Bez prądu - film

Kapitalny hołd dla popkultury lat 90. XX wieku - recenzja filmu Kapitan Marvel

Joanna Kułakowska, 09 marca 2019 23:30 0

Kapitan Marvel, przedmiot ideologicznej wojenki i prób zaniżania oraz zawyżania ocen, jest po prostu dobrym filmem z półki MCU – tylko tyle i aż tyle.

Najnowszy film poszerzający Marvel Cinematic Universe to origin story żeńskiej postaci, która już u swego zarania, pojawiając się po raz pierwszy w komiksach Marvela, stanowiła odpowiedź wydawnictwa na zmiany społeczne i związane z tym oczekiwania dotyczące historii o superbohaterkach, przede wszystkim zaś na osobę Wonder Woman z DC. Carol Danvers alias Kapitan Marvel nigdy nie dorównała popularnością ikonie feminizmu, jaką stała się księżniczka Amazonek, co nie zmienia faktu, że spodobała się publice, przechodziła interesujące ewolucje i została główną bohaterką mocnych i niekiedy nader kontrowersyjnych utworów. Historia lubi się powtarzać i teraz film Kapitan Marvel (ang. Captain Marvel) z MCU wylądował jako swoisty odpowiednik filmu Wonder Woman z DCEU (nawet jeśli nie do końca jest to zgodne z zamierzeniami twórców) tudzież nie uwolni się od porównań. Opowieść napisana, jak również wyreżyserowana przez Annę Boden i Ryana Flecka, podobnie jak dzieło reżyserki Patty Jenkins i scenarzysty Allana Heinberga, przedstawia potężną superbohaterkę, a nie superbohatera jako postać centralną, przy okazji przygląda się zetknięciu kobiety, która wyłamuje się ze stereotypów płciowych, z „męskim” światem, a także pozwala nam, widzom, zapoznać się z przeszłością danego uniwersum.

Oczywiście są wyraźne różnice. Wprawdzie Carol jest tłamszona przez opiekunów podobnie jak Diana, tyle że różne są przyczyny takiego stanu rzeczy. Królowa Amazonek straszliwie boi się, że straci swoje dziecko przez jego ogromną moc, że córka znajdzie się na celowniku, nim będzie gotowa, i przez to paradoksalnie nie pozwala jej się przygotować, aby wypełniła swe przeznaczenie. Ojciec Carol natomiast – zapewne również z troski, ale niestety temat ten w filmie Kapitan Marvel nie zostaje w ogóle poddany choćby śladowej eksploracji – uważa, że pewne rzeczy są dla chłopców, a nie dla dziewczynek, nie docenia córki i utrudnia ekspresję jej osobistych cech (jak odwaga czy chęć rywalizacji i fizycznego „sprawdzania się”) oraz rozwój w wybranym kierunku, przez co ta może nigdy nie zrealizować własnego potencjału i nie uzyskać szansy, żeby poznać swoje „przeznaczenie” (nieważne, czy jako superbohaterka, która zdobyła swoją moc dzięki (nie)szczęśliwym okolicznościom, czy jako zwykły człowiek, ale specjalistka w określonej dziedzinie).

Patty Jenkins kreuje DCEU w czasie I wojny światowej. Diana opuszcza wyspę Amazonek i trafia do zwyczajnego świata, w którym kobiety mają przede wszystkim ładnie wyglądać, a ich miejscem jest np. kuchnia i szpital, a nie spotkania, na których podejmuje się decyzje polityczne – szczyt możliwości to funkcja sekretarki. Anna Boden i Ryan Fleck przenoszą zaś MCU w lata 90. XX wieku. Carol, dzięki uporowi i sile woli, dostaje się do sił zbrojnych i zostaje pilotką – jest to wielkie osiągnięcie, nawet jeśli ze względu na płeć nigdy nie weźmie udziału w walce, a jedynie w działaniach pomocniczych. Dziewczyna mierzy się nie tylko z realnie utrudniającą testy mniejszą masą mięśniową, ale i niewspółmierną do tego dyskryminacją, docinkami i „dobrotliwymi” uwagami, w myśl których jest zbyt emocjonalna, a tak w ogóle to kobiety nadają się bardziej na stewardesy niż na pilotów – tak więc widzimy, że podstawowy problem nie uległ zmianie i podejście „Znaj, babo, swoje miejsce” ma się bardzo dobrze. Potem zaś bohaterka trafia pod kuratelę osoby, która choć ewidentnie darzy ją uczuciem, w istocie okazuje się strażnikiem, i – co ciekawe – wątek ów w zasadzie można potraktować jako metaforę kwestii „Co mogłaby osiągnąć kobieta, gdyby jej nie ograniczano i nie przeszkadzano?”. Czy jednak, biorąc pod uwagę kobiecą perspektywę w fabule, rozbudowę uniwersum jako takiego i artystyczny sposób wyrazu, można powiedzieć, że Kapitan Marvel zrobiła dla MCU to, co Wonder Woman dla DCEU?

Najpierw przybliżmy pokrótce fabułę filmu Kapitan Marvel. Poznajemy Carol Danvers (Brie Larson), kiedy nosi imię Vers i jest nieustraszoną wojowniczką z cywilizacji Kree (tej samej, która była wspominana w Strażnikach Galaktyki Jamesa Gunna). Bohaterka jednak nieco różni się od reszty. Po pierwsze, cierpi ona na amnezję. Po drugie, mentor Yon-Rogg (Jude Law) wciąż karci podopieczną za ciągłe wygłupy i „nadmierną emocjonalność”, która może utrudniać jej działania. Szlachetni Kree toczą bój z plugawymi Skrullami, którzy dysponują zdolnością emulowania przedstawicieli innych ras. Podczas jednej z ważniejszych potyczek niefortunny rozwój wypadków powoduje, że wojowniczka ląduje na dość prymitywnej planecie C-53... Wrogowie mają zinfiltrować autochtonów, do czego oczywiście nie wolno dopuścić, lecz Yon-Rogg zabrania podkomendnej samodzielnych działań i rozkazuje czekać na przybycie całego oddziału. Nasza bohaterka orientuje się jednak, że świat, w którym się znalazła, jest zdumiewająco zbieżny z nawiedzającymi ją przebłyskami wspomnień. A jako że jej nader wybuchowe przybycie ściąga uwagę organizacji T.A.R.C.Z.A., pojawiają się dobrze znani (i uwielbiani) już agenci w swych znacznie młodszych wersjach – Nick Fury (Samuel L. Jackson) i Coulson (Clark Gregg). Oczywiście między Furym i Vers zawiązuje się dość burzliwa współpraca, w ramach której usiłują uniemożliwić Skrullom pod wodzą Talosa (Ben Mendelsohn) działania na C-53 (czyli naszej poczciwej staruszce Ziemi), a zarazem prowadzą śledztwo mające rozwikłać zagadkę wspomnień i prawdziwej tożsamości nowo przybyłej.

Film w reżyserii Anny Boden i Ryana Flecka nie oznacza bynajmniej pierwszego kroku dla filmowego uniwersum Marvela, jeśli chodzi o prezentację pełnokrwistych, wyrazistych i silnych we wszelkich znaczeniach tego słowa żeńskich postaci – jest ich tu sporo i nigdy nie było nad czym płakać – jednakże to pierwszy obraz MCU z superbohaterką w roli głównej, a nie jako „jedną z grupy”, pomocnicą głównego bohatera tudzież osobą współdzielącą pierwszy plan z superbohaterem, jak w przypadku Ant-Mana i Osy Peytona Reeda (recenzja znajduje się tutaj). Tym bardziej szkoda więc, że nie towarzyszą temu faktowi artystyczne fajerwerki związane z nową jakością formuły. Kapitan Marvel niestety nie oferuje powiewu świeżości w sposobie snucia opowieści, jak miało to miejsce w przypadku filmów Thor: Ragnarok Taiki Waititiego (którego recenzję można przeczytać tutaj) i Czarna Pantera Ryana Cooglera (recenzja jest tutaj). Otrzymujemy tu dramaturgiczną koncepcję złożoną z klasycznych trzech części – łączący dowcip z patosem początek przekazujący widzom pierwszy rys głównej postaci, rozwinięcie, gdzie poznajemy ją lepiej, obserwując interakcje z postaciami drugoplanowymi i potyczki z różnymi przeciwnikami (ponadto mamy jeszcze więcej humoru) oraz finałową, pełną efektów specjalnych walkę z wrogiem. Boden i Fleck nie prowadzą też MCU w nowym kierunku, bo znowu oglądamy to, co już wiemy – bezgraniczne zaufanie do przedstawicieli władzy i autorytetów może drogo kosztować i warto mieć otwarty umysł, bez pełni człowieczeństwa nie ma bohaterstwa. Z drugiej jednak strony dostajemy informacje, które modyfikują wcześniejsze założenia fabularne – akcja rozgrywa się w przeszłości i nowa ważna postać zostaje wprowadzona w taki sposób, że rozumiemy, dlaczego dotąd się nie pojawiła w świecie przedstawionym, występują też elementy tłumaczące pewne niuanse sytuacji zastanej w poprzednich (a tak naprawdę przyszłych) „odcinkach” marvelowskiej serii. Fakt faktem jednak nie wiadomo, dlaczego Fury choćby słowem nie zająknął się przed Avengerami, że istnieje ktoś taki jak Kapitan Marvel. No cóż, facet zawsze miał swoje tajemnice...

Przyglądając się bliżej konstrukcji fabuły i postaciom, widzimy szereg zalet, ale też mankamentów. W scenariuszu są dwie zgrabne wolty, w tym jedna bardzo ważna, kompletnie zmieniająca ocenę sytuacji, lecz historia jako taka jest prosta, a główny antagonista sztampowy. Kapitan Marvel zawiera wiele scen iskrzących humorem sytuacyjnym oraz werbalnym, ogromnym walorem obrazu są genialne chwile z kotem, jak również chemia, jaka wytworzyła się pomiędzy Brie Larson, Samuelem L. Jacksonem i Benem Mendelsohnem. Widać, że ta trójka wyśmienicie bawi się na planie, oddając się uszczypliwym dialogom i komentarzom pomiędzy kreowanymi przez nich postaciami. Film Boden i Flecka energetycznie pokazuje przyjaźń i zażyłość między kobietami, wprowadzając do uniwersum pilotkę Marię Rambeau (Lashana Lynch) i jej córkę Monicę (Akira Akbar) – a jak zapewne wiedzą miłośnicy i miłośniczki komiksów, ta 11-letnia w niniejszym utworze dziewczynka zostanie w przyszłości jedną z superbohaterek Marvela. Tym dwóm zawdzięczamy naprawdę znakomitą kwestię dialogową – scena spod znaku Jaki przykład chcesz dać córce? to coś, nad czym każda matka (właściwie rodzic w ogóle, ale kobieta w szczególności) powinna dokonać refleksji. Niestety, oprócz perełek, są także trzy męczące sceny na krawędzi kiczu – łzawe, banalne, patetyczne przemowy i klisze, po których człowiek ma ochotę się roześmiać (z pewnością wbrew intencjom twórców). Najnowsza odsłona MCU nie ustrzegła się również kilku dziur logicznych i nie chodzi tu nawet o sposób, w jaki Carol Danvers zdobyła swoją niesamowitą moc, bo mamy do czynienia z jedną ze znanych już potęg, przy których logika odchodzi w dal z szatańskim chichotem, ale o psujące ostateczny efekt drobiazgi (np. wydaje się, że wraże siły, które miały na celu opanować Ziemię, skoncentrowały się tylko na jednej pustyni...).

I wreszcie główna bohaterka – wbrew internetowym obawom i złośliwościom twórczy tandem wraz z Brie Larson stworzyli postać sympatyczną i charyzmatyczną, która popełnia błędy i ponosi porażki, ale potrafi się podnieść (dosłownie i w przenośni), dlatego też tym bardziej rzuca się w oczy pewien niedostatek fabularny. Można było mieć nadzieję na solidne psychologiczne studium postaci, która stara się odbudować z kawałków swoją tożsamość – to byłaby potencjalna nowość w formie narracji, której zabrakło. Jednakże potraktowano ów wątek powierzchownie, stawiając na szybką akcję i malownicze wybuchy.

A zatem czy Kapitan Marvel zrobiła dla MCU to, co Wonder Woman dla DCEU? Biorąc pod uwagę wszystkie plusy i minusy, niestety trzeba powiedzieć, że nie. Wonder Woman tchnęła w konkurencyjne uniwersum humor, świeżość i lekkość, których tam brakowało, zachowując jednocześnie dramatyzm i przydając feministycznej perspektywy. W przypadku Kapitan Marvel mamy ciekawy film, który stanowi dobrą rozrywkę, jednak z powrotem prezentuje nam jakość Fazy I, zamiast wzorem głośnych poprzedników dążyć ku nowym rozwiązaniom. Mamy tu barwną postać, której pojawienie się wyjaśnia kilka kwestii związanych z marvelowskim uniwersum i nawiązuje do innych odsłon, ale zabrakło efektu WOW!, co okazało się najmocniejszą stroną filmu Patty Jenkins i napełniło nadzieją fanów i fanki DCEU. Natomiast ciekawy jest fakt, że Carol Danvers wplata do MCU garść problemów kobiet związanych z typizacją płciową (zainteresowani dowiedzą się sporo chociażby z Psychologii dziecka Rossa Vasty i in.) i uprzedzeniami, zwłaszcza te związane z „babską emocjonalnością” – patrząc przez pryzmat przekazu tak wielu popkulturowych, fantastycznych opowieści, które mówią o sile uczuć, o tym, że to nas, ludzi, odróżnia od złowrogich, pozbawionych emocji Obcych i daje nam siłę oraz motywację, wydaje się to tym bardziej interesujące i na swój sposób przewrotne.

Na sam koniec należy nawiązać do początku: Największą siłą filmu poświęconego Kapitan Marvel jest wielki hołd złożony popkulturze – a szczególnie fantastyce – lat 90. XX wieku. Kto pamięta te czasy, temu niechybnie łezka zakręci się w oku. Mamy żywą, pełną energii muzykę z epoki. Lekko kiczowaty, obcisły strój Vers oraz kąśliwe teksty agentów już same w sobie stanowią ukłon w stronę epoki, a zwłaszcza zestawione ze scenerią wypożyczalni sieci Blockbuster Video i znajdującym się tam posterem Jamie Lee Curtis i Arnolda Schwarzeneggera z Prawdziwych kłamstw Jamesa Camerona. Wypożyczalnie kaset video stanowiły prawdziwą Mekkę i w Stanach, i u nas. Zachowanie superbohaterki na Ziemi oraz sposób przedstawienia Skrullów to subtelne perskie oko do osób pamiętających Gwiezdnego przybysza Johna Carpentera czy Łowców Critów z Critters Stephena Hereka. Scena spod znaku Nie muszę niczego udowadniać, prócz tego, że ma charakter emancypacyjnej deklaracji, budzi skojarzenia z pewnym zabawnym momentem z udziałem Indiany Jonesa, który ewidentnie również nie miał ochoty niczego udowadniać. Takich mrugnięć jest o wiele więcej... Lecz film Anny Boden i Ryana Flecka to nie tylko kapitalny hołd dla popkultury lat 90. XX wieku, ale także dla Stana Lee. Na oklaski zasługuje wzruszająco zmienione logo Marvela, jak również znakomite (nagrane wcześniej, po czym lekko zmodyfikowane) cameo Stana, przywodzące na myśl Szczury z supermarketu Kevina Smitha.

Cóż więcej dodać? Może to, że Brie Larson i reszta ekipy spisali się na medal, szczególnie zaś rozbrajający Samuel L. Jackson i charyzmatyczny Jude Law. No i koci aktorzy – o nich stanowczo nie można zapomnieć. Ach, i jeszcze to, że jeśli ktoś oczekuje nachalnego, bombastycznego i dominującego fabułę feministycznego manifestu albo mizoandrii, to musi się udać na inny film.


Kapitan Marvel spodoba się wielbicielom i wielbicielkom kinematografii z lat 90. XX wieku oraz tym, którzy lubią gry z udziałem superbohaterów płci dowolnej.

Waszyngton w ogniu - Tom Clancy's The Division 2 - recenzja
Przepraszam, że przeszkadzam to zwariowana komedia moralnego niepokoju
Przepiękne widoki, dziwna historia - recenzja Trüberbrook
Dobranocka dla dorosłych - recenzja Love, Death & Robots
najnowsze