InformacjeBez prądu - film

Przezabawne kiczowate fantasy - recenzja filmu Zakonnica

... Joanna Kułakowska

Kolejny horror powiązany z paranormalnymi śledztwami małżeństwa demonologów – Eda i Lorraine Warrenów. Miało być strasznie, jest bardzo śmiesznie.

Najnowsze dziełko Corina Hardy’ego należy do swoistego uniwersum, jakie wyłania się z utworów odnoszących się do spraw (lub powiązanych z nimi kwestii), którymi zajmowali się kontrowersyjni Warrenowie. W jego skład wchodzą m.in. filmy: Nawiedzony dom Roberta Mandela, Amityville Andrew Douglasa, Udręczeni Petera Cornwella, Annabelle Johna R. Leonettiego, Annabelle: Narodziny zła Davida F. Sandberga (tu można przeczytać recenzję), Obecność Jamesa Wana oraz Obecność 2 w reżyserii tego samego twórcy (zrecenzowana tutaj). Teraz dołącza doń Zakonnica (ang. The Nun), stanowiąc odprysk i po trosze prequel Obecności 2. Niniejsza produkcja ukazuje historię dotyczącą demona o prezencji upiornej zakonnicy, który pojawił się w filmie Jamesa Wana. Jeśli zwróciliście uwagę na scenę, gdzie Ed Warren maluje obraz, to jesteście na dobrym tropie.

Fabuła Zakonnicy dzieje się w roku 1952. Rzecz ma miejsce na terenie opactwa Carta w Rumunii. Znajdujący się w starym zamczysku żeński klasztor zakonu ze ścisłą klauzurą zaczął przeżywać wielki kryzys związany z ingerencją złowrogich sił nadprzyrodzonych. Skutkiem diabelskich poczynań jedna z zakonnic popełnia samobójstwo, po czym jej zwłoki zostają odkryte przez mieszkańca leżącej w pobliżu wioski, który akurat dostarczał siostrom żywność. Niepokojąca wieść o grzechu śmiertelnym popełnionym przez osobę stanu duchownego oraz pogłoski o dziwnych wydarzeniach docierają do Watykanu. Grupa decydentów postanawia wysłać tam ojca Burke’a (Demián Bichir) – egzorcystę, a zarazem speca od weryfikacji cudów – aby zbadał tajemnicze okoliczności śmierci kobiety. W misji tej ma mu towarzyszyć młoda postulantka, siostra Irene (Taissa Farmiga), z racji tego, że zna te tereny. Sama Irene jest bardzo zdziwiona ową decyzją, gdyż nigdy nie była w Rumunii... Ale co tam – ojciec Burke niefrasobliwie stwierdza, że Watykan zawsze ma swoje powody, i nie zamierza wnikać głębiej w tę sprawę, tak więc wkrótce oboje udają się na wyprawę do klasztoru.

Dotarłszy do Rumunii, a potem do wspomnianej już wioski, bohater wraz z bohaterką kierują swe kroki do obejścia persony, która natknęła się na nieszczęsną siostrę. Mężczyzna ów okazał się filuternym młodzieńcem o przezwisku Francuzik (Jonas Bloquet), który z początku nie chciał mieć nic wspólnego z miejscem stanowiącym powód jego nocnych koszmarów, ale sarnie spojrzenie uroczej Irene zdziałało cuda godne apostołów i w rezultacie poprowadził ich ku miejscu, co do którego miał bardzo złe przeczucia (i jak szybko wyszło na jaw – bardzo słusznie). W na poły zrujnowanym klasztorze spotykają się raczej z chłodnym przyjęciem, od razu uderza panująca tam zimna pustka oraz tajemniczość i pewna dziwaczność rozmawiającej z nimi zakonnicy. Kobieta odmawia im możliwości przesłuchania członkiń zakonu aż do następnego ranka, kiedy to przestanie obowiązywać nocny ślub milczenia. Do tego czasu Irene i Burke mają pozostać w gościnnych kwaterach, Francuzik zaś udaje się w stronę domu. Naturalnie od tego momentu uprzednio już sygnalizowane typowe „horrorowe” elementy zaczynają się mnożyć i nawarstwiać, przybierając wręcz groteskowy wydźwięk, a akcja filmu Corina Hardy’ego z minuty na minutę coraz bardziej przypomina wciąż przyśpieszającą kolejkę pędzącą przez tunel strachu w lunaparku (i straszy mniej więcej na tym właśnie poziomie).

Generalnie obraz Hardy’ego charakteryzuje bałagan w narracji, która sama w sobie nastawiona jest na ogłuszenie widza efekciarskimi sztuczkami, jakimi wręcz naćkana jest prezentowana historia. Opowieść o tym, jak nasi bohaterowie próbują zrozumieć, co tak naprawdę dzieje się w klasztorze, ma zapewne budować nastrój grozy poprzez wprowadzenie niepewności, co jest prawdą, a co złudzeniem, co należy do przyziemnej rzeczywistości, a co pochodzi od sił nadprzyrodzonych, lecz bardzo łatwo jest się tego domyślić, tak więc efekt znika. Pozytywną stroną filmu Zakonnica jest komizm sytuacyjny, choć zarazem stanowi on istotny problem – część motywów humorystycznych została wprowadzona do scenariusza z premedytacją, część jednak śmieszy ewidentnie wbrew intencjom twórców.

Sporo scen początkowo trzyma widza w napięciu, po czym rozwijane są tak, że napięcie pryska, ustępując miejsca dzikiemu rechotowi. Dobry przykład stanowi urywająca się ze sznura upiorna zakonnica, która spada na jedną z postaci, po czym jej twarz zmienia się w powarkujący, kąsający pysk potwora. No po prostu wypisz wymaluj Gęsia skórka. Tu jednak trzeba zdecydowanie podkreślić, że charakteryzacja aktorek i aktorów, jak również efekty specjalne, są na bardzo wysokim poziomie. Szkoda tylko, że widząc tytułową zakonnicę z piekła rodem, ciężko powstrzymać cisnące się na usta pytanie: Ło matko, zatrudnili Marilyna Mansona?! Paradoksalnie chwilami nie pomaga także klimatyczna ścieżka dźwiękowa autorstwa Abla Korzeniowskiego – otóż mroczne, aż gęste od napięcia motywy muzyczne zbyt często prowadzą do scen groteskowych, absurdalnych i nielogicznych.

Za większość zabawnych sytuacji i dialogów w filmie Zakonnica odpowiada oczywiście chutliwy Francuzik, w dużej mierze jest to humor bazujący na zakazanym owocu flirtu z nadobną zakonnicą, choć nie tylko – opowieść zawiera sporo elementów będących – świadomie lub nie – parodią gatunku (wyeksponowany klasyczny motyw dziewczyny snującej się w białej koszuli nocnej i z latarnią w ręku, ucieleśnione wyrzuty sumienia kapłana, który zawiódł, czy wreszcie przaśny żarcik w dialogu: – Holy shit! – The holiest!). Widać to także już podczas przedstawienia Irene jako dziewczyny wierzącej, lecz nowoczesnej, której kontra na matkę przełożoną, co to nie wierzy w dinozaury, bo nie ma ich w Biblii, brzmi, że misiów koala też tam nie ma, a istnieją, i iście komediowej reakcji tejże odnośnie „bezczelnej” dziewczyny. A z innej, poważniejszej beczki – pada wówczas skądinąd świetne zdanie, że Biblia jest miłosnym listem od Boga do człowieka, ale to nie znaczy, że nie mamy zadawać pytań o jego stworzenia. Najbardziej rozbrajają pod kątem satyry kuriozalne sekwencje na przyklasztornym cmentarzu (zwłaszcza scena z krzyżem generuje solidny ból policzków).

Zakonnica w reżyserii Corina Hardy’ego okazała się nie tylko komedią, ale i wariacją na temat najprostszych, campowych opowiastek w stylu Magii i Miecza. Mamy tu demona, którego celem jest sprowadzenie na świat jeszcze potężniejszej siły; niewinną, uświęconą dotykiem bogini (czyli oczywiście Maryi, która przygotowywała ją od dzieciństwa na to, co ma nadejść, i zawsze „wskaże drogę”) dziewicę, która jest wybranką niezbędną do zapieczętowania wrót prowadzących ku mrocznej otchłani; potężny „magiczny” rytuał z przeszłości z udziałem rycerzy (tak, rycerzy) i superpotężnego artefaktu (święta relikwia); pomniejsze artefakty przeganiające złowrogie moce w drodze do miejsca, gdzie wypełni się przeznaczenie (krzyże)... A za miecze robią shotgun i łopata. Słowem, zamiast horroru, otrzymujemy przezabawne kiczowate fantasy. A wszystko podkreśla napuszona gra obsady – wyjąwszy Jonasa Bloqueta, który z wdziękiem wciela się w czułego na niewieście wdzięki, komicznego sowizdrzała o szlachetnym sercu.

Film Hardy’ego po trosze kojarzy się również z takimi dziełami jak Nieustraszeni pogromcy wampirów Romana Polańskiego, Abraham Lincoln: Łowca wampirów Timura Bekmambetowa oraz Wrota do piekieł Sama Raimiego. Cóż, chyba nie leżało to w planach twórców... Jeżeli zatem szukacie horroru, Zakonnica nie będzie dobrym wyborem, ale jeśli macie ochotę na groteskową komedię z cechami parodii horroru i fantasy – możecie udać się do kina.


Ten film jest dla Ciebie, jeśli potrzebujesz głupawki albo uważasz, że seria Diablo to rasowe horrory.