Na HBO Max pojawił się serial będący nową wersją słynnej powieści Williama Goldinga. Tym razem historię chłopców, których bezludna wyspa powoli zmienia w coś znacznie mroczniejszego, opowiada twórca głośnego Dojrzewania. Sprawdzamy, jak wyszło.
Odwieczne pytanie, które dzieli filozofów, brzmi: czy człowiek z natury jest dobry, zły, a może jedno i drugie? Władca much zdaje się skłaniać ku odpowiedzi pesymistycznej – i powiem wprost: zawsze miałem wrażenie, że robi to z niepokojącą pewnością siebie. To nie tylko moralitet, ale też opowieść o mechanizmach, których wolelibyśmy w sobie nie widzieć. I może właśnie dlatego ta historia, mimo że powstała w 1954 roku, nadal działa.
Poprzednie ekranizacje Władcy much dobrze pokazują, jak różnymi drogami można opowiadać tę samą historię. Film Petera Brooka z 1963 roku stawiał na surowość i niemal dokumentalny realizm, przez co jego wizja była chłodna, bezpośrednia i momentami wręcz niewygodna w odbiorze. Z kolei wersja Harry’ego Hooka z 1990 roku szła w stronę bardziej uporządkowanej, wizualnie przystępnej formy, w której estetyka i większy budżet tworzyły kontrast z brutalnością wydarzeń. Obie adaptacje różniły się tonem, ale w gruncie rzeczy uzupełniały się, podkreślając inne aspekty tej samej opowieści – jedna bardziej naturalistyczna, druga bardziej „filmowa” w klasycznym sensie. Na ich tle nowa wersja próbuje znaleźć własną drogę. Zaproponował nam ją Jack Thorne, twórca głośnego Dojrzewania.
Władca much
Natura, które nie kołysze do snu
Serialowa adaptacja to ciekawy przypadek, bo choć były już filmowe wersje tej historii, to po raz pierwszy mamy do czynienia z formą rozciągniętą w metrażu. Sama historia pozostaje niezmienna: grupa chłopców trafia na bezludną wyspę po katastrofie samolotu i próbuje zbudować własne społeczeństwo. Najpierw jest organizacja, wybór lidera, próby zachowania zasad. A potem – no cóż, jeśli znacie książkę, to wiecie, jak to się kończy. Jeśli nie, to powiem tylko tyle: im dalej w las (czy raczej dżunglę), tym mniej w tym wszystkim cywilizacji. Taka struktura narracyjna, rozciągnięta na odcinki, pozwala wyraźniej uchwycić momenty przejścia, które w filmowych adaptacjach bywały bardziej skrótowe, a przez to mniej wybrzmiewały emocjonalnie.
Ta historia wersja od początku miała zadatki, do odczytywania jej jako dystopii – i to takiej całkiem współczesnej w wydźwięku. Wspólnota, którą budują chłopcy, staje się czymś więcej niż tylko „miniaturowym społeczeństwem”: to raczej obraz powolnej dekadencji, rozkładu zasad i wartości, który można bez większego wysiłku przełożyć na wizję przyszłości, trawionej totalitaryzmami. Tym bardziej że już w książkowym pierwowzorze pobrzmiewała sugestia globalnego konfliktu i nuklearnej wojny – tutaj nie jest to eksponowane, ale gdzieś w tej historii nadal rezonuje. Dzięki temu serial można czytać nie tylko jako adaptację klasyki, ale też jako komentarz do współczesnych lęków społecznych i narastającego poczucia niestabilności.
Władca much
Człowiek jest dobry, czy zły?
Największą siłą serialu jest jednak klimat. Twórcy bardzo wyraźnie postawili na budowanie atmosfery – i to takiej, która powoli, niemal niezauważalnie zaczyna widza osaczać. Zauważyłem, że tempo jest celowo spowolnione: dużo tu ujęć natury, wsłuchiwania się w dżunglę, obserwowania bohaterów w ciszy, która wcale nie jest ciszą. Odgłosy wyspy – szum liści, trzaski, odległe krzyki – robią tu równie dużą robotę co dialogi. Do tego dochodzi muzyka: momentami folkowa, momentami wręcz rytualna, czasem podbita chórem. Działa to świetnie, budując poczucie, że ta wyspa żyje – i że niekoniecznie jest przyjazna. W efekcie widz nie tyle ogląda wydarzenia, co stopniowo w nie wsiąka, tracąc bezpieczny dystans i zaczynając odczuwać ten sam niepokój co bohaterowie.
Z drugiej strony, nie wszystko tu gra idealnie. Serial ma wyraźną tendencję do przesady w warstwie wizualnej. Jaskrawe filtry, które mają podkreślać egzotykę i „koloryt” wyspy, potrafią czasem przytłoczyć. Zamiast wzmacniać klimat, zaczynają odciągać uwagę. Do tego dochodzą momenty, w których realizacja po prostu nie nadąża za ambicjami – tanie CGI czy brak umiaru w niektórych scenach sprawiają, że całość bywa nierówna. I miałem wrażenie, jakby twórcy chwilami balansowali między naprawdę ciekawą wizją a czymś, co ociera się o kicz. Ambicja jest duża – może nawet za duża jak na dostępne środki (także budżetowe). Ten brak równowagi potrafi wybić z immersji dokładnie wtedy, kiedy historia powinna uderzać najmocniej.
Władca much
Cywilizacja cienka jak skorupa
Jeśli chodzi o bohaterów, podział na odcinki skupione wokół konkretnych postaci to strzał w dziesiątkę. Dzięki temu dostajemy więcej przestrzeni na ich psychologię i przemiany, a nie tylko szkicowe portrety znane z krótszych form. I tutaj muszę się zatrzymać przy Jacku – bo to zdecydowanie najmocniejszy punkt obsady. Lox Pratt kradnie każdą scenę, w której się pojawia. Jest najbardziej charyzmatyczny z całej grupy, a jego powolne staczanie się w otchłań zostało zarysowane z dużym wyczuciem niuansów. Najbardziej uderzające są momenty, kiedy spod tej budowanej twardości przebija coś zupełnie innego: wrażliwość i strach – cechy, które jego bohater tak skrupulatnie próbuje ukryć. I co ciekawe, to właśnie ta rola otworzyła mu drzwi szerzej – Pratt wcieli się w nową wersję Draco Malfoya w nadchodzącym serialu Harry Potter, co tylko potwierdza, że mamy do czynienia z aktorem, który już teraz buduje swoją pozycję. Utorował sobie drogę znakomicie i wygląda na to, że to dopiero początek.
GramTV przedstawia:
Warto też zatrzymać się przy decyzjach castingowych. Najwięcej dyskusji wzbudza zmiana wyglądu Ralpha. I jasne – sam zauważyłem, że coś tu zgrzyta, ale nie w taki sposób, jak często się to przedstawia w internetowych sporach. Problem nie polega na samej zmianie koloru skóry. Bardziej zastanawiające jest to, że dotyczy ona akurat postaci jednoznacznie pozytywnej, symbolicznie „czystej”, podczas gdy bohaterowie bardziej niejednoznaczni czy wręcz brutalni pozostali bez zmian. Czy dobrze myślę, że ktoś obawiał zarzutów o rasizm, przy wprowadzaniu różnorodności etnicznej do produkcji? W efekcie ten zabieg wydaje się nie tyle przemyślanym wyborem artystycznym, co czymś trochę naginającym się pod presją poprawności politycznej. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to zmiana wprowadzona nieco na siłę, słabo uzasadniona w kontekście książkowego pierwowzoru, w którym wygląd bohaterów miał jednak swoje znaczenie.
Chłopięcy świat
A mimo tych zastrzeżeń – będę ten serial chwalił. Bo choć momentami się potyka, to jednak robi coś, czego wcześniejsze adaptacje nie robiły w takim stopniu: daje tej historii oddech. Pozwala wyspie wybrzmieć jako miejscu, które realnie wpływa na bohaterów, kształtuje ich, przyspiesza ich przemianę i staje się niemal osobnym bohaterem tej opowieści. Są tu sceny – zresztą wierne książce – które mają podkręcony dramatyzm i czasem faktycznie wymykają się spod kontroli, ale są też takie momenty, gdzie akcenty rozłożono naprawdę trafnie. To właśnie w tych chwilach widać, jak duży potencjał drzemie w tej interpretacji.
Jeszcze o znaczeniu tej historii, która czasem się rozmywa. Golding nie sprowadza swojej opowieści do prostego stwierdzenia, że człowiek na wyspie staje się zwierzęciem – byłoby to zbyt łatwe. Zamiast tego pokazuje, że w sytuacji odcięcia od cywilizacji człowiek ujawnia to, co i tak w nim tkwi: nie tylko pierwotny instynkt, ale też zdolność do organizowania przemocy w uporządkowany system. Chłopcy nie dziczeją w sensie biologicznym – przeciwnie, bardzo szybko zaczynają tworzyć struktury władzy, rytuały i symbole, które nadają ich działaniom sens i kierunek. To właśnie w tym połączeniu natury i kultury kryje się sedno problemu: instynkt dostarcza impulsu, ale to narzędzia społeczne pozwalają przekuć go w tyranię. Wyspa nie jest więc miejscem powrotu do niewinności, lecz przestrzenią, w której człowiek staje się bardziej „sobą” – tyle że bez hamulców, które na co dzień narzuca mu cywilizacja.
To warta uwagi rzecz, bo skłania do refleksji. Szkoda, że ten serial przeszedł bez większego echa. Bo historia Goldinga nadal działa – może nawet mocniej niż kiedyś. Nadal stawia niewygodne pytania: o naturę człowieka, o to, ile w nas jest z cywilizacji, a ile z chaosu. Ale też o wychowanie, o odpowiedzialność dorosłych, o to, co właściwie przekazujemy kolejnym pokoleniom – zwłaszcza dziś, w świecie tak bardzo zdominowanym przez technologię. I jeśli coś z tej adaptacji zostaje na dłużej, to właśnie to uczucie niepokoju, że odpowiedzi wcale nie są oczywiste, a granica między porządkiem a chaosem okazuje się zaskakująco cienka.
7,0
Nowa wersja Władcy much to nierówna, ale intrygująca adaptacja, która stawia na klimat i psychologię.
Dziennikarz filmowy, krytyk. Lubi otwarte podejście do kina i popkultury. Fantastykę w każdej postaci przeplata seansami klasyki. Gdy akurat nie gra w Diablo 4, nie pogardzi dobrym komiksem i książką.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!