Jak mawiał klasyk: “If it's in the game, it's in the game”. Czy eksperyment pod nazwą FIFA World Cup: Launch Edition się udał? Sprawdzamy.
Wywodzę się z czasów, w których nazwa FIFA nie kojarzyła się wyłącznie z wielką piłkarską organizacją, ale przede wszystkim z grami wideo. W 2022 roku ten status przepadł wraz z zakończeniem współpracy z EA Sports. Teraz, po kilku latach nieobecności, marka wraca na rynek, choć w formie, której mało kto się spodziewał.
FIFA World Cup: Launch Edition
FIFA World Cup: Launch Edition nie rywalizuje z serią EA Sports FC. I dobrze
Zamiast rzucać wyzwanie serii EA Sports FC, FIFA postawiła na produkcję znacznie prostszą, bardziej przystępną i skierowaną do okazjonalnych graczy. Próg wejścia jest tu wyjątkowo niski. Niestety, równie nisko zawieszono poprzeczkę jakości. Gra jest dość toporna i wygląda jak edycja FIFY przełomu wieków. Kluczowe pytanie, na jakie samodzielnie postaram się znaleźć odpowiedź, brzmi - jaki tu w ogóle był cel i czy mimo wszystko, nie został osiągnięty? By lepiej zrozumieć jednak czym jest nowy produkt sygnowany tą nazwą, wypada nakreślić krótki rys historyczny.
Doskonale pamiętam przełom, gdy na rynku pojawiła się FIFA 98: Road to World Cup. Dla wielu graczy była to pierwsza odsłona serii, która naprawdę rozpalała wyobraźnię. Rok później FIFA 99 tylko umocniła pozycję marki. EA Sports szczególnie przykładało się zresztą do edycji powiązanych z wielkimi turniejami. Do dziś pamiętam choćby mundial w Korei Południowej i Japonii oraz charakterystyczne, kolorowe ślady pozostawiane przez piłkę — pomysł efektowny, ale na tyle kontrowersyjny, że nigdy później do niego nie wrócono.
Historia serii nie była jednak pasmem nieustannych sukcesów. FIFA eksperymentowała, czasem z dobrym skutkiem, a czasem niekoniecznie. Zdarzył się nawet moment, w którym utraciła pozycję najważniejszej piłkarskiej gry świata. Na początku XXI wieku wielu graczy, w tym także ja, przesiadło się na Pro Evolution Soccer 5 i 6. Produkcje Konami były wówczas tak dobre, że potrafiły zepchnąć markę EA Sports do defensywy. Później FIFA odzyskała jednak dominację i utrzymała ją przez długie lata. Dziś jesteśmy świadkami kolejnego przełomu, choć zupełnie innego rodzaju. Po rozstaniu z EA Sports organizacja FIFA postanowiła wrócić na rynek gier, ale raczej nie tworząc już bezpośredniej konkurencji dla EA Sports FC, a coś osobliwego.
FIFA World Cup: Launch Edition
Nowa FIFA to trochę taki reboot. Udany?
Odczytuję ten ruch częściowo jako znak czasów, a częściowo jako próbę otwarcia się na nową publiczność. W popkulturze niewiele rzeczy działa skuteczniej niż powrót do korzeni i przetasowanie kart, gdy dotychczasowa formuła zaczyna się wyczerpywać. Tyle że każdy reboot niesie ze sobą ryzyko. Tym razem się udało?
Nowy, brawurowy ruch polega na tym, że FIFA chce być teraz wszędzie. Trochę jak Xbox, który przestał być wyłącznie konsolą, a stał się usługą i ekosystemem obecnym na różnych urządzeniach. Piłkarska organizacja najwyraźniej uznała, że nie chce już inwestować w jeden wielki tytuł wydawany co roku, dzielić się zyskami i pozostawać zależna od wizji zewnętrznego wydawcy. Zamiast tego postawiono na multiplikację projektów — mniejszych, tworzonych częściej i sygnowanych rozpoznawalną marką FIFA. Do naszych rąk trafił właśnie pierwszy owoc tej strategii.
Produkcja studia Delphi Interactive powstała we współpracy z Netflixem, medialnym gigantem znacznie większym od EA, ale jednocześnie firmą mającą nieporównywalnie mniejsze doświadczenie w tworzeniu gier. Dysponuje jednak czymś, czego dawnemu partnerowi FIFA trudno dziś zazdrościć — ogromną platformą i wyraźną ambicją rozwijania segmentu growego. Netflix od kilku lat konsekwentnie rozbudowuje swoją bibliotekę, poszukując rozpoznawalnych marek, które mogłyby przyciągnąć nowych użytkowników i zachęcić ich do pozostania przed telewizorem także po zakończeniu seansu ulubionego serialu. Dość powiedzieć, że w bibliotece giganta gracze mobilni znajdą chociażby… Red Dead Redemption.
Pretekst do takiej współpracy okazał się wręcz idealny. Właśnie wystartowały mistrzostwa świata rozgrywane w Meksyku, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Tego samego dnia, 11 czerwca, gdy kibice zasiedli przed transmisją meczu otwarcia pomiędzy Meksykiem a Republiką Południowej Afryki, otrzymali również nową grę. Założenie było proste. FIFA World Cup: Launch Edition miała pozwolić przedłużyć mundialowe emocje, wypełnić pustkę pojawiającą się po ostatnim gwizdku sędziego i dać fanom futbolu możliwość przeżywania turnieju także poza telewizyjną transmisją. Trudno zresztą wyobrazić sobie lepszy moment na debiut takiego projektu.
Wiemy, że twórcy opisują grę w superlatywach, podkreślając przede wszystkim to, że jest ona kamieniem milowym marki. Przytoczmy raz jeszcze:
FIFA World Cup: Launch Edition wyznacza nowy kierunek dla gier piłkarskich FIFA, kładąc nacisk na emocje i radość, jakie niesie sport. Jest szybka, płynna i pozwala grać nawet z trójką znajomych – nie wymaga też doświadczenia w grach wideo ani wiedzy futbolowej. [...] Wersja The Launch Edition celebrująca początek mistrzostw to zoptymalizowana i tętniąca energią gra, która będzie zmieniać się w czasie, ale od samego początku pozwoli poczuć emocje tego wyjątkowego święta futbolu.
GramTV przedstawia:
Zanim przejdziemy do samej rozgrywki, warto wyjaśnić, jak ten projekt działa od strony technicznej. FIFA World Cup: Launch Edition dostępna jest bezpośrednio z poziomu profilu dla dorosłych użytkowników Netflixa. Można uruchomić ją na różnych urządzeniach, ale zdecydowanie polecam zrobić to na telewizorze. Właśnie z myślą o takim sposobie grania produkcja była promowana i to w tej formie prezentuje się najlepiej. Po uruchomieniu gry należy pobrać aplikację zamieniającą smartfon w kontroler. Następnie wystarczy zeskanować kod QR wyświetlony na ekranie i po chwili można rozpocząć zabawę.
FIFA World Cup: Launch Edition
Igranie na nostalgii. Fatboy Slim na start
Całość działa zaskakująco sprawnie i bez zbędnych komplikacji. Największe wrażenie zrobiło na mnie jednak coś zupełnie innego. Gdy w tle wybrzmiał „The Rockafeller Skank” Fatboy Slima, poczułem się, jakbym na moment przeniósł się o 26 lat wstecz, do czasów FIFA 99. Trudno uwierzyć, że wykorzystanie jednego utworu potrafi wywołać tak silne wspomnienia. Ktoś ewidentnie uznał, że warto zagrać na sentymencie starszych fanów serii. Ścieżka dźwiękowa nowej gry to zresztą sprawna mieszanka nostalgii i popularnych kawałków.
Próg wejścia do samej gry pozostaje bardzo niski. Interfejs jest czytelny, a całość niemal od razu prowadzi nas na boisko niezmiennie skutecznym trybem "Szybki mecz". W grze dostępnych jest 48 drużyn aktualnego turnieju. Można poświęcić chwilę na drobne korekty składu albo od razu rozpocząć zabawę. Największym wyzwaniem okazuje się jednak sterowanie. Osoby przyzwyczajone do padów PlayStation czy Xboxa mogą początkowo czuć się nieco zagubione. Samo poruszanie piłkarzem nie sprawia większych problemów, ale opanowanie poszczególnych komend wymaga już chwili przyzwyczajenia. Podanie wykonujemy pojedynczym stuknięciem w ekran telefonu, podanie do wychodzącego na wolne pole wymaga przesunięcia palca bez odrywania go od powierzchni, a strzał oznacza szybki ruch w kierunku bramki zakończony oderwaniem palca od ekranu. Nie jest to szczególnie skomplikowane, ale przez pierwsze mecze trzeba nauczyć się nowego języka komunikacji z grą.
FIFA World Cup: Launch Edition
Będziesz sobie wyrywać włosy z głowy
Gdy stracimy piłkę, wystarczy przytrzymać ekran, by sterowany przez nas zawodnik ruszył w pościg za przeciwnikiem. Można wykonywać wślizgi, zmieniać piłkarzy pojedynczym stuknięciem czy zagrywać dłuższe podania odpowiednim gestem. Gra pozwala nawet na efektowne kiwki, choć udało mi się wykonać je zaledwie raz. Nie dlatego, że są szczególnie trudne, ale dlatego, że wydają się całkowicie zbędne. Co ważne, nie mamy wpływu na siłę podań ani strzałów. Dla mnie najtrudniejsze okazało się opanowanie sprintu, który wymaga jednoczesnego wskazania kierunku biegu i użycia przycisku akcji. Kciuk może zaboleć po kilku meczach. Szybko zauważyłem też, że podania do wychodzącego zawodnika, kluczowe w zaawansowanej rozgrywce, bywają bardzo niedokładne i zaskakująco rzadko trafiają tam, gdzie powinny.
W pierwszych minutach zabawy można poczuć się nieco nieswojo, ale zapewniam, że sterowanie szybko wchodzi w krew. Czy wtedy można już cieszyć się grą? To zależy od oczekiwań. Trzeba przyznać, że nowa FIFA jest wyjątkowo bramkostrzelna. Nie trzeba się specjalnie nagimnastykować, by piłka wylądowała w siatce. W wielu przypadkach wystarczy zbliżyć się do pola karnego i oddać strzał z okolic dwudziestego metra, a futbolówka niemal sama znajduje drogę do bramki. Co ciekawe, większe problemy miałem wtedy, gdy znajdowałem się bliżej celu. Strzały oddawane z okolic jedenastego czy szesnastego metra częściej padały łupem bramkarzy niż te wykonywane z większej odległości. Znamienne jest jednak coś innego. W ramach testów zaprosiłem do gry moją żonę, która — co warto podkreślić — ma zerowe doświadczenie z grami piłkarskimi. Gdy tylko zbliżyła się do bramki i oddała strzał, akcja zakończyła się golem. Ku jej i mojemu zaskoczeniu.
Tutaj Cristiano Ronaldo na pewno zostanie królem strzelców
Niezrażony łatwością zdobywania bramek postanowiłem sprawdzić najważniejszy tryb gry, czyli turniej mistrzostw świata. Trudno uznać mnie za nowicjusza. Nie zliczę godzin spędzonych przy ligach i pucharach w Pro Evolution Soccer 5 na PlayStation 2, ale tutaj postanowiłem zachować ostrożność. Wybrałem poziom półzaawansowany, uznając, że nowy model sterowania wymaga chwili przyzwyczajenia. Sięgnąłem po Portugalię i… już pierwszej styczności z tym trybem dotarłem do finału. Co prawda przegrałem w nim z Ekwadorem 3:2, ale nie przeszkodziło to Cristiano Ronaldo w zdobyciu korony króla strzelców turnieju.
Wrażenia z rozgrywki? To gra dla kanapowców. Niezobowiązujący produkt, który najlepiej sprawdza się uruchomiony w przerwie prawdziwego meczu, przy piwie, chipsach i kilku znajomych siedzących obok. Nie jest to produkcja stworzona z myślą o rywalizacji, nie stanowi szczególnego wyzwania i raczej nie pochłonie nikogo na długie tygodnie. FIFA World Cup: Launch Edition traktuję bardziej jako cyfrowy dodatek do oglądania futbolu niż pełnoprawną grę piłkarską. Codzienne wyzwania, punkty przeznaczane na rozwój drużyny i stopniowe odblokowywanie kolejnych elementów tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że twórcy bardzo świadomie sięgnęli po rozwiązania doskonale znane z gier mobilnych. To model zaprojektowany tak, by zachęcać do regularnych powrotów, ale jednocześnie nie wymagać od gracza większego zaangażowania.
FIFA World Cup: Launch Edition
Werdykt: szybka i niezobowiązująca gra dla casuali
Dlatego nie wierzę, by pozycja serii EA Sports FC była w jakikolwiek sposób zagrożona. Im dłużej jednak obcowałem z tym projektem, tym częściej dochodziłem do wniosku, że być może wcale nie o rywalizację chodziło. FIFA i Netflix zdają się traktować ten tytuł jako poligon doświadczalny dla nowego sposobu grania, w którym smartfon staje się kontrolerem, a telewizor platformą do natychmiastowej zabawy dostępnej dla każdego domownika. Kluczowe jest przy tym to, że do uruchomienia gry nie potrzeba ani konsoli, ani gamingowego komputera. Wystarczy aktywny abonament Netflixa i telefon leżący pod ręką. Nie sądzę jednocześnie, by taki model miał zastąpić tradycyjne granie. Warto jednak odnotować samą próbę. Bo choć FIFA World Cup: Launch Edition trudno uznać za szczególnie udaną grę piłkarską, to jako eksperyment pokazuje kierunek, którym część branży może próbować podążać w najbliższych latach.
Dziennikarz filmowy, krytyk. Lubi otwarte podejście do kina i popkultury. Fantastykę w każdej postaci przeplata seansami klasyki. Gdy akurat nie gra w Diablo 4, nie pogardzi dobrym komiksem i książką.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!