The Madison - recenzja czterech odcinków. To nie jest Yellowstone

Jakub Piwoński
2026/03/27 19:00
0
0

Serial dopiero rozpoczyna swój bieg w Polsce, ale już zdążył zaznaczyć swoją obecność za oceanem. W ciągu pierwszych 10 dni emisji przyciągnął około 8 milionów widzów, co czyni go największym debiutem wśród wszystkich produkcji Taylora Sheridana. Te liczby zobowiązują. A my sprawdzamy, czy warto dać temu serialowi szansę.

Pamiętacie bajkę o myszy miejskiej i myszy wiejskiej? Lubię ją czytać dzieciom. W skrócie — gdy ta ze wsi odwiedza mysz z miasta, okazuje się, że mimo luksusu woli swoje, nieco obskurne, ale bliższe naturze otoczenie. To prosta historia, ale świetnie oddaje pewien dualizm ludzkiej natury. Z jednej strony ciągnie nas do rozwoju i wygody, z drugiej — nawet otoczeni komfortem — potrafimy czuć się w mieście obco, nieswojo, jakby ceglane mury oddzielały nas od czegoś istotnego. I często wystarczy krótki spacer po łące czy wizyta w lesie, by wszystko na moment wróciło na swoje miejsce.

The Madison
The Madison

Mysz miejska i mysz wiejska

Taki wstęp może trącić banałem — i wybaczcie — ale mam wrażenie, że właśnie na tym fundamencie stoi twórczość Taylora Sheridana: powrót do natury, akceptacja przemijania, próba uchwycenia chwili z całą jej kruchością i siłą. Opowiedział nam już kilka historii w tym duchu, tworząc przy okazji spójne uniwersum zapoczątkowane losami rodziny Duttonów. I właśnie teraz, za sprawą nowej premiery, jakby jeszcze raz chce podkreślić, co jest dla niego najważniejsze. Zresztą sama bohaterka w jednej ze scen określa siebie jako „miejską mysz”, obawiając się wyzwania, jakim będzie dla niej nowe życie.

Fabuła The Madison wyraźnie odbiega od tego, do czego Sheridan przyzwyczaił widzów. Zamiast opowieści o władzy i brutalnych konfliktach dostajemy bardziej kameralny, emocjonalny dramat rodzinny. Historia skupia się na rodzinie, która porzuca życie w Nowym Jorku i przenosi się do Montany, próbując odnaleźć się w rzeczywistości naznaczonej żałobą i napięciami. W obsadzie znaleźli się m.in. Michelle Pfeiffer i Kurt Russell, co wyraźnie sygnalizuje, że mamy do czynienia z projektem celującym szerzej niż tylko w fanów Yellowstone.

The Madison
The Madison

Yellowstone jak nie Yellowstone

Klimat — jakżeby inaczej — jest sielankowy, ale tylko na powierzchni. Słońce bardzo szybko przykrywają chmury, a spokój okazuje się kruchy. Jeśli w Yellowstone Sheridan celebrował jazdę konną, tutaj celebruje łowienie ryb — czynność pozornie błahą, a jednak niosącą w sobie coś ulotnego i symbolicznego. Spokojna, lekka muzyka podkreśla ten bezruch, ale właśnie wtedy, gdy nic nie zapowiada zmiany, przychodzi tragedia. Pod tym względem punkt wyjścia pozostaje znajomy — i poniekąd zbieżny także z Landman. Nie zdradzę więcej, bo szkoda odbierać przyjemność odkrywania. Dodam jednak, że dzięki temu fabuła zostaje rozpisana na dwa tory narracyjne — zabieg ciekawy i nadający całości dodatkowej głębi.

Pod kilkoma względami to nie jest Yellowstone. Przynajmniej nie w takim wydaniu, do jakiego przywykliśmy. Nowa produkcja odchodzi od jego surowości i patriarchalnego ciężaru, znanego także z 1923, i skręca w stronę historii bardziej intymnej, wręcz „kobiecej”. Ale nie w sensie deklaracji czy trendu — raczej w sposobie prowadzenia opowieści. Tu więcej jest wrażliwości, zawieszenia, wewnętrznego ruchu niż zewnętrznej akcji. Bohaterka próbuje poukładać siebie na nowo, zmierzyć się z tym, co utracone, i odnaleźć siłę tam, gdzie wcześniej jej nie było. Lub nie musiało być.

Yellowstone jak nie Yellowstone, The Madison - recenzja czterech odcinków. To nie jest Yellowstone

Michelle Pfeiffer błyszczy na pierwszym planie

W centrum tej historii stoi Michelle Pfeiffer — i to ona nadaje całości ton. Ona ma nadal w sobie tego drapieżnego kota z kultowej adaptacji komiksu Tima Burtona, ale po latach nauczyła się go trzymać w ryzach. Gra oszczędnie, ale pod powierzchnią wyraźnie coś w niej pracuje. Emocje nie wybuchają, tylko się kumulują. To rola bardziej przeżywana niż demonstrowana — spokojna, ale wyraźna i przekonująca.

GramTV przedstawia:

Dopiero wokół niej układa się reszta obsady. Kurt Russell wnosi znajomą energię i trudno nie odnieść wrażenia, że momentami wchodzi w buty Kevin Costner. Jest jednak od niego o wiele bardziej uśmiechnięty. Pojawia się też Matthew Fox, powracający po latach od Zagubieni w bardziej surowej, dojrzalszej, innej odsłonie. Sheridan po raz kolejny sięga po nazwiska, które coś już przeżyły — i daje im przestrzeń, by wybrzmiały inaczej, spokojniej. To ciekawe, bo choć mamy tu rozpoznawalne twarze, żadna nie próbuje dominować — wszystko podporządkowane jest temu bardziej stonowanemu, refleksyjnemu rytmowi.

I właśnie ten rytm może być dla części widzów problemem. Bo nie wszystko działa równie dobrze. Dialogi momentami tracą ostrość, drugi plan bywa mniej wyrazisty, a całość potrafi sprawiać wrażenie zbyt wygładzonej. To serial, w którym — dla wielu — może dziać się po prostu za mało. Niektórzy odniosą wrażenie, że nie ma tu nic do odkrycia, że historia nie konkretnego celu. Dochodzi do tego bardziej melodramatyczny, chwilami wręcz ckliwy ton, który może zaskakiwać, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę surowość i kryminalne zacięcie Yellowstone.

The Madison
The Madison

Wypuść tę rybę

A jednak, mimo tych zastrzeżeń — jestem zaskoczony. Bo wygląda na to, że The Madison może okazać się strzałem w dziesiątkę. Nie ma tu nic odkrywczego, żadnego nowego przesłania. A jednak atmosfera robi swoje. Bohaterowie przyciągają, dramat wybrzmiewa wyraźnie, a historia znów prowadzi nas do tych samych, uniwersalnych prawd. I chyba wciąż nie mamy ich dość. To jeden z najmniej „napinających się” projektów Sheridana. Bardziej płynie, niż próbuje coś udowadniać. Jakby twórca chciał się zatrzymać i jeszcze raz przypomnieć, jak patrzeć na przestrzeń i naturę. Jest w tym coś jednocześnie oczywistego i głębokiego. To serial dla wszystkich, którzy nie odwrócili się jeszcze od Sheridana i akceptują jego powtarzalność, ale też tym, którzy cenią spokojniejsze tempo, bliższe emocjom niż intrydze.

W jednej ze scen bohaterowie rozmawiają o łowieniu ryb. Jeden z nich sugeruje cierpliwość — ryba i tak złapie haczyk. A kiedy już to robi, zostaje wypuszczona z powrotem do wody. Trudno nie widzieć w tym metafory. The Madison też pojawia się w naszym „strumieniu” bez pośpiechu, bez presji. Nie próbuje nas złapać na siłę. Raczej daje wybór — zatrzymać się na chwilę albo płynąć dalej. Sheridan nie stawia wykrzykników. Raczej zaprasza: usiądź, zaparz kawę i zastanów się, gdzie właściwie jesteś.

7,0
The Madison to spokojny, melancholijny dramat rodzinny, w którym Taylor Sheridan porzuca surowość Yellowstone na rzecz bardziej kobiecej, emocjonalnej opowieści o próbie odnalezienia sensu.
Plusy
  • Klimatyczna, melancholijna opowieść, która konsekwentnie buduje nastrój
  • Wyrazista, subtelna rola Michelle Pfeiffer, niosąca ciężar całej historii
  • Jeszcze większa przestrzeń dla jednego z kluczowych tematów świata Yellowstone — przemijania
  • Ciekawy zabieg narracyjny, dzielący fabułę na dwa tory
Minusy
  • Wolne tempo i ograniczona liczba wydarzeń mogą sprawiać wrażenie, że „nic się nie dzieje”
  • Momentami zbyt melodramatyczny, miejscami wręcz ckliwy ton, który nie każdemu przypadnie do gustu - ale to nie musi być minusem
Komentarze
0



Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!