Bez prądu - film

Podwodne Kino Nowej Przygody - recenzja filmu Aquaman

Joanna Kułakowska, 26 grudnia 2018 09:00 0

Aquaman odbiega od dotychczasowej „linii produkcyjnej” DCEU jak wycieczka po radośnie krzykliwym lunaparku od napuszonego pogrzebu. I bardzo dobrze!

Najnowszy film Jamesa Wana (tak, tego od horrorów Obecność i Obecność 2) to albo wyłom pośród projektów DCEU, albo pierwsza jaskółka daleko idących i trwałych zmian zarówno w samym podejściu do uniwersum, jak i w procesie realizacji filmowych adaptacji utworów DC Comics. Kto wie, może już nadszedł kres często irytującego, ale generalnie spójnego DC Extended Universe, którego „odcinki” są mocno związane? Może zmieni ono formę?

Właściwie już Wonder Woman – do niedawna jedyna naprawdę udana opowieść z niniejszej stajni (recenzja znajduje się tutaj) – miała mnóstwo niefrasobliwych akcentów humorystycznych, które były w stanie zrównoważyć grozę wojny, pesymistyczne spostrzeżenia odnośnie natury ludzkiej i inne posępne aspekty świata przedstawionego, tudzież często rozbłyskiwała żywymi barwami, kontrastującymi z ogólną surowością i specyficznym mrokiem scenerii, jakie charakteryzowały całą serię. Ponownie cofająca DCEU do drugiej ligi Liga Sprawiedliwości (zrecenzowana tutaj) chwilami wręcz eksplodowała dowcipem – głównie dzięki Flashowi i bohaterowi najnowszej odsłony, Aquamanowi – jednakże przypominało to raczej wysyp jaskrawych wisienek na czarnej polewie aniżeli jednolicie wyrażony, w pełni przemyślany klimat, podobnie zresztą prezentowała się warstwa wizualna z przekoloryzowanym CGI połączonym ze Snyderowskimi kadrami, wskakującym pomiędzy ponure wnętrza i ulice. Tymczasem Aquaman w reżyserii Jamesa Wana to nieodmiennie paleta soczystych barw, tak chłodnego dla oka oceanu, jak i w większości przypadków ciepłej powierzchni (podkreślmy: brak kolorystycznego ponuractwa i przerysowanej „mroczności” nie oznacza tu bynajmniej mdłych pasteli). Ponadto niekończące się pasmo humoru, gdzie nawet znakomita większość bombastycznych heroicznych scen nacechowana jest perskim okiem w kierunku widza, oraz iście bajkowych – często całkiem wzruszających – motywów. Jeśli chodzi o sposób realizacji – rozkładanie akcentów między żartami, akcją i przekazem – twórcy ewidentnie wzorowali się na odnoszącym sukcesy, dużo mniej krytykowanym MCU. Obraz Wana stanowi w pewnym sensie podwodny odpowiednik szalonej kosmicznej głupawki Waititiego – filmu Thor: Ragnarok, o którym można przeczytać tutaj.

Trzeba też jasno powiedzieć, że Aquaman, w przeciwieństwie do wcześniejszych filmów DCEU, prawie nie ma fabularnych związków z poprzednikami (nie znaczy to jednak, że brak tu easter eggów). Niby wiemy, że akcja odbywa się po rajzie ze Steppenwolfem, lecz dzieło Wana nie tylko nie stanowi bezpośredniej kontynuacji żadnej odnogi poznanej przez widzów historii, ale także nie oferuje wyraźnych odniesień i elementów spajających konstrukcję uniwersum – wyjąwszy Merę (Amber Heard), której moce widzieliśmy w Lidze Sprawiedliwości, nie zyskując jednak informacji, kim w zasadzie jest ich dzierżycielka (nie wszyscy muszą znać wszystkie komiksy, a poza tym ich filmowe adaptacje wykazują tendencje do sporych zmian). Zresztą to, co zostało tam powiedziane, ma, delikatnie rzecz ujmując, średnie przełożenie na wydarzenia w niniejszej odsłonie oraz wiedzę, jaką po seansie zdobywamy na temat Atlantydy i kulturowych tudzież dynastycznych zawirowań. Patrząc przez pryzmat logiki, spójności i sensu, owa „wiedza” i generalnie świat przedstawiony okazują się być pełne dziur, a jednak... Cóż, sieć rybacka również ma pełno „dziur”, ale bardzo dobrze łapie zdobycz – zupełnie jak ten film. Siłą Aquamana nie jest bowiem odwoływanie się do intelektu odbiorcy/odbiorczyni, lecz do wewnętrznego dziecka w każdym z nas – tego, które doskonale się bawiło na przygodach Indiany Jonesa czy filmach Armia ciemności Sama Raimiego i Mumia Stephena Sommersa.

Opowieść rozpoczyna baśniowy prolog do historii Arthura Curry’ego, zwanego później Aquamanem (Jason Momoa), budzący skojarzenia z legendami o miłości syren i rybaków albo królewnach Selkie, które pomimo tęsknoty za morzem zdecydowały się przynajmniej przez jakiś czas pozostać na brzegu wraz z ukochanym człowiekiem. Później podziwiamy naszego bohatera w pełnej krasie, jak robi porządki z napastnikami atakującymi niewinnych rosyjskich marynarzy (no po prostu śliczne...) na (być może atomowym) okręcie podwodnym. Szybko upomina się o niego przeznaczenie. Przyrodni brat Arthura, król Orm (Patrick Wilson), zamierza zdobyć tytuł Pana Oceanów i zjednoczyć podmorskie królestwa pozostałe po dawnej, legendarnej Atlantydzie, a następnie wydać wojnę mieszkańcom lądów pod pretekstem zdeklarowanej gotowości tychże do zniszczenia podwodnych ludów i ich włości. Nie wszystkim zorientowanym w temacie podoba się ów stan rzeczy – postanawiają więc nakłonić Aquamana, by jako pierworodny syn królowej Atlanny (Nicole Kidman) zawalczył o koronę Atlantydy. Istnieje oczywiście nader istotny problem – „skundlona” krew potencjalnego kandydata – zatem by przekonać do siebie poddanych, musiałby najpierw udowodnić, że jest Prawdziwym Królem (wielkie litery znajdują się tu nieprzypadkowo) i wypełnić misję, której przez tysiąclecia nie podołał żaden śmiałek. Naturalnie Arthur nie byłby sobą, gdyby zgodził się łatwo, ani gdyby pozwolił, by wszystko szło zgodnie z planem lub chociażby ze zdrowym rozsądkiem, co z kolei dostarcza widzom gotowym na chwilowe rozsunięcie półkul mózgowych nie lada uciechy.

Historia oferowana przez Jamesa Wana to przede wszystkim iście rockandrollowa wersja Kina Nowej Przygody plus bohaterski epos fantasy, innymi słowy podwodny Indiana Jones spotyka Władcę Pierścieni. Ogólnie mamy tu oszałamiającą wizualnie przygodową opowieść drogi z wątkiem poszukiwania skarbu skrzyżowaną z komedią romantyczną, dramatem rodzinnym i podniosłą epopeją pełną tak indywidualnych pojedynków, jak również z grupami adwersarzy, a także imponujących, szeroko zakrojonych scen batalistycznych. Nietrudno znaleźć wycieczki do dawnych filmów akcji (szczególnie z lat 80. i 90.) – począwszy od ironicznych one-linerów, poprzez sceny modyfikowania sprzętu z obowiązkowym wypadkiem przy pracy, na sekwencjach spuszczania łomotu skończywszy. Nawiązania do trików stanowiących poważnie traktowany element podczas realizacji projektów z lat 70. i 80., a później wykorzystywanych raczej z przymrużeniem oka w nowszych obrazach z Arnoldem Schwarzeneggerem, Jean-Claudem Van Damme’em i Dolphem Lundgrenem (Dolpha tu zresztą spotkamy), widać już w pierwszych – niestety, ciut kiczowatych – scenach walki z udziałem Aquamana, kiedy to marsowe lub rozradowane grymasy, jak również wystudiowane pozy głównego bohatera zostają okraszone charakterystycznym motywem muzycznym. Muzyka Ruperta Gregson-Williamsa pełni zaś ważną funkcję w filmie – ścieżka dźwiękowa jest mocno eklektyczna (ostry rock, melodyjny pop, a nawet i nieco rapu) i zgrabnie ilustruje zmieniające się okoliczności i scenerie.

Aquaman Wana uwodzi jednak głównie wzrok. Efekty specjalne, grafika komputerowa, kompozycje zdjęciowe Dona Burgessa, scenografia Billa Brzeskiego, a także wycyzelowane, niekiedy uroczo pretensjonalne kostiumy Kym Barrett, jak migotliwy płaszcz z rybich łusek jednego z morskich władców, to jedna wielka orgia szczęścia dla oglądających. Oczywiście co bardziej dociekliwych może dziwić, że podwodna cywilizacja lubuje się w permanentnie mokrych ciuchach, zamiast poprzestać na eksponujących status ozdobach... ale PG-13 ma swoje ograniczenia, a poza tym to i tak nic w porównaniu z rżącymi gigantycznymi konikami – czy raczej końmi – morskimi. Można wybaczyć nawet rzeczy kompletnie absurdalne, jak wspomniane wierzchowce lub rytualny krąg ognia (a potem nawet jezioro ognia) pod wodą, bo pięknie to wygląda (no dobrze, mieszkańcy oceanów w końcu mówią pod wodą, więc ich „konie” mogą sobie rżeć, a to drugie da się wyjaśnić jeśli nie magią, to polem siłowym, w końcu niniejszy obraz dobitnie pokazuje, iż Atlantyda mogłaby zawstydzić Asgard...). Świetnie prezentuje się iskrzący most, wygenerowany jako bezpieczne przejście przez strefę obronną miasta; zachwycają zgrabne, opływowe pojazdy Atlantów lub emanujące światłem meduzy, przepływające stada rzeczywistych i fantastycznych stworzeń... Na uwagę zasługuje choreografia walk (udało się między innymi sprawić, że posługiwanie się ciężkim trójzębem nie wygląda idiotycznie), zwłaszcza budzące respekt wyczyny Atlanny i Mery, jak również spektakularne scysje Orma z Arthurem.

Fabuła filmu Aquaman jest banalnie prosta, podobnie przesłanie – tak, istnieje takowe, choć zostało dobrze ukryte w materii lekkiej rozrywki, która stanowi główny cel Wana i reszty filmowej ekipy. Tu trzeba zaznaczyć, że król Orm to pierwszy naprawdę interesujący, charyzmatyczny antagonista w DCEU, godny przeciwnik dla superbohatera. Ważny jest fakt, że jego plany i decyzje budzą odruch sprzeciwu, ale motywacje i cechy są zrozumiałe – prócz typowej ambicji i żądzy władzy wykazuje pragnienie usunięcia wielkiego niebezpieczeństwa dla oceanów, jakim jest cywilizacja ludzi z powierzchni, którzy w ostatnim stuleciu zaczęli śmiecić i zatruwać ekosystem na masową skalę. Nienawiść, wściekłość i pogarda Orma wobec mieszkańców lądów nie dziwi, natomiast jednoznaczne, czarno-białe podejście do tych, których uznało się za wrogów, z pewnością jest nam znane z autopsji i bez filmów o supebohaterach. Do tego wszystko nabiera pikanterii, gdy weźmiemy pod uwagę warunki, w jakich dorastał – utrata matki i jad sączony przez ojca. Czyżby to nie on, pomimo swej sprawczej roli jako główny antagonista, był tu prawdziwym czarnym charakterem? Tak więc przekaz to postawa proekologiczna, lecz także przestroga przed pochopną oceną innych i przed toksycznym wpływem nie tylko odpadów, ale i wychowujących nas osób.

Jeśli już o, nomen omen, czarnym charakterze mowa, warto podkreślić, że zobaczymy też Czarną Mantę (Yahya Abdul-Mateen II) – kanonicznego, jeszcze z lat 60., adwersarza Aquamana. Kwestia rozpoczęcia kariery „ciernia w boku” naszego bohatera jest jednak tak nieprzekonująco ukazana, żenująco naiwnie i w sumie śmiesznie skonstruowana, że trudno to wybaczyć nawet temu rozbrajającemu filmowi. Poza tym gdyby ów wątek usunąć, utwór niemal nic by nie stracił, a rolę Czarnej Manty w intrydze mogłaby spokojnie odegrać inna postać. Z drugiej strony, fani i fanki tych komiksów mogliby być niepocieszeni i narzekać podobnie jak miłośnicy Venoma na brak w historii Spider-Mana.

Generalnie ów obraz stanowiący wariację na temat Aquamanowych motywów, która czerpie i z najstarszych komiksów, i z The New 52, to świetny wybór na wieczór w kinie. Możemy podziwiać plejadę znanych aktorów, którzy bardzo dobrze wywiązują się ze swych obowiązków. Jason Momoa w roli tytułowej, Nicole Kidman jako Atlanna, Temuera Morrison jako Tom Curry, Patrick Wilson w wersji monarchy-ekoterrorysty i cyfrowo odmładzany Willem Dafoe, który wciela się w doradcę imieniem Vulko, dostarczą widzom prawdziwej frajdy. Opowieść do szczególnie mądrych nie należy (np. dlaczego ludzie, którzy mają do czynienia z cud-kobietą oraz kosmitą o boskich mocach, mają zarazem taki problem z wiarą w Atlantydę?), ale za to iskrzy humorem (scena z „brutalami” w pubie – niezapomniana), jest bajkowo pokrzepiająca (miłość, która przetrwa najgorsze sztormy, magia przeznaczenia) i skończenie piękna wizualnie w swej szalonej wizji artystycznej (jazda na rekinach-gigantach, potwory i inne wspaniałości). Co prawda, wrażenia psuje hełm Czarnej Manty (w sumie to i cała reszta tego osobnika) – wyglądający tak cymbalsko, że Loki może odetchnąć z ulgą, a do tego budzący skojarzenia z mroczną wersją E.T., któremu już na pewno nie dadzą zadzwonić do domu – ale nie da się ukryć, że w oryginale prezentował się on jeszcze gorzej... Ponadto plastrem na mentalne rany będą kreacje króla Nereusa, odgrywanego przez Dolpha Lundgrena (szkoda, że nie dano mu bardziej zaszaleć), i dziarskiej Mery, której postać błyszczy na ekranie dzięki utalentowanej Amber Heard. Otóż stylizacje owych bohaterów pomysłowo, rozczulająco, ale przy tym godnie odwołują się do Neptuna i syrenki Ariel... Efekt jedyny w swoim rodzaju.

Podsumowując: idźcie do kina, machnijcie ręką na mankamenty, dajcie się ponieść bajkowej fali głupawki i zanurzcie się w podwodne Kino Nowej Przygody.


Aquaman jest dla Ciebie, jeśli nie masz nic przeciwko rozprostowywaniu zwojów mózgowych i syceniu oczu pięknymi widokami, a także lubisz gry o superbohaterach i niezwykłych złoczyńcach.

Resident Evil 2 2019 - recenzja. Więcej niż remake
Recenzja filmu Glass, który niby wciąga, ale sensu w tym za grosz
Niezły kocioł! - recenzja filmu Asteriks i Obeliks: Tajemnica magicznego wywaru
najnowsze