Recenzja filmu Dźwięk śmierci. Nastoletni blues

Joanna Kułakowska i Łukasz M. WIśniewski
2026/02/20 18:00
0
0

Najnowszy film Corina Hardy’ego, twórcy Zakonnicy, to ponownie opowieść, która ma straszyć. A czy widownia znów dostaje horror tylko z nazwy? Jak wyszło tym razem?

Recenzja filmu Dźwięk śmierci. Nastoletni blues

Dźwięk śmierci (Whistle) wykreowany przez Corina Hardy’ego oraz autora scenariusza Owena Egertona (reżyser i scenarzysta znany między innymi z Festiwalu krwi (Blood Fest)) to film, który nie stanowi części żadnej franczyzy, jednakże twórcy i producenci mają ambicje położyć nim podwaliny pod nową serię opowieści (zostańcie na sali do sceny po napisach!). Czy to się uda, zobaczymy – potencjał istnieje, niemniej mankamenty także. Tak czy owak, naszym zdaniem trzeba przyznać jedno: niniejszą produkcję charakteryzuje przyzwoity scenariusz, a zastosowane rozwiązania może i w paru momentach rażą wygodnictwem bądź naiwnością, przynajmniej jednak przykuwają uwagę do bohaterów i pozwalają opowiedzieć całkiem fajną historię bez dziur logicznych wielkości księżycowych kraterów. O wielu filmach nie da się tego powiedzieć.

Wyreżyserowana przez Corina Hardy’ego część uniwersum Obecności była sukcesem komercyjnym, ale już nie artystycznym, Zakonnica okazała się raczej komedią niż pełnokrwistym horrorem (o czym można przeczytać tutaj). Dźwięk śmierci zawiera elementy komediowe, lecz nie przeszkadzają one docenić grozy sytuacji, w jakiej znaleźli się bohaterowie. Niekiedy uwypuklają aspekty, które budzą dreszcz na grzbiecie, choć wcale nie należą do sfery nadnaturalnej; straszne rzeczy, jakich można się spodziewać, pomimo że nie są „normalne”, a z paranormalnymi niestety nie mają nic wspólnego, jak na przykład odwołująca się do Boga retoryka osobnika, który wykorzystując swą pozycję, krzywdzi ludzi, w tym dzieci. Na swój sposób jest to najbardziej przerażający element recenzowanego filmu. Czy jednak obraz naprawdę straszy?

Nastoletnie problemy i problem ostateczny

Dźwięk śmierci to film nawiązujący do komedii i dramatów młodzieżowych rozgrywających się w placówce szkolnej, z naciskiem na pojawienie się nowego ucznia / nowej uczennicy, która to osoba niezbyt pasuje do reszty, burzy status quo. Ponadto mieszczący się w nurcie coming of age, kiedy to dramatis personae przygotowują się do wejścia w dorosłe życie, próbują określić swą tożsamość i konfrontują malującą się przed nimi przyszłość z niegdysiejszymi marzeniami. Jako horror opiera się zaś na koncepcie przeklętego przedmiotu i skutków jego użycia, co samo w sobie niczym oryginalnym nie jest, ale zawsze może zostać apetycznie podane. Mamy tony takich filmów ze słynną kasetą video z The Ring na czele, a jeśli chodzi o związek z konwencją „dorastania”, na myśl przychodzą choćby niedawne horrory: nieudane Raz, dwa, trzy... wchodzisz do gry! Erena Celeboglu i Ariego Costy oraz naprawdę udane Mów do mnie Danny’ego i Michaela Philippou. W przypadku najnowszego obrazu Corina Hardy’ego mamy jednak przedmiot realnie istniejący. Odnośnie do tytułowego gwizdka (Whistle) powstało wiele hipotez i nic nie jest stuprocentowo pewne, można więc swobodnie popuścić wodze wyobraźni, do czego służył dany artefakt, dodając atrybuty opowieści grozy. Oś fabuły stanowi zatem aztecki gwizdek śmierci z wypisanym nań niepokojącym hasłem tudzież paskudne skutki zabawy-wyzwania, jaką oczywiście musiała urządzić sobie grupka nastolatków, gdy ów trafił w ich ręce. W rezultacie ci, którzy usłyszeli jego dźwięk, zaczynają umierać w dziwacznych okolicznościach. To dość przewrotne, gdy dzieciaki w taki sposób nawiązują kontakt ze swym przeznaczeniem, zanim zaczną w pełni żyć.

Nastoletnie problemy i problem ostateczny, Recenzja filmu Dźwięk śmierci. Nastoletni blues
Kino Świat

Postacią centralną Dźwięku śmierci jest Chrys, czyli Chryzantema (Dafne Keen). Przybywa ona do liceum w małym miasteczku (gdzie niegdyś mieszkała), niosąc bagaż traumatycznych doświadczeń, których szczegółów długo nie dano nam poznać. Główna bohaterka jest klasycznym przykładem figury geeka, w dodatku w stylu punka i po trosze gota. Podobnie prezentuje się jej kuzyn Rel (Sky Yang) – beznadziejnie zakochany w urodziwej, „popularnej” Grace (Ali Skovbye), która chodzi z jeszcze bardziej popularnym sportowcem Deanem (Jhaleil Swaby). Z ową parą przyjaźni się Ellie (Sophie Nélisse, znana z serialu Yellowjackets), pragnąca zostać lekarką i już stawiająca pierwsze kroki w zawodzie, zatrudniwszy się w służbie zdrowia po godzinach zajęć. Dziewczyna ta natychmiast wpada w oko Chrys, która nieomal z chwili na chwilę coraz bardziej się w niej zadurza. Co ciekawe, twórcy zabawili się stereotypem. Chrys nie daje sobie w kaszę dmuchać, jak trzeba, potrafi solidnie przyłożyć. Zafascynowany pewnym komiksowym bohaterem, często wykpiwany Rel bynajmniej nie należy do cherlaków, ma talent do strzelania. Inteligentną Ellie trudno uznać za piękność, a jednak przyciąga do siebie postać centralną, Grace nie jest, jak można by się spodziewać, ładnym pustakiem – to bystra dziewczyna, która natychmiast bierze się za wyszukiwanie interesujących ją informacji i jako jedyna z pechowej grupki wykazuje skłonność, by „za karę” napisać esej zlecony przez nauczyciela, którego odgrywa tu nie kto inny, jak sam Nick Frost. Najbardziej klasycznie potraktowany Dean przynajmniej szczerze kocha swoją wybrankę, zamiast być gościem, który w istocie ją krzywdzi, jak to w opowiastkach o „popularnych” bywa. Także horrorowy motyw final girl jest tu interesująco przedstawiony, nie uprzedzajmy jednak wydarzeń.

Kino Świat

GramTV przedstawia:

Można powiedzieć, że aspekt coming of age działa w filmie Hardy’ego całkiem dobrze, choć znajdziemy tu trochę ckliwych głupotek i bombastycznych, górnolotnych „mądrości etapu”, ale kto był bardzo mądry, dojrzały, rozsądny i trzeźwo na życie patrzący jako nastolatek/nastolatka, niech pierwszy rzuci kamieniem, a to film z punktu widzenia nastolatków. Niestety, wypowiedzi, dialogi wydają się ciut bardziej wiarygodne w opartym na absurdalnych założeniach i nadużywającym środków wyrazu wspomnianym obrazie Celeboglu i Costy. Natomiast z pozytywów: Dafne Keen, która zabłysła niegdyś w filmie Logan: Wolverine i serialu Mroczne materie, tutaj także daje czadu, paradoksalnie dawkując żywe emocje za pomocą oszczędnej mimiki niczym obie odtwórczynie Wednesday Adams. Nieco campowy humor bardziej pomaga, niż przeszkadza. Sama historia, jak już wspomnieliśmy, ma sens (tu warto dodać, że scenariusz powstał na bazie własnego opowiadania Owena Egertona, będącego dość uznanym pisarzem, a więc wykazuje naturalną przewagę nad tymi pisanymi na kolanie). Cóż, i tu znajdziemy pewne głupotki, akurat nader typowe dla opowieści grozy, na przykład kiedy to postać dawno powinna zostać zaatakowana, ale z tajemniczego powodu tak się nie dzieje... Ogólnie rzecz biorąc, Dźwięk śmierci ma jednak ciekawą i niegłupią konstrukcję, choć niestety film zanadto przypomina serię Oszukać przeznaczenie. Corin Hardy zręcznie gra z oczekiwaniami widowni, bawiąc się jump scare’ami, a nie serwując je na rympał lub atakując flashbackami z przeszłości.

Ciut za mało pary w tym gwizdku...

Prawdziwy problem recenzowanego filmu stanowią efekty specjalne i parę pretensjonalnych zagrywek, jak na przykład postać Ivy Raymore (znana między innymi z Gry o tron Michelle Fairley), która ma za zadanie wszystko wyłuszczyć bohaterom, a w zasadzie bohaterkom. Trudno też oprzeć się wrażeniu, że Fairley gra tutaj na pół gwizdka, ale nie dano jej materiału, by uczynić coś blaskomiotnego. Wspomniane efekty zrobione są bardzo ładnie (zarówno praktyczne, jak i elementy CGI)... zbyt ładnie – sprawiają wrażenie wręcz wymuskanych, a niektóre przypominają teatralne rekwizyty i takąż charakteryzację. I przez to niestety nie straszą. Z szeregu śmierci dreszcz emocji powodują jedynie dwa przypadki (za które zresztą szczere brawa).

Ciut za mało pary w tym gwizdku..., Recenzja filmu Dźwięk śmierci. Nastoletni blues

Zachwyt budzi za to oprawa muzyczna, cała warstwa dźwiękowa. Świetnie jest posłuchać chociażby Iron Maiden, a wszystkie wykorzystane tu utwory muzyczne porządnie ilustrują wydarzenia, towarzysząc kamerze uważnie śledzącej reakcje postaci. Dźwięk w Dźwięku śmierci okazuje się równoprawnym bohaterem i tajemnicą – nawet na poziomie meta: twórcy podpisują się jako Doomphonic i ponoć działają od 20 lat, ale przy tej produkcji postanowili się przedstawić, a nie działać z cienia… tyle że przedstawili się tylko owym pseudonimem. Hardy w pełni z nimi współpracuje, budują razem atmosferę i napięcie, koncentrując się właśnie na kształtowaniu dźwięku – to główny element horroru, katalizator grozy. Ciekawa jest również paleta barw, kojarząca się z klasyką zarówno lat 70., jak i 90. Soczysta kolorystyka niekiedy przywodzi na myśl serię o Freddym Kruegerze (w której – jak by się zastanowić – też pobrzmiewają echa coming of age). Reasumując: w efekcie dostaliśmy film nieco nierówny, bez szans na wpisanie się do kanonu gatunku, ale dla fanów i fanek gatunku wizyta w kinie nie będzie czasem straconym (zwłaszcza w wypadku seansu w któryś z „tańszych dni”).

6,4
Porządne kino popcornowe z niespełnionymi ambicjami.
Plusy
  • Pieczołowicie wykonane praktyczne efekty specjalne
  • Solidna kanwa fabuły i zabawa kliszami
  • Większość ról zagrana z sercem i bardzo przekonująco
  • Doskonała oprawa dźwiękowa
  • Dwie naprawdę udane sceny śmierci
Minusy
  • Część efektów wygląda zbyt sterylnie i teatralnie, wręcz wymuskane CGI
  • Część dialogów i scen zaniża loty
  • Totalnie zmarnowany potencjał Michelle Fairley
Komentarze
0



Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!