W 2019 roku Zabawa w pochowanego okazała się zaskakującym hitem. Film zanotował przyzwoity wynik box office (jak na swój skromny budżet), zyskał ciepłe recenzje i grono fanów. Na kontynuację przyszło nam czekać aż siedem lat. Czy było warto?
Kino kocha przewrotność, bo nic nie działa na wyobraźnię widza tak skutecznie, jak zderzenie tego, co czyste i uroczyste, z tym, co brutalne i odarte ze złudzeń. A ślub, jako jeden z najbardziej utrwalonych symboli szczęścia, aż prosi się o to, by go zbezcześcić. I znów dostajemy ten sam obraz i efektowne odwrócenia znaczeń. Problem w tym, że tym razem trudno znaleźć w nim coś, co nie byłoby boleśnie oczywiste.
Sarah Michelle Geller najwyraźniej znów poczuła krew, i to od niej warto zacząć, bo stanowi ciekawy łącznik między różnymi horrorowymi światami, które się tu przenikają. W zeszłym roku powróciła symbolicznie do swojej roli w remake’u Koszmar minionego lata, pojawiając się jedynie we wspomnieniach, co było raczej ukłonem niż pełnoprawnym powrotem. To jednak nie ten comeback, na który wszyscy czekali. Bo aktora była też związana z rebootem kultowego Buffy, który ostatecznie nie doszedł do skutku, bo Disney nie był zadowolony z odcinka pilotażowego. Geller zamiast tego zagrzała miejsce w innej marce — tej, która z niepozornego pomysłu zaczęła wyrastać na coś większego.
Jej obecność w Zabawie w pochowanego 2 nie jest zresztą przypadkowa, bo ścieżki twórców przecinają się tu w sposób niemal ironiczny — duet Radio Silence, czyli Matt Bettinelli-Olpin i Tyler Gillett, wcześniej wskrzesił przecież serię Krzyk (Geller także była jej częścią), nadając jej nową energię po latach stagnacji. Ich przygoda z tym uniwersum zakończyła się jednak przed siódmą częścią, która — delikatnie mówiąc — nie została dobrze przyjęta. Czym zajęli się Radio Silence gdy nie kręcili Krzyku 7? Kręcili Zabawę w pochowanego 2. Czy wyszli na tym lepiej? Właśnie na to pytanie postaram się odpowiedzieć.
Krwawe deja vu
Choć oba filmy dzieli siedem lat, Zabawa w pochowanego 2 jest bezpośrednią kontynuacją wydarzeń z pierwszej części. Tuż po masakrze panna młoda trafia do szpitala. Składa zeznania, ale trudno oczekiwać, by ktoś uwierzył w historię o satanistycznym rytuale, śmiertelnej grze i eksplodujących ciałach. Sytuacja szybko się jednak komplikuje. Gra nie została zakończona. Wręcz przeciwnie — dopiero się rozkręca, tym razem na znacznie większą skalę. Jest taka scena, w której jeden z oprawców zostaje wrzucony do pralki, i trudno nie odnieść wrażenia, że to właśnie temu filmowi przydałoby się podobne odświeżenie — solidne, bez sentymentów, z nastawieniem na pozbycie się zaschniętych plam po poprzedniej części. Twórcy idą bowiem drogą najprostszą z możliwych. Powtarzają schemat. Ta sama bohaterka. Ta sama suknia. I w ślad za tym powielają też własne błędy.
Na papierze wszystko wygląda lepiej — więcej postaci, więcej nazwisk, więcej możliwości. W praktyce jednak dostajemy galerię figur, które przypominają raczej manekiny ustawione w witrynie niż ludzi z krwi i kości, i nawet jeśli kamera próbuje tchnąć w nich życie, to ono ulatuje szybciej, niż zdążymy się nimi zainteresować. To szczególnie razi, bo mamy do czynienia z elitą — ludźmi, którzy teoretycznie prowadzą normalne życia. Tymczasem ich fanatyzm jest tak przerysowany, że aż odrealniony. Przeciwnicy pogrążają tę akcję – są pozbawieni niuansów, jednowymiarowi, zamknięci w swojej obsesji niczym w klatce, z której nie ma wyjścia ani dla nich, ani dla widza.
Powrót do tej samej gry, tylko głośniejszy
Na drugim planie pojawiają się za to twarze, które potrafią przyciągnąć uwagę, nawet jeśli tylko na chwilę. O Geller już wspominałem, ale jest tego więcej. David Cronenberg, legendarny reżyser horrorów, ale także ubiegłorocznego Zza grobu, zdążył nas już przyzwyczaić do gościnnych występów. Tu jego udział jest raczej symboliczny. Z kolei Elijah Wood po raz kolejny udowadnia, że potrafi wykorzystać swój niewinny wizerunek w sposób przewrotny – pamiętamy chociażby film Maniac, albo Sin City. Problem w tym, że to kolejne woskowe figury.
GramTV przedstawia:
Nie pomaga w tym również Samara Weaving, która ponownie wciela się w główną rolę, próbując balansować między przerażeniem, ironią a determinacją, lecz jej gra przypomina raczej serię niezbornych gestów niż spójny portret postaci. Mam z nią problem. Twórcy zdają się widzieć w niej drugą Margot Robbie, ale podobieństwo wizualne to za mało. Brakuje tu błysku. Brakuje charyzmy. Brakuje umiejętności płynnego przechodzenia od intensywnej akcji do ciętych ripost. Te ostatnie wypadają zresztą zaskakująco blado i sztucznie.
Między rytuałem a rutyną
Motyw śmiertelnej gry nie jest tu niczym nowym — od Squid Game po Uciekinier widzieliśmy już wiele wariacji na ten temat. Najbliżej jednak tej produkcji do filmu Gra o przeżycie z 1994, gdzie człowiek staje się zwierzyną łowną. Tutaj zamiast bezdomnego mamy pannę młodą. Zasady pozostają jednak podobne. Polowanie. Ucieczka. Przetrwanie. Nie sposób nie usłyszeć też echa kultowego Kill Billa, bo znowu to panna młoda staje się celem, a przemoc jest wyraźnie estetyzowana i przeplatana humorem, tworząc wybuchową mieszankę. Różnica polega na tym, że u Tarantino wszystko było precyzyjnie wyważone. Tutaj proporcje się rozjeżdżają. Przypomina mi się też trzecia odsłona cyklu REC, która także zniszczyła bajkę o pewnym ślubie i życiu długo i szczęśliwie. Był to film równie bezwstydny, ale mającego jedną przewagę, nad Zabawą w pochowanego – Hiszpanie przynajmniej nie szli w sentymenty.
Nie przekonują mnie próby dociążenia tej historii dodatkowymi wątkami, które mają sprawiać wrażenie, że pod powierzchnią krwawej zabawy kryje się coś więcej. W tle pojawia się choćby motyw siostrzanej relacji — niby pełen emocjonalnego potencjału, bo oparty na stracie, niedopowiedzeniach i potrzebie odbudowania czegoś, co kiedyś miało znaczenie. Brzmi to dobrze. Nawet obiecująco. W praktyce jednak pozostaje jedynie scenariuszową dekoracją.
Zabawa trwa, ale emocje opadły
Mam wrażenie, że Radio Silence doskonale rozumie, czego oczekuje widownia, ale jednocześnie nie potrafi znaleźć właściwych proporcji między rozrywką a świeżością, między powtórzeniem a rozwinięciem. Ich kino przypomina dobrze znany przepis, który ktoś uparcie gotuje w ten sam sposób, licząc, że za każdym razem będzie smakował tak samo. Czasem jednak wystarczyłoby zmienić jeden składnik. Dla fanów pierwszej części to wciąż będzie znajomy smak — może nawet satysfakcjonujący, bo przecież dostają dokładnie to, czego oczekiwali. Dla innych będzie to raczej powrót do pomysłu, który już wcześniej wydawał się wtórny, a teraz został jedynie rozciągnięty i podany ponownie, tym razem w nieco tylko większym opakowaniu. Z tą samą etykietą.
Jest taka scena, w której bohaterki walczą po oślepieniu gazem łzawiącym, wymachując rękami w próżni, próbując trafić przeciwnika, którego nie widzą — i trudno oprzeć się wrażeniu, że to właśnie metafora całego filmu, który porusza się po omacku, licząc na to, że przypadkiem znów trafi w cel. Czasem trafia. Częściej jednak pudłuje. I choć można docenić konsekwencję, z jaką twórcy trzymają się obranej ścieżki, to trudno nie odnieść wrażenia, że jest to droga donikąd — wygodna, bezpieczna, ale prowadząca wciąż w to samo miejsce. Dodam, że główne bohaterki to Grace i Faith. Znamienne. Twórcy może i mieli wiarę, ale łaski to oni tym filmem nie zdobędą.
5,0
Powtarzalność, której twórcy nawet nie kryją. Ta sama, brudna, czerwona sukienka.
Plusy
Jeśli ktoś chce wyłączyć myślenie, film dostarcza znajomej, niewymagającej zabawy
Owszem, Samara Weaving jest bardzo ładna...
Minusy
Film odtwarza schemat pierwszej części, dokładając skalę, ale nie świeżość
Bohaterowie przypominają bardziej funkcje fabularne niż ludzi, przez co trudno się w tę historię zaangażować
Humor, akcja i groza nie współgrają, a całość częściej męczy niż bawi
Dziennikarz filmowy, krytyk. Lubi otwarte podejście do kina i popkultury. Fantastykę w każdej postaci przeplata seansami klasyki. Gdy akurat nie gra w Diablo 4, nie pogardzi dobrym komiksem i książką.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!