i schematyzmu. Są też rzeczy, które potrafią zgrzytać nawet dla fana: mówiące do siebie droidy, sceny strzelanin, w których nikt nie szuka osłony, czy sceny pojedynków na miecze świetlne przyspieszone do tempa sprzyjającego odbiorcom treści TikToka. To wszystko przesuwa serial bliżej umowności Wojen klonów, a dalej od ciężaru produkcji aktorskich.
Najciekawsze jest jednak coś innego — kolejny raz widać, że najważniejszą postacią tej sagi nie jest ani Luke Skywalker, ani Vader, tylko Palpatine. To on nadaje rytm tej historii, bo daje bohaterom motywację - nawet jeśli jest nią wola zemsty. Jedi w tym układzie zdają się mieć mniejsze znaczenie. Darth Sidious, jako koło napędowe historii, został już doprowadzony do granic absurdu w Skywalker. Odrodzenie, a tutaj znowu o sobie przypomina — i pokazuje, że Gwiezdne wojny, nawet jeśli zmieniają szatę graficzną, wciąż krążą wokół tej samej osi. Zresztą, w serialu pojawia się też inna legendarna postać sagi, ale szczerze mówiąc, jej pojawienie odebrałem już tylko jak odhaczanie fanserwisu.
Chodzenie po własnych śladach
Traktuję ten serial jak kubek kawy. Po pierwsze dlatego, że… właśnie z tym najbardziej mi się kojarzy. Po seansie nie zostały ze mną ani wielkie pojedynki, ani sceny, które wywoływałyby ciarki. Zostało raczej wrażenie spokojnego sączenia tej historii — dosłownie i w przenośni. Filoni chyba aż za bardzo wziął sobie do serca zasadę, że momenty przestoju między scenami akcji powinny działać na widza relaksująco, bo jego bohaterowie niemal bez przerwy siedzą z kubkiem jakiegoś ciepłego napoju w dłoni. I nie byłby to problem, gdyby nie fakt, że serial momentami zaczyna wręcz obsesyjnie wracać do tego motywu. Dlatego właśnie Mistrz Cienia kojarzy mi się z kubkiem mocnej, czarnej kawy — ciemnej niemal tak bardzo, jak dusza jego głównego bohatera. Ma wyrazisty smak, charakterystyczny aromat i potrafi na chwilę pobudzić, ale nie jestem pewien, czy kryje się w niej wystarczająco dużo kofeiny, by zawładnąć mną na dłużej.
Minuty seansu upłyną, statystyki oglądalności znowu się powiększą, Disney będzie miał kolejny sukces do raportów, ale czy rzeczywiście kryje się za tym nowa jakość dla Gwiezdnych wojen — tu już bym polemizował.
6,0
Serial, który ma swoje momenty, jest prowadzony niezwykle intrygującą postacią, ale mam wątpliwości, czy dostarcza nowej jakości marce Star Wars
Plusy
Darth Maul - jestem rozdarty, bo to świetna postać i dobrze, że tym razem dano jej więcej czasu ekranowego
Miasto, przestępczy świat, detektyw, futuryzm, neony - klimat trochę jak z Blade Runnera
Animacja jest jak malowana - dosłownie, i daje to potężny efekt
Serial nie udaje wielkiej historii, zamiast tego komunikuje się z widzem wprost i skupia sie na akcji
Minusy
Nie jestem jednak przekonany, czy pozbawianie Maula aury tajemnicy było dobrym posunięciem
Pójdę pod prąd i powiem, że umieszczenie w tym serialu innych legend Star Wars jest tylko odhaczaniem fanserwisu
Mimo wszystko fabuła, koniec końców, wydaje się zbyt sztampowa
Dziennikarz filmowy, krytyk. Lubi otwarte podejście do kina i popkultury. Fantastykę w każdej postaci przeplata seansami klasyki. Gdy akurat nie gra w Diablo 4, nie pogardzi dobrym komiksem i książką.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!