30 lat temu otrzymaliśmy jedno z najbardziej kontrowersyjnych anime Dragon Ball. Seria GT podzieliła fanów

Dragon Ball GT kończy dziś 30 lat. Był to pierwszy moment gdy anime w tym uniwersum tak mocno dzieliło graczy

Zapoczątkowana oryginalną mangą w 1984 roku marka Dragon Ball od ponad czterech dekad utrzymuje się na fali, stając się globalnym fenomenem i nie wykazując oznak zwalniania tempa, co z resztą ostatnio udowodnił event, podczas, którego zapowiedziano nowe anime i gry. Większość premier spotyka się z entuzjastycznym przyjęciem, ale jedna konkretna seria szybko została okrzyknięta czarną owcą tej kultowej franczyzy. Choć opinie o Dragon Ball GT przez lata nieco złagodniały, produkcja nigdy do końca nie pozbyła się złej reputacji.

Dragon Ball GT – Goku SSJ4
Dragon Ball GT – Goku SSJ4

Dragon Ball GT ma już 30 lat!

Serial zadebiutował w japońskiej telewizji dokładnie 7 lutego 1996 roku, a w tym roku obchodzi swoje 30-lecie. Trudno jednak oczekiwać hucznych obchodów tego jubileuszu. Trzy dekady później, fani wciąż wytykają serii nudną fabułę i dziwaczne projekty postaci oraz luki fabularne, które narobiły sporo szumu w chronologii. Mimo wszystko, w tej 64-odcinkowej serii można znaleźć prawdziwe perełki, a część wieloletnich widzów zaczyna przyznawać, że nie wszystko w GT było takie złe.

Biorąc pod uwagę ogromną popularność mangi Toriyamy, sukces adaptacji anime Dragon Ball i Dragon Ball Z nikogo nie zaskoczył. Gdy pieniądze nadal płynęły szerokim strumieniem, wydawnictwo Shueisha i studio Toei Animation nie chciały kończyć przygody i tak narodziło się Dragon Ball GT. Pod dużą presją Toriyama zgodził się na produkcję, ale serial nie adaptował jego mangi. Był to ekskluzywny dla telewizji sequel DBZ, co od początku wzbudziło niechęć części fanów.

Przypomnijmy o co w GT chodziło: Historia rozpoczyna się, gdy Goku przypadkowo zostaje przemieniony z powrotem w dziecko przez Shenrona, przywołanego przez jego dawnego wroga Pilafa. Bohater musi wyruszyć w kosmos wraz z Trunksem i wnuczką Pan, aby odnaleźć Czarne Smocze Kule, a jeśli nie zrobią tego w ciągu roku, Ziemia zostanie zniszczona. Choć pierwsze dwa wątki uchodzą za najlepsze, wielu widzów uważa, że późniejsze sagi Super Androida 17 i Smoczych Cieni wyraźnie obniżają poziom. Krytykowano też nadmierne skupienie na Goku, przez co inni bohaterowie nie mieli szans zabłysnąć.

Gdy seria startowała w 1996 roku, fani byli spragnieni nowych przygód, ale szybko stało się jasne, że nie tego oczekiwali. Toriyama był w niewielkim stopniu zaangażowany w rozwój projektu i widzowie od razu zauważyli brak jego iskry, obecnej w poprzednich adaptacjach. Żarty często nie trafiały, wiele punktów fabuły wydawało się wymuszonych, a Pan oraz jej robot Giru bywali określani jako jedne z najbardziej irytujących postaci w całym uniwersum. Dla wielu była to przegrana walka od samego początku i do dziś fani zastanawiają się, co mogłoby sprawić, aby GT zostało cieplej przyjęte, oczywiście poza większym udziałem Toriyamy.

Nie oznacza to jednak, że w chwili premiery Dragon Ball GT było kompletną porażką. W 1997 roku powstał w Japonii spektakl sceniczny, wydano artbooki, w 2013 roku pojawiła się adaptacja mangowa, a także kilka gier, m.in. Dragon Ball GT: Final Bout na PlayStation czy też wydane wyłącznie w Ameryce Północnej Dragon Ball GT: Transformation na Game Boy Advance. Co ciekawe, poza Japonią seria cieszyła się znacznie większą popularnością, choć w internecie i tak trudno znaleźć dla niej wiele uznania.

GramTV przedstawia:

Przez lata wielokrotnie dyskutowano o tym, co GT zrobiło dobrze. Myślę, że nawet osoby, które nie oglądały serialu, prawdopodobnie kojarzą transformację w Super Saiyan 4, wprowadzoną w 34 odcinku. Do dziś jest to jedna z najbardziej uwielbianych form w całej franczyzie. Ta potężna ewolucja Super Saiyana i Złotej Małpy niedawno doczekała się nowej wersji w najświeższym anime, Dragon Ball Daima, co zostało całkiem nieźle przyjęte, choć wielokrotnie zaznacza się, że jakość wprowadzenia formy SSJ4, jak i jej design, znacznie lepiej wypadają w serii GT. Wiele osób uważa również, że jednym z najmocniejszych punktów anime była także muzyka. Kultowe Dan Dan Kokoro Hikareteku (możecie posłuchać poniżej) do dziś wywołuje u fanów ciarki nostalgii.

Pochwały zebrał również jeden z głównych antagonistów. W odległej przeszłości rasa Tsufulian, pierwotni mieszkańcy Planety Plant, została wytępiona przez Saiyan pod rządami króla Vegety. W GT jedyny ocalały Baby, powrócił, aby się zemścić, dysponując unikalnymi technikami i ogromną mocą. Przejał on nawet ciało Vegety, doprowadzając do kolejnego starcia księcia Saiyan z jego rywalem. Dla wielu był to jasny punkt serii, a zdolność Babiego do składania “jaj” w przejmowanych ofiarach i zamieniania ich w lojalnych sług dodawała całemu wątkowi nuty grozy.

Fani Vegety docenili też rozwój jego postaci. W Dragon Ball Z książę Saiyan stopniowo zaczyna darzyć uczuciem rodzinę i Ziemię, a kulminacją jest jego poświęcenie w sadze Buu. W GT widzimy go już jako prawdziwego ojca rodziny, który odkłada na bok obsesję rywalizacji z Goku i skupia się na żonie oraz dzieciach. Mimo wszystko, gdy ziemia i jego bliscy są zagrożeni, wówczas nie odmawia starcia i próby ratowania sytuacji. Szkoda jednak, że mimo wszystko nadal mocno pozostawał w cieniu Goku, który standardowo zawsze musiał stawiać kropkę nad i.

Problem polegał na tym, że dobre pomysły często przegrywały ze słabym scenariuszem i wykonaniem. Szczególnie saga Babiego oferowała wiele interesujących koncepcji, od możliwości Super Saiyana 4 po połączenie sił Majin Buu i Uuba. Czarne Smocze Kule stawiały też ciekawe pytanie: co by było, gdyby nadmierne używanie kul wcześniej doprowadziło do ich skażenia? Choć 30 lat po debiucie seria nadal dzieli fanów, ale jej wpływ na markę jest zauważalny i raczej prędko się to nie zmieni.

Dajcie znać w komentarzach jak wspominacie serię Dragon Ball GT.

Komentarze
0



Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!