Legenda Hollywood znów zabiera głos poza ekranem – i robi to bardzo dosadnie.
Świat popkultury i polityki po raz kolejny się przenikają. Robert De Niro – ikona kina, znana m.in. z ról w Taksówkarz, Ojciec chrzestny II czy Wściekły byk – ponownie znalazł się w centrum uwagi. Tym razem nie za sprawą nowego projektu filmowego, a swojej aktywności politycznej.
Robert De Niro
Robert De Niro kontra Donald Trump
W sobotę aktor pojawił się na czele wielkiego protestu w Nowym Jorku, będącego częścią ogólnokrajowej akcji „No Kings”. Tysiące ludzi wyszły na ulice, a wydarzenie było elementem znacznie większej inicjatywy obejmującej ponad 3 tysiące demonstracji w całych Stanach Zjednoczonych oraz w wybranych miastach na świecie. Organizatorzy zapowiadali, że miliony osób wezmą udział w protestach wymierzonych w politykę prezydenta Donald Trump.
Według inicjatorów był to największy w historii USA pokojowy dzień demonstracji – marsze odbywały się jednocześnie we wszystkich 50 stanach, a także poza granicami kraju. Impulsem do ich organizacji była m.in. decyzja Trumpa o zorganizowaniu wojskowej parady w Waszyngtonie z okazji jego urodzin.
Na Manhattanie jednym z najbardziej widocznych uczestników był właśnie De Niro, który od lat otwarcie krytykuje Trumpa i jego działania. W trakcie demonstracji nie gryzł się w język i apelował do zgromadzonych o mobilizację oraz sprzeciw wobec obecnej administracji. W swoim wystąpieniu mówił wprost:
Trump musi zostać powstrzymany. O tym jest "No Kings", bo on nie może robić więcej tych pop*********ch rzeczy, które robi
GramTV przedstawia:
To kolejny przykład tego, jak wyraźnie w ostatnim czasie aktor angażuje się politycznie. De Niro regularnie zabiera głos w mediach i podczas publicznych wystąpień, stając się jednym z najgłośniejszych krytyków urzędującego prezydenta wśród hollywoodzkich gwiazd. Na jego słowa szybko zareagował sam Trump, który skomentował sytuację w swoim stylu:
Szalony Robert De Niro to kolejna chora i obłąkana osoba, która, jak sądzę, ma wyjątkowo niskie IQ i absolutnie nie ma pojęcia, co robi ani co mówi.
Protesty „No Kings” to jeden z największych ruchów społecznych ostatnich lat w USA. Pierwsze demonstracje odbyły się w czerwcu, a ich skala systematycznie rośnie. Uczestnicy sprzeciwiają się m.in. polityce zagranicznej, sytuacji gospodarczej oraz działaniom administracji w kwestii imigracji. Ostatnio pisaliśmy też o innej legendarnej artystce, która z podobnych powodów nie ma dobrego zdania o USA.
Dziennikarz filmowy, krytyk. Lubi otwarte podejście do kina i popkultury. Fantastykę w każdej postaci przeplata seansami klasyki. Gdy akurat nie gra w Diablo 4, nie pogardzi dobrym komiksem i książką.
Taaaa... niby "grassroots" a jak patrzysz w spnsorów to Soros i Neville Roy Singham - komunista żyjący w Chinach.Np. organizatorem marszu w Minesocie, gdzie, btw, demokraci przymykają okiem na miliardowe przekręty, była organizacja Indivisible, która dostaje miliony od Sorosa.
Dodatkowo oni się nawet nie kryją. Otwarcie mówią, że No Kings ma za zadanie wywołać rewolucję, która wprowadziłaby komunizm.
Ogólnie model jest taki że ci dwaj finansują szereg organizacji i za te pieniądze te organizacje finansują protesty (hurtowo robione znaki nie biorą się znikąd) i wszyscy udawają że to nie Soros i Singham tylko dzielni obywatele i "grassroots".
Żeby nie było, jest mnóstwo rzeczy, za które można Trumpa krytykować, ale jeżeli Twoim sponsorem jest diabeł, to raczej nie finansuje Cię on dla Twojego dobra.