Bez prądu - film

Jaja bez trzymanki i wartości rodzinne - recenzja filmu Shazam!

Joanna Kułakowska, 14 kwietnia 2019 19:00 0

Najmłodszy członek rodziny DCEU potwierdza, w którą stronę zmierza całe uniwersum. A jak się prezentuje i czy dobrze wypadł na tle poprzedników?

Film Shazam! to produkt interesujący z kilku punktów widzenia. Po pierwsze, główny bohater stanowi jedną z najbardziej specyficznych postaci w komiksach DC. Po drugie, jest to obraz bardzo autoironiczny tak względem DC Comics, jak i DCEU, a właściwie to w ogóle odnośnie większości klasycznych wizji superbohaterskich. Po trzecie, na warsztat wzięte zostają przyziemne problemy szkolne, a także rodzinne, nie szczędząc prawd bardzo niewygodnych, co wcale nie jest takie oczywiste w kinie superbohaterskim, a produkcja, choć zawiera multum elementów, które puszczają perskie oko do widzów dojrzałych i Young Adult, zwraca się przede wszystkim do młodszych nastolatków (podejście dziś mniej popularne). Po czwarte, sposób realizacji sam w sobie ma drugie dno i potwierdza przy tym trwałość kierunku obranego przez twórców DCEU podczas kreacji Aquamana. No i po piąte, reżyser zatrudniony do projektu – David F. Sandberg – znany jest raczej fanom i fankom horroru, a nie kina akcji czy filmów przygodowych, a zatem obraz ten to duża zmiana w jego portfolio. Sandberg nakręcił między innymi Kiedy gasną światła (recenzję pełnometrażowego debiutu można przeczytać tutaj) i Annabelle: Narodziny zła (recenzja znajduje się tutaj).

Shazam został wykreowany w 1940 roku przez autorów z Fawcett Comics – scenarzystę Billa Parkera i rysownika Charlesa Clarence’a Becka. Niegdyś zwany był Kapitanem Marvelem i stanowił swoisty odpowiednik królującego na rynku komiksów Supermana. DC Comics dostrzegło owo podobieństwo i pozwało twórców cyklu komiksów Captain Marvel – w rezultacie trwającego 12 lat procesu zaprzestano publikacji z tym superbohaterem – a wiele lat później wydawnictwo nabyło prawa i gość w czerwonym stroju i białej pelerynce trafił do jego zasobów. W roku 1967 wydawnictwo Timely Comics zwało się już Marvel Comics i zapobiegawczo zastrzegło sobie prawo do nazwy Kapitan Marvel. Potem pojawili się Mar-Vel i Carol Danvers (dziś superbohaterka MCU, o której można przeczytać tutaj). Stąd rozmaite nieporozumienia wśród mniej zorientowanych w komiksowym światku odnośnie do tego, kim jest właściwie Kapitan Marvel. W efekcie działań konkurencji DC przemianowało bohatera na Shazama.

Shazam to postać tak spreparowana, by dotrzeć zarówno do dzieciaków, jak i do dorosłych, mieszkając niejako w obu tych światach i łącząc ich doświadczenia. Bohaterem komiksowej serii, a teraz filmu w reżyserii Davida F. Sandberga jest czternastoletni William „Billy” Batson (Asher Angel), który zyskał niezwykłą moc od pradawnego maga Shazama (Djimon Hounsou). Od tej pory imię czarodzieja stało się zarazem mianem sekretnej tożsamości Billy’ego – zawsze, gdy chłopak wykrzyknie Shazam!, zmienia się w odzianego w kostium, dorosłego mężczyznę (Zachary Levi) o szeregu rozmaitych supermocy, z których najważniejsze to niesamowita siła, jeszcze większa szybkość i porażanie piorunami. Shazam stanowi akronim pochodzący od symptomatycznych imion: Salomon, Herkules, Atlas, Zeus, Achilles i Merkury. Ten superbohater był bardzo popularny w latach 40. XX wieku, później jednak, wskutek i procesu, i zmieniającej się rzeczywistości, zapadł w swoisty niebyt. Nie da się ukryć, że Shazam, pomimo wpływu ze strony tak zacnych mitologicznych person, raczej nie miał tego „czegoś” (no chyba że chodzi o coś obciachowego i naiwnego) – i nie zyskał popularności na miarę Supermana, Wonder Woman czy Batmana. Jednakże twórcy DCEU postanowili odświeżyć tę postać i nadać jej nowe znaczenie – i trzeba przyznać, że wyszło im całkiem fajnie.

Poznajemy Billy’ego Batsona (Asher Angel) jako bystrego, nieco wrednego żartownisia, ale przede wszystkim nieszczęśliwego chłopaka. Bohater filmu Shazam! jest w gruncie rzeczy bardzo samotny, lecz z własnej winy, gdyż nie pozwala się do siebie zbliżyć. Billy’emu przyświeca tylko jeden cel: prowadzi poszukiwania, aby odnaleźć swoją mamę, z którą został rozdzielony wiele lat temu na świątecznym jarmarku. Dlatego też nie nawiązywał przyjaźni, uciekał z domów dziecka i nie zagrzał miejsca w żadnej z dotychczasowych rodzin zastępczych, odmawiając uznania nowych rodziców... Pewnego dnia jednak los się do niego uśmiechnął, choć on sam uznał to za kolejną przeszkodę w realizacji planów. Chłopak został przydzielony opiekunom, którzy nie dość, że byli całym sercem oddani misji zapewnienia dzieciom prawdziwego domu, to sami mieli za sobą burzliwą przeszłość i postanowili zrobić wszystko, by świeżo dokooptowany syn zaakceptował swoją nową rodzinę. Pod skrzydłami Rosy i Victora Vasquezów (Marta Milans i Cooper Andrews) znalazła się już liczna gromadka małoletnich oryginałów: Mary (Grace Fulton), Darla (Faithe Herman), Eugene (Ian Chen), Pedro (Jovan Armand) i Freddy (Jack Dylan Grazer). Darla i Freddy natychmiast zajmują się nowym nabytkiem, ale ów nie zamierza im niczego ułatwiać...

Drugą osią akcji filmu Sandberga są niebezpieczne eksperymenty neurotycznego doktora Thaddeusa Sivany (Mark Strong). Mężczyzna dawno temu miał styczność z czarodziejem Shazamem, niestety jak wielu innych kandydatów i kandydatek nie przeszedł jego testu i nie został uznany za godnego, by stać się obrońcą świata przed siedmioma grzechami. Upokorzony tym, że nie otrzymał mocy, płonie obsesyjną żądzą odnalezienia władcy magii, nie bacząc na osobiste ryzyko i skutki dla świata. Oczywiście siłą rzeczy stanie się on antagonistą głównego bohatera, a jego działania doprowadzą do wielkiej „zawieruchy”.

Ważnym dla odbioru aspektem tego obrazu jest połączenie pozornie sprzecznych elementów – z jednej strony mamy pełną gagów i chwilami nader żenujących żartów komedię familijną, a z drugiej całkiem poważny film na temat odrzucenia. Zarówno czarny charakter, jak i tytułowy bohater filmu Shazam! ma problemy w relacjach rodzinnych i społecznych – można powiedzieć, że w bardzo dojmujący sposób stali się produktem braku akceptacji, pogardy i niezrozumienia, żadnemu z nich najbliższa osoba nie dała szansy, zarazem jednak oni także nie dawali szansy nowym możliwościom, fiksując się na tym, co stracili. David F. Sandberg oraz scenarzyści Henry Gayden i Darren Lemke skoncentrowali się na zaprezentowaniu kwestii, że ani potwór, ani bohater nie muszą być nimi z urodzenia, że wiele zależy i od tego, co w życiu dostajemy, i co z tym zrobimy, bo nikt nie jest doskonały. Uwypuklili bezinteresowne okrucieństwo wynikające a to z rozczarowania, a to z egoizmu, to znów z chęci poczucia się lepiej cudzym kosztem, obficie podlanej bezmyślnością. Poruszony zostaje temat tabu, a w każdym razie niechętnie poruszany, jeśli chodzi o relacje rodziców z dziećmi – że mogą nie kochać swoich podopiecznych, że ojciec może być kompletnie zdegustowany swoim potomkiem i nie mieć dlań nic poza pogardą i gniewem, że matka, która wedle społecznych mitów zawsze zrobi dlań wszystko, może najzwyczajniej w świecie go nie chcieć. Pokazane zostało znęcanie się nad kaleką przez szkolnych bubków, wydrwiwanie osób, które choć trochę się różnią, i fakt, że nieraz dla dzieciaków liczy się bardziej wygląd, gadżety i to, kogo „fajnego” znasz, niż to, kim naprawdę jesteś.

Pokazano jednak również, że czasem samemu/samej jest się negatywną osobą w czyjejś historii. Nieraz można bezmyślnie zranić tych, którzy ofiarują swoją przyjaźń i troskę, gdyż są „ważniejsze rzeczy”, i jak ważne jest, by na czas się obudzić, bo samotnie ciężko jest stawiać czoła przeciwnościom i złolom tego świata. Shazam! w humorystyczny, niedrażniący sposób przedstawia rolę więzi. Możemy tylko się starać, bo nikogo nie zmusimy, by poczuł się częścią rodziny – ta osoba musi sama tego chcieć – a bycie częścią czegoś większego kształtuje charakter i poczucie odpowiedzialności za swoje czyny. Jeśli superbohater nie potrafi uratować własnej rodziny, to żaden z niego bohater – stwierdza w pewnym momencie Billy Batson.

Humor jest bardzo mocnym elementem w filmie Sandberga, w przeciwieństwie do wywoływania wrażenia grozy, czego można by się spodziewać po twórcy horrorów (choć widać odpowiedni sznyt w scenach kontaktu Billy'ego z magiem). Efekty specjalne stoją na wysokim poziomie, szczegóły są wycyzelowane, a jednak generowany efekt wywołuje albo uśmiech, albo poczucie „kwaśności” odnośnie prezentowanych „strasznych” stworów. Świetnie ogląda się za to sceny akcji, które mają parodystyczne zacięcie. Komizm sytuacyjny i dowcipy w dialogach wyszły bardzo dobrze. Może chwilami są dość czerstwe, ale musimy pamiętać, że to dzieci i nastolatki – i tak to często w rzeczywistości wygląda. Zachowanie świętego mikołaja z marketu, kiedy dochodzi do nadnaturalnej demolki, jest wprost bezcenne, a testowanie Shazama przez Freddy’ego, który „zna się na superbohaterach”, w celu wykrycia, jakie właściwie ma on zdolności, to istny majstersztyk. Przy okazji twórcy ironicznie zaznaczyli rolę mediów społecznościowych w dzisiejszym świecie. Nie powstrzymali się też przed odrobiną (nie zawsze przekonującego) dydaktyzmu (vide scena z alkoholem), choć na szczęście darowali to sobie odnośnie kwestii zemsty na szkolnych dręczycielach. Pewnych rzeczy nie wolno tolerować i dobrze dawać taki przekaz, zwłaszcza wbrew dość powszechnemu naiwnemu moralizatorstwu. Warto dodać, że David F. Sandberg zawarł w filmie sporo niezbyt wychowawczej ironii – przyjrzyjmy się chociażby kwestii wyboru Billy’ego Batsona na dziedzica mocy: przez całe stulecia czarodziej Shazam wytrwale sprawdzał i odrzucał kolejne dzieciaki, aż w końcu z konieczności wybór padł na chłopaka, któremu naprawdę daleko do doskonałości. Wychodzi na to, że trzeba mieć po prostu szczęście, a potem umieć sobie z nim poradzić, bo każdy ma potencjał, by zostać bohaterem, a do tej roli należy po prostu dorosnąć.

Shazam! jest w DCEU po trosze odpowiednikiem filmu Spider-Man: Homecoming w MCU. Podobnie jak Aquaman stanowi obraz nieco oderwany od wcześniej kreowanej linii, co nie znaczy, że nie ma tu metawarstwy odwołującej się do całego uniwersum . Słychać głosy, że to jak dotąd najlepszy utwór w DC Extended Universe. Shazam! niezgorzej się prezentuje, to naprawdę dobry film, ale nie aż tak. Nie ma w sobie polotu i klimatu historii Wonder Woman, o którym to filmie można przeczytać tutaj, ani dawki przygodowego szaleństwa z Aquamana (recenzja znajduje się tutaj), ani też olśniewających zdjęć i pięknych efektów jak w tamtych obrazach. Natomiast trzeba powiedzieć, że na wielkie uznanie zasługuje fakt, iż podczas realizacji filmu Shazam! zadbano o dwie warstwy: z jednej strony oglądamy adaptację odwołującą się do klasycznych, czerstwych ekranizacji przygód komiksowych bohaterów (co widać zwłaszcza w wyglądzie nadnaturalnych postaci), a z drugiej bekę z tego właśnie toczoną. Mamy superbohatera z monstrualnymi muskułami, w kolorowym, kiczowatym stroju, z którego nabijają się w metrze i dla którego największy problem stanowi kwestia, jak ma się w tym ciuchu, u licha, odlać. Twórcy odnieśli się również do pierwotnych pomysłów leżących u źródła powstania opowieści o Shazamie i wkomponowali je w swój film. Warto dodać, że pozornie ma on dziury logiczne niczym szwajcarski ser, jednak po przeczytaniu o historii bohatera można stwierdzić, że nie jest aż tak źle (co nie znaczy, że w ogóle ich nie ma, a mit założycielski przestaje być cokolwiek głupawy).

Kończąc wywód – początek filmu jest ledwie strawny, ale dalej już jest dobrze. Prócz wymienionych wielką zaletę najmłodszego dziecka DCEU stanowi dobór przebojów do ścieżki dźwiękowej i gra aktorska. Interpretacja postaci w wykonaniu Zachary’ego Leviego (który przedstawia chłopca w ciele mężczyzny), Ashera Angela, Jacka Dylana Grazera, Faithe Herman oraz Meagan Good wywołuje ból brzucha ze śmiechu w pozytywnym tego znaczeniu. Mamy wartości rodzinne podane w jajcarski sposób, a są to jaja bez trzymanki.


Shazam! to film dla Ciebie, jeśli lubisz filmy i gry komputerowe traktujące o superbohaterach i ich przeciwnikach.

Wielkie i czerwone... nic - recenzja filmu Hellboy
najnowsze