Stranger Things 5 - recenzja serialu. Wszystko wszędzie naraz

Jakub Piwoński
2026/01/02 14:00
1
1

Jestem zaskoczony. Tym, jak nierówny jest ten ostatni sezon. Jako widzowie przeżywamy istny rollercoaster, ale finalnie nasz wagonik dojeżdża do celu. Tylko — czym on właściwie był?

Zacznę od końca. Jak śpiewa David Bowie, wieńcząc tę historię, możemy być bohaterami. Nawet na jeden dzień. Bracia Duffer dali swoim postaciom sporo czasu na to, by dorosnąć do wyższych celów. Minęło dziewięć lat, pięć sezonów, kilkadziesiąt odcinków Stranger Things. Serial przeszedł ewolucję, a postacie razem z nim. Wszystko zaczęło się od tego, że w pewne beztroskie dzieciństwo wkradł się lęk. Rozwinął się do skali wręcz absurdalnej, bo też grupka sympatycznych przyjaciół okazała się wyjątkowo wdzięcznym naczyniem do wlania wszelkich niepokojów. Bohaterowie, jeszcze zanim zdecydowali się wejść w role i powołania, które były im pisane, najpierw musieli zrobić jedną rzecz, by ta historia mogła ruszyć z miejsca — musieli przestać być dziećmi.

Stranger Things
Stranger Things

Serial przereklamowany?

Jest coś znamiennego w tym, że w tym samym roku, co Netflix dostarczył nam finał historii Stranger Things, na HBO mieliśmy okazję zapoznać się z serialem To: Witajcie w Derry. Nie jest tajemnicą, że spośród wielu inspiracji braci Duffer do budowania mitologii tej serii, nie bez znaczenia pozostaje wpływ twórczości Stephena Kinga. Kolejność seansu ułożyła się korzystnie. Najpierw dano nam To, potem finał Stranger Things — i widać jak na dłoni, jak bardzo dzieło bazowe różni się od swojej trawestacji. Podczas gdy twórcy To: Witajcie w Derry postawili na proste i sprawdzone metody straszenia widowni, bracia Duffer konsekwentnie, przez lata, wciskali pedał gazu, przez co ich finalny produkt mocno oddzielił się od pierwotnych założeń i został przygnieciony skalą własnego światotwórstwa.

Przez większość czasu seansu piątej odsłony miałem mieszane odczucia. Dominowało wrażenie, że serial najlepsze momenty ma już dawno za sobą, a twórcy próbują zakończyć tę historię w sposób trochę desperacki. Jakby nie chcieli pozwolić widzowi na nabranie tchu po to, bo wszelkie momenty przestoju mogłyby uwidocznić wady tej serii, w tym nadrzędną — przerost formy nad treścią. To zaskakujące, jak bardzo ta oprawa wizualna wydaje się sztuczna, jak z upływem odcinków wyraźniejsze staje się wrażenie, że wszystko to tylko atrapa i prowokacja, pomimo tego, jak wiele dzieje się na ekranie. I jak bardzo aktorzy silą się na udawanie nastolatków, podczas gdy wszyscy już dawno są pełnoletni.

Stranger Things
Stranger Things

Fenomen bez tożsamości

Ta seria została dodatkowo skomplikowana podziałem na części. Pierwsza odsłona, o której pisał mój przedmówca, w sposób zdawkowy wprowadza nas do tej historii, witając się ponownie z widzem po dwóch latach nieobecności na Netflix. Nie jest źle, ale nie jest też dobrze. Druga część z kolei jest fatalna i nie mam zamiaru jej bronić. Tym razem po brzegi wypełniono ją watą, która została scenarzystom jeszcze z poprzednich odcinków. Ogromnym paradoksem i zarazem najlepszym komentarzem dla środkowej części jest to, że jej najlepszym i najbardziej prawdziwym, emocjonalnym momentem jest moment coming outu Willa. Jakkolwiek zostało to fabularnie bardzo dobrze uzasadnione — ponieważ szczerość wobec siebie jest bohaterowi potrzebna do tego, by przeciwstawić się złu bez lęku — to jednak sposób ukazania tego pozostawia wiele do życzenia, każąc nam taplać się w uciążliwym patosie.

Natomiast mam wrażenie, że bracia Duffer częściowo rehabilitują się w finałowym, ponad dwugodzinnym odcinku, który jednocześnie jest kulminacją i epilogiem tej historii. Akcja ma w końcu dobre tempo, w końcu też wyciągnięto na wierzch stawkę — na moment robi się naprawdę ciekawie. Ale gdy serial interesująco zmienia kolor z czerwieni na żółty, za sprawą zmiany lokalizacji, jest to jednocześnie moment, w którym zasada Deus ex machina wchodzi twórcom za bardzo. Nastka zawsze miała umiejętność łątania fabularnych dziur jednym ruchem ręki, dzięki czemu w sposób magiczny wszystko zaczęło się układać. Tu w dodatku pomaga jej też Will, który, jak wiemy ze środkowej części, także odkrył w sobie niezwykłe moce. Tam, gdzie dwóch czarodziejów, tam Vecna oczywiście nie ma szans, ale jestem rozczarowany tym, jak łatwo i bezboleśnie ułożyła się ta robota naszym goonies. Zło, które w czwartym sezonie intrygowało tajemnicą i nieobliczalnością, zostało pozbawione swego impetu.

Stranger Things
Stranger Things

Dojrzewanie

Mamy w ostatnim odcinku więcej absurdalnych momentów, a tym budzącym pusty śmiech jest np. uzasadnienie obecności Winony Ryder w całej tej drace. Jej bohaterka idzie ze swoimi podopiecznymi na tę wojnę uzbrojona w siekierę, mimo że każdy widz doskonale wie, że nie byłaby w stanie jej dobrze użyć. To jednak, w jaki sposób twórcy dają jej do tego możliwości, pachnie jeszcze większym mizdrzeniem się do kobiecej widowni niż to, jak bardzo Nancy nagle zaczęła przypominać nam w tej odsłonie Sarah Connor. Jeśli już o niej mowa, warto nadmienić, że bracia Duffer zaangażowali Lindę Hamilton, ale jej udział jest dokładnie tak tani, rozczarowujący i efekciarski, jak ta siekiera lądująca na głowie Vecny.

GramTV przedstawia:

Jest w tej odsłonie taki krótki moment, trudny do wyłapania, w którym na kilka sekund zapada cisza. Niuans, ale jak dobrze oddający naturę tej serii. Trudno nie dostrzec, że zostaliśmy właściwie przez twórców przekrzyczani i przebodźcowani przez te pięć sezonów. To, co było podstawową wartością Stranger Things — intertekstualność, przejawiająca się nagromadzeniem przeróżnych kontekstów i cytatów z postmodernistycznych tekstów — stało się jednocześnie największym ciężarem tej serii. Stranger Things stało się bowiem nie tyle serialem, który opowiadał własną historię i podążał własną ścieżką w sposób konsekwentny, co tworem marketingowym, idealnym jako haczyk na widza, świetnie prezentującym się jako reklamowa ścianka, na tle której można sobie zrobić zdjęcie, ale niekoniecznie jako coś, co może służyć jako inspiracja do kolejnej rundy Dungeons & Dragons.

Stranger Things
Stranger Things

Świat pęka w szwach

Powiedzmy to sobie wprost. Serwowano nam festiwal atrakcji, zaczerpniętych z różnych światów i tworów popkulturowych, a powstałą na skutek tego mitologia, zdaje się bardziej przypominać czerwony balonik z przywoływanego tu To, niż coś trwałego. Bracia Duffer nie mogliby być dobrymi szefami kuchni, bo ich menu byłoby zdecydowanie zbyt obfite. W tym garnku nagotowano zdecydowanie za dużo wszystkiego naraz, z czego wszystko próbuje być mięsem. King wchodził w interakcję Lovecraftem, science fiction przeplatało się z mrocznym fantasy, całość otoczono jeszcze aurą grozy, baśniowości, po czym świat już dosłownie stanął na głowie. U swego sedna mamy tu jednak do czynienia z opowieścią o dojrzewaniu, o czym zapominamy przez panujący tu chaos. Ale na szczęście, im bliżej końca, krzyk ustępuje miejsca milczeniu.

Co było celem? Ta grupka przyjaciół tego nie wiedziała i my także. Mieliśmy do tego dojrzeć, razem z nimi. Myślę, że dano im wystarczającą szansę, by zaistnieć, by stać się kimś ważnym, by stać się bohaterem nie tylko na planszy fabularnej gry, którą wieczorami rozgrywają. Skorzystali z niej, udowodnili swoją siłę, co dało im sposobność do zweryfikowania wartości, w które wierzymy. Znakiem tej drogi staje się np. Duster, który z zabawnego nerda przeistacza się w głos rozsądku całej bandy i ich główny stabilizator.

Każdy może być bohaterem

Przedstawienie dobiegło końca, ostatni zamknął za sobą drzwi — możemy się rozejść. Jakie więc uczucia we mnie dominują? Nie jestem rozczarowany, bo musiałbym mieć wymagania, a ich nie miałem. Już jakiś czas temu przestałem budować relacje z tym serialem, wyczuwając w nim pustkę. Ale nie mogę też powiedzieć, że jestem w jakiś sposób na twórców zły za rozwiązania, na które się zdecydowali. Wydaje mi się, że wbrew sugestiom fanów, chyba jednak nie dało się zakończyć tego lepiej, choć przyznaje, znacznie sprawniej mogło się to potoczyć. Twórcy, ukrywając się w postaci Mike’a, świadomie postawili na nutę niedopowiedzenia, wiedząc, że najlepsze historie to te, które opowiadamy i kończymy sami, bo tylko w te wierzymy.

O końcowej ocenie niech decyduje matematyka. Jeśli pierwsza część piątego sezonu dała mi umiarkowane wrażenia na 5/10, druga część mnie zniesmaczyła na 4/10, a finalny odcinek poruszył mnie na 8/10, to piątej odsłonie wystawiam sprawiedliwe 6. Na więcej mnie nie stać.

6,0
Postmodernistyczny worek bez dna, który zatracił swoją tożsamość, ale finalnie choć na moment wprowadza do historii nieco spokoju i refleksji.
Plusy
  • Finałowy odcinek ma dobre tempo i faktycznie potrafi wciągnąć
  • Droga, jaką przechodzą bohaterowie, ich przemiana, jest w dużej mierze satysfakcjonująca
  • Pomimo nagromadzenia wielu postaci, obecność każdej z nich ma uzasadnienie dramatyczne
  • Akcja ustępuje refleksji, co jest ciekawym zabiegiem
Minusy
  • Fatalna środkowa część sezonu - nudna i wypełniona watą
  • Oprawa wizualna jest efektowna, ale kiczowata — za bardzo kłuje w oczy
  • Vecna traci na sile i znaczeniu, a szkoda
  • Patos momentami doskwiera, aż za bardzo
Komentarze
1
wolff01
Gramowicz
Wczoraj 14:33

I tak ludzie zapamiętają ten sezon głównie za fatalną scenę coming outu. To smutne jak bardzo nie potrafią już tam w Hollywood pisać scenariuszy a "wielki finał serii" to już coraz częściej zawód lub po prostu mem. Rozwleczona wydmuszka, nie zrobiona dla fanów tylko dla aktorów (i jeszcze dorzucono na siłę parę postaci) i samego Hollywood...

Oczekiwania miałem żadne, a oni potrafili zrobić to jeszcze gorzej xD