Po miesiącach spekulacji o kosztach, ryzyku i przyszłości całej serii, obóz Avatara znów wysyła sygnał ostrożnego optymizmu. Producentka Rae Sanchini przekonuje, że Avatar 4 i Avatar 5 idą naprzód „pełną parą”, choć same daty premier wyznaczone na 2029 i 2031 nadal pozostają jedynie wstępnym planem.
To istotna zmiana tonu, bo jeszcze niedawno wokół Pandory unosiła się wyraźna niepewność. Sanchini ujawniła, że zespół Lightstorm jest dziś zajęty budżetowaniem, planowaniem harmonogramu i budową nowego procesu technologicznego dla dwóch kolejnych filmów. Innymi słowy: scenariusze są gotowe, prace koncepcyjno-produkcyjne trwają, ale studio nadal porządkuje zaplecze techniczne, zanim poda bardziej twardy kalendarz. Co ważne, sama producentka przyznała też wprost, że terminy 2029 i 2031 są na razie „napięte”.
Avatar 4 i 5 idą naprzód, lecz James Cameron nadal nie ma gwarancji na przyszłości serii
Kadr z filmu Avatar: Ogień i Popiół20th Century Studios / Disney
Tym ciekawiej wypada szerszy kontekst. Avatar: Ogień i Popiół wszedł do kin 19 grudnia 2025 roku, następnie przekroczył miliard dolarów globalnego box office’u, a według bieżących danych dobił już do około 1,486 mld dolarów na świecie. Jednocześnie film zdobył Oscara za Najlepsze Efekty Specjalne, co po raz kolejny potwierdziło, że Cameron nadal technologicznie gra w osobnej lidze. Z drugiej strony to wciąż wynik niższy od dwóch poprzednich części, więc sukces artystyczno-techniczny nie skasował całkowicie pytań o to, jak drogie może być dalsze pompowanie tej marki.
W praktyce najnowsza wypowiedź producentki nie zamyka więc tematu, tylko go porządkuje. Avatar 4 i Avatar 5 nie wyglądają dziś na projekty skasowane ani zamrożone, ale też nie są jeszcze rozpędzonym pociągiem z niepodważalnym rozkładem jazdy. To raczej wielka maszyna, która już pracuje, lecz nadal potrzebuje bardzo precyzyjnego ustawienia trybów. A w przypadku Camerona to bywa zarówno dobra, jak i niebezpieczna wiadomość: dobra, bo nikt nie robi takiego widowiska jak on. Niebezpieczna, bo każda minuta zwłoki kosztuje tu fortunę.
Na razie najuczciwiej byłoby powiedzieć tak: Pandora żyje, ale nie ma jeszcze podpisanego wyroku na wieczność. Cameron znów dostał tlen, Disney nadal ma z czego być dumny, a widzowie kolejny dowód, że w tej sadze nawet „cała naprzód” brzmi bardziej jak ostrożny manewr niż beztroski sprint. I może właśnie to najlepiej definiuje dziś Avatara. To już nie tylko widowisko o obcej planecie, ale też jedna z najdroższych prób udowodnienia, że kino eventowe wciąż potrafi myśleć w skali całych dekad. Naszą recenzję filmu Avatar: Ogień i Popiół przeczytacie w tym miejscu.
Strateg i erpegowy planista. Personalnie psychofan steampunku, któremu musiał dać ujście nawet w nicku. Hobbystycznie majsterkowicz komputerowy i "akolita" Apple. Po prostu lubię, kiedy coś działa.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!