Guillermo del Toro i David Fincher zabrali głos w trwającej w Hollywood dyskusji o tym, czym dziś jest kino. Obaj twórcy podczas spotkania Q&A zorganizowanego przez Netflixa nie tylko bronili platformy streamingowej, lecz także podkreślali, że o filmie nie decyduje rozmiar ekranu, ale siła pomysłów i autorskiej wizji.
Frankenstein
Guillermo del Toro i David Fincher stanęli w obronie Netflixa
Frankenstein w reżyserii del Toro okazał się jednym z największych artystycznych sukcesów Netflixa. Produkcja zdobyła dziewięć nominacji do Oscarów i zyskała ogromne uznanie w branży filmowej. Swojego zachwytu nad dziełem nie kryli między innymi Francis Ford Coppola, Martin Scorsese, Alfonso Cuarón czy Margot Robbie, która nazwała je najważniejszym filmem w dorobku reżysera. Do tego grona dołączył także David Fincher, który podczas wydarzenia poświęconego filmowi nie szczędził pochwał.
Ten film jest wyrafinowany. Ale nie chodzi tylko o to, że jest piękny. Samo piękno to zbyt łatwa ucieczka. To przykład ręcznie tworzonej, bardzo osobistej wypowiedzi artystycznej i pod tym względem jest absolutnie wyjątkowy.
Entuzjastyczne reakcje widzów przełożyły się również na wymierny sukces komercyjny. Frankenstein znalazł się w pierwszej piątce najczęściej oglądanych filmów Netflixa w ciągu pierwszych pięciu tygodni od premiery. Produkcja dobrze poradziła sobie także w kinach, gdzie niemal tysiąc seansów na całym świecie wyprzedało się do ostatniego miejsca. Platforma zapowiedziała nawet limitowany, tygodniowy powrót filmu na duże ekrany pod koniec miesiąca.
Podczas tego samego spotkania del Toro i Fincher odnieśli się do często powtarzanego argumentu, że prawdziwe kino może istnieć wyłącznie w sali kinowej. Reżyser Frankensteina zwrócił uwagę, że branża próbuje dziś na nowo zdefiniować to pojęcie.
Ludzie próbują teraz określić, czym jest kino. Czy decyduje o nim wielkość ekranu, czy raczej skala idei.
Fincher wtórował mu, podkreślając, że techniczne parametry nie są kluczowe dla filmowego doświadczenia:
Nie chodzi o długość czegoś ani o jego szerokość.
GramTV przedstawia:
Del Toro dodał, że ostatecznie to zaangażowanie twórców sprawia, że widzowie postrzegają dane dzieło jako pełnoprawny film:
To samo się definiuje. Kiedy sto dwadzieścia osób z obsady i ekipy daje z siebie wszystko, widownia to czuje i mówi wprost, że ma do czynienia z filmem.
David Fincher od ponad dekady jest silnie związany z Netflixem. To właśnie dla tej platformy stworzył seriale House of Cards, Mindhunter oraz Miłość, śmierć i roboty, a także dwa filmy, czyli Mank i Zabójcę. W przygotowaniu znajduje się również jego kolejny projekt zatytułowany The Adventures of Cliff Booth. Reżyser nie ukrywa przy tym swojego przekonania, że Netflix wyznacza kierunek rozwoju kina.
Guillermo del Toro podchodzi do tematu bardziej ostrożnie, podkreślając wartość zarówno streamingu, jak i tradycyjnych seansów kinowych. Reżyser zaznaczał wcześniej, że Frankenstein został zaprojektowany tak, aby działał równie dobrze w domowych warunkach, jak i na wielkim ekranie. Jednocześnie przyznaje, że na ocenę długofalowych skutków tych zmian dla kultury filmowej jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie.
W teorii tak ale potem czytasz że dialogi tobie się głośne, postacie dużo pwotarzają i opowiadają co się dzieje. I potem słyszysz że robią to dlatego że zakładają że telewizor leci w tle jak ty coś robisz w domu. Ot robią pod widzą jakiego mają.
Więc jeżeli Netflix ma wytyczne ilu ludzi każdej rasy ma być, ilu gejów, ilu transów, jeżeli dialogi są filtrowane żeby się upewnić że polityczna poprawność jest zachowana (...)
Tylko że widzisz - tu właśnie wchodzi jakość reżysera. Del Toro to jeden z ostatnich prawdziwych reżyserów w Hollywood, a przynajmniej taki który ma swój styl i się go trzyma. Zdołał sobie zapewnić taką umowę z Netflixem, że miał artystyczną wolność, dostał ich budżet ale decydował o kształcie swojego filmu. Powstał film który uznali zarówno widzowie jak i krytycy, nietuzinkowy mimo oklepanej historii, a sam del Toro też chyba wyszedł zadowolony. Jest to idealny rodzaj współpracy gdzie jakościowy reżyser jest wsparty przez bogatą firmę - tak działało poniekąd kiedyś Hollywood.
To że mamy obecnie zalew reżyserów-oszołomów którzy nie mają warsztatu, myślą tylko o aktywizmie albo żyją w jakiejś bańce gdzie wydaje się im że ich są filmy są świetne tylko wredni widzowie ich nie chcą oglądać to niestety efekt czasów w jakich żyjemy. Netflix nie musi nic robić - oni sami z siebie tworzą takie gnioty - albo pseudoartsytczno-aktywistyczny bełkot który pozbawiony jest podstaw dobrej fabuły, przepełnione CGI wydmuszki z trope-ami typu "girlboss", albo kolejny komentarz polityczny który nawet nie udaje po której stronie sceny jest. I tu nie mam dobrych wieści, bo wraz z odchodzeniem na emeryturę takich reżyserów jak del Toro, Fincher czy Nolan tzw magia kina będzie umierać...
dariuszp
Gramowicz
Dzisiaj 10:46
W teorii tak ale potem czytasz że dialogi tobie się głośne, postacie dużo pwotarzają i opowiadają co się dzieje. I potem słyszysz że robią to dlatego że zakładają że telewizor leci w tle jak ty coś robisz w domu. Ot robią pod widzą jakiego mają.
Więc jeżeli Netflix ma wytyczne ilu ludzi każdej rasy ma być, ilu gejów, ilu transów, jeżeli dialogi są filtrowane żeby się upewnić że polityczna poprawność jest zachowana. Jeżeli brutalność jest tonowania. Jeżeli seksualność jest cenzurowana. Jeżeli kobiety mają przypominać facetów a faceci to mają być przegrywa żeby trans uratował wszystkich. Jeżeli dialog ma być głupi i ma być tell don't show - a projekt jest oceniany nie po wartości artystycznej tylko jak się sprzeda - to ile artyści rzeczywiście mogą zrobić?
Projekty dla takich firm jak Netflix czy Ubisoft w wypadku gry to chyba jak praktyki i jednego kolesia którego znałem. Mówił zawsze - możecie sobie wybrać dowolne 2 tygodnie pomiędzy 1 a 14 czerwca.