Są seriale, które próbują się zmieniać. Ale to uniwersum woli po prostu trwać.
Można się obrażać. Za scenariuszowe lenistwo, za brak kreatywności. Za powtarzalność i sztampę. Taylor Sheridan w sposób niemal bezczelny, ale zabójczo konsekwentny, wciąż serwuje nam te same historie. Te same krajobrazy. Te same konie. Ten sam konserwatywny anturaż. Dobrze oddaje to czarna koszula głównego bohatera Rancza Duttonów, Ripa Wheelera. To ta sama czarna koszula — sprana, bardziej okurzona, lekko zużyta. Sęk w tym, że Sheridan nie próbuje udawać, że daje nam nowy produkt. Raczej otwarcie sugeruje, że daje dokładnie to, czego potrzebujemy. Bo ta koszula, bez względu na to, jak bardzo jest znoszona, nadal spełnia swoją rolę.
Nie minęły nawet dwa lata. Premiera ostatniego sezonu Yellowstone odbyła się przecież dopiero w listopadzie 2024 roku. Tymczasem już w marcu tego roku dostaliśmy dwa pierwsze spin-offy głównej historii. Właściwie tylko Marshalls stanowi bezpośrednie odgałęzienie opowieści, którą dobrze znamy, bo Madison jest raczej nową okolicznością osadzoną w starym świecie. Za sprawą Rancza Duttonów otrzymujemy natomiast coś, co przypomina już pełnoprawny sequel epopei rodziny Duttonów, niegdyś prowadzonej charyzmą Kevina Costnera.
Rancho Duttonów
Czy świat Yellowstone nadal ma sens?
Już niejednokrotnie sugerowałem, że serial sporo stracił po odejściu swojej największej gwiazdy. Starałem się jednak patrzeć na to z pewną wyrozumiałością. Owszem, Yellowstone stało się przez to innym serialem, ale można też powiedzieć, że historia w pewnym sensie się „uwolniła”. Wyodrębnili się nowi protagoniści, na których barki zrzucono nowy ciężar dramatyczny — choć duch Costnera, trzeba przyznać, nadal unosi się nad tą produkcją. Konsekwencje tego uwolnienia widzieliśmy już w Marshalls, gdzie śledzilimy losy Kayce’a Duttona. Tamta historia, choć poprowadzona odważnie, obnażyła jednak, że ta postać słabiej radzi sobie po odłączeniu od głównego nurtu i najlepiej funkcjonowała jako kontrapunkt dla reszty rodziny.
Beth i Rip to jednak zupełnie inna historia. To oni dociągnęli Yellowstone do końca po zmianie warty. I to oni ciągną ten wózek dalej.
Ranczo Duttonów śledzi losy Beth i Ripa, którzy próbują ułożyć sobie życie z dala od Yellowstone i dobrze znanej Montany. Teksas szybko okazuje się jednak nie tyle nowym początkiem, co kolejnym polem bitwy. W Rio Paloma trafiają na ludzi równie bezwzględnych jak ci, których zostawili za sobą. Taylor Sheridan — tym razem wspierany przez Chada Feehana — po raz kolejny wrzuca swoich bohaterów w świat, gdzie ranczo nie jest wyłącznie ziemią. To waluta i symbol dumy.
Ranczo Duttonów
Więcej tego samego — ale w dobrym wydaniu
Główną antagonistką jest Beulah Jackson — kobieca wersja Johna Duttona. Potężna właścicielka rancza, reprezentująca stare wpływy i brutalne zasady regionu. Wciela się w nią Annette Bening i trzeba przyznać, że Sheridan po raz kolejny ma nosa do silnych kobiecych postaci. Po Helen Mirren i Michelle Pfeiffer dostajemy bohaterkę, która nie musi podnosić głosu, by dominować ekran. Tuż obok niej stoi z kolei postać grana przez Jaia Courtneya. I tu muszę przyznać, że fascynuje mnie droga, jaką przeszedł ten aktor. Jeszcze dekadę temu Hollywood próbowało zrobić z niego nowego lidera kina akcji — pamiętnego syna Johna McClane’a ze Szklanej pułapki. Bezskutecznie. Dopiero później Courtney odnalazł się w rolach bardziej szelmowskich, lekko odklejonych, opartych na ironicznym uśmiechu. I chyba właśnie tam pasuje najlepiej.
GramTV przedstawia:
Zakończenie Yellowstone było nerwowe - pamiętamy to. Momentami sprawiało wręcz wrażenie serialu, który próbuje sam siebie dogonić. Tutaj wszystko znowu oddycha spokojniej. Po burzy przyszedł co prawda kolejny deszcz, ale tym razem Sheridan nie spieszy się z eskalacją. Raczej wraca do fundamentów. Motywacje bohaterów przypominają te z pierwszych sezonów Yellowstone. Mniej tu polityki i wielkich układów, więcej fizycznej pracy, zwierząt, kurzu i zmęczenia. Beth została napisana inaczej niż wcześniej — rzadziej jest biznesową drapieżniczką, częściej kimś, kto naprawdę próbuje zbudować życie od nowa.
Warto zauważyć, że nigdy wcześniej zwierzęta nie odgrywały w tym uniwersum aż tak istotnej roli. Jedna z najbardziej dramatycznych scen w serialu jest im poświęcona. Pojawia się nawet weterynarz grany przez Eda Harrisa. I jest w tej roli coś przewrotnie symbolicznego. W Westworld Harris zakładał kapelusz, by wnosić do kadru mrok. Tutaj działa odwrotnie — uspokaja napięcia, równoważy emocje, staje się kimś, kto przypomina bohaterom, że nie wszystko trzeba rozwiązywać siłą.
Ranczo Duttonów
Po burzy przychodzi deszcz
Beth jest trochę inna. Rip — prawie wcale. Nadal pozostaje zimnym draniem, ale takim, którego lojalność potrafi rozbroić bardziej niż jakikolwiek monolog. Muszę przyznać, że miałem obawy, czy ta postać udźwignie ciężar głównej roli w kolejnym odgałęzieniu głównej historii. Dzisiaj widzę jednak wyraźnie, że Cole Hauser od dawna był jednym z filarów tego świata. Rip ma w sobie coś niezwykle prostego, ale też magnetycznego. Nie mówi dużo. Nie potrzebuje wielkich scen. Wystarczy, że stoi w kadrze. Relacja Beth i Ripa pozostaje zresztą jedną z ciekawszych relacji romantycznych we współczesnych serialach. Oboje bywają brutalni, gwałtowni i toksyczni wobec całego świata, ale wobec siebie zachowują bezwarunkowe oddanie. I co najważniejsze: po tylu latach nadal brzmi to wiarygodnie.
Sheridan doskonale wie, że tworzy neo-western balansujący momentami na granicy campu. Problem w tym, że chyba zupełnie przestało mu to przeszkadzać. Muzyka, zdjęcia, sposób budowania emocji, konstrukcja konfliktów — to wszystko przypomina Yellowstone niemal do granic autoplagiatu. Ale może właśnie o to chodzi. Ranczo Duttonów nie próbuje być nowym otwarciem. To bardziej powrót do dobrze znanego rytuału. Do klimatu, który czaruje i wciąga. Do świata, w którym ziemia nadal znaczy więcej niż pieniądze, a honor więcej niż święty spokój.
Życie dla idei
Jest taka scena, w której Beth i Rip wspominają Johna Duttona. Beth mówi, że jej ojciec chyba nigdy nie był naprawdę szczęśliwy. Zaczyna więc zastanawiać się, czy jego życie miało w ogóle sens. Rip odpowiada jej w swoim stylu — krótko, bez patosu. Mówi, że John żył dla niej. I żył dla ziemi. Innymi słowy: żył dla idei większej od samego siebie. I chyba właśnie dlatego jestem przekonany, że dalsze prowadzenie Yellowstone nadal ma sens. Nawet jeśli Sheridan coraz częściej opowiada tę samą historię. Bo pod warstwą powtarzalnych konfliktów, rodzinnych dramatów i westernowej pozy kryją się wartości zaskakująco uniwersalne — potrzeba przynależności, lojalności, miłości i poczucia, że istnieje jeszcze coś, czego warto bronić do końca.
7,0
Zasługuje może i na szóstkę, bo właściwie nie ma tu nic, czego już nie znamy. Ale powtarzać się z taką energią też trzeba umieć.
Plusy
Fascynująca relacja Beth i Ripa, która nadaje emocjonalny ciężar całej historii
Powrót do bardziej kameralnego, „ranczerskiego” klimatu pierwszych sezonów Yellowstone
Bardzo dobra obsada drugoplanowa z wyrazistą Annette Bening i Edem Harrisem
Sheridan po raz kolejny potrafi sprzedać widzowi ten świat mimo jego wyraźnej powtarzalności
Minusy
Serial momentami zbyt mocno przypomina kalkę dawnych sezonów Yellowstone
Miłosne "przygody" Cartera to zdecydowanie najsłabszy wątek
Dziennikarz filmowy, krytyk. Lubi otwarte podejście do kina i popkultury. Fantastykę w każdej postaci przeplata seansami klasyki. Gdy akurat nie gra w Diablo 4, nie pogardzi dobrym komiksem i książką.