Kryzys kina? Brak pomysłów? Oklepane scenariusze? Wolne żarty. Wielki Marty dowodzi, że choć lubimy powtarzalne historie, wciąż to niuanse decydują o naszym zaangażowaniu. Styl tej opowieści jest wprost powalający, wiem co mówię.
„Zagrajcie to jeszcze raz” — te słowa pojawiły się w mojej głowie jako pierwsze, gdy tylko na ekranie wyświetliły się napisy końcowe Wielkiego Marty’ego. Gdy w tle wybrzmiewała jeszcze piosenka zespołu Tears for Fears o idealnie korespondującym z treścią filmu tytule Everybody Wants to Rule the World, szybko coś zrozumiałem. Nie miałem wątpliwości, że właśnie obejrzałem nie tylko jeden z najlepszych filmów ubiegłego roku, ale być może także jedną z perełek tego stulecia. Ten film ma wszelkie zadatki, by stać się kultowy.
Wielki Marty
Na opak
Co ciekawe, wszystko w nim działa niejako na opak. Josh Safdie — trzeba to przyznać — obrał bardzo ryzykowny kierunek i najwyraźniej ponownie wygrał. Już realizowane we współpracy ze swym bratem Nieoszlifowane diamenty były brawurowe, ale tym razem twórca jeszcze bardziej docisnął pedał gazu. Wielki Marty to sportowy dramat, który zamiast iść na łatwiznę i opowiadać historię kolejnego boksera, skupia się na nieudolnym pingpongiście marzącym o wielkiej karierze. W głównej roli nie uświadczymy kanonicznego przystojniaka z białym uśmiechem i potężnymi mięśniami, lecz chudzielca w okularach, z pryszczami dorzuconymi przez charakteryzację. Akcja co prawda rozgrywa się w latach 50., co jednak nie przeszkodziło twórcom podkreślić nastroju muzycznymi szlagierami z lat 80.
I to wciąż nie koniec sprzeczności, bo nie jest to również film krótki — dwugodzinny metraż może stanowić wyzwanie, podobnie zresztą jak nieustające tempo akcji, które pozbawia widza tchu, dodatkowo podkręcone dialogami wystrzeliwanymi jak z karabinu. Najciekawsze jednak w nim to, że choć przez cały czas komunikuje się z nami zagrywkami czarnej komedii, ma w sobie sporo egzystencjalnego smutku.
Wszystkie te cechy mogły zadziałać na niekorzyść Wielkiego Marty’ego, a jednak stały się jego największym atutem. Po raz ostatni tak żywo zafascynowałem się filmowym nowatorstwem, opartym na czerpaniu z przeszłych tradycji, stosunkowo niedawno — w listopadzie, gdy premierę miała Jedna bitwa po drugiej z Leonardo DiCaprio. Co znamienne, oba filmy pretendują do tegorocznych Oscarów w podobnych kategoriach. A co wypada jeszcze bardziej podkreślić — charakteryzuje je zbliżone tempo, sposób realizacji i, poniekąd, także tematyka. Jakby nie patrzeć, i tu, i tam mamy do czynienia z niedojrzałym osobnikiem marzącym o wielkich rzeczach, zapominającym, że życie zaczyna upominać się o jego ojcostwo.
Wielki Marty
Wszyscy chcą rządzić światem
Po seansie Wielkiego Marty’ego nie mam wątpliwości, że najciekawszy pojedynek zapowiada się w Oscarach w kategorii aktorskiej. Timothée Chalamet zdobył już Złoty Glob za tę rolę, sprzątając zwycięstwo sprzed nosa wielkiemu Leonardo DiCaprio. I może to zrobić ponownie, bo teraz to on jest głównym kandydatem do Oscara — o ile tylko Wagner Moura lub Michael B. Jordan nie będą mieli więcej szczęścia. Warto jednak zaznaczyć, że Chalamet już wygrał. Ta rola może okazać się dla niego kolejnym przełomem. Pierwszym były Tamte dni, tamte noce, które otworzyły mu drzwi do wielkiej kariery w Hollywood. Ma zaledwie 30 lat, a na koncie już trzecią nominację do Oscara za rolę pierwszoplanową — pod tym względem jest tak dobry jak sam Marlon Brando. Jeśli tylko będzie prowadził swoją karierę równie konsekwentnie, wybierając głównie artystyczne wyzwania i stroniąc od Marvela oraz Gwiezdnych wojen, jestem przekonany, że zajdzie równie daleko jak jego kontrkandydat — Leonardo DiCaprio.
W Wielkim Martym Chalamet jest w istocie wielki — wbrew posturze. Jego charyzma dosłownie rozsadza ekran. Safdie po raz kolejny sięgnął po aktora popularnego, lecz nieoczywistego (po Adamie Sandlerze i Robercie Pattinsonie) i wydobył z niego zupełnie nowe zasoby. Przede wszystkim położył cały ciężar narracji na jego barkach, co było kolejnym ogromnym ryzykiem, które w konsekwencji się opłaciło. Bohater grany przez Timothée Chalameta jest niepoprawnym, pozbawionym pokory marzycielem, który chce sięgnąć słońca, zapominając, że jego skrzydła polepione są woskiem. Chalamet jako Ikar jest nierozważny, bezczelny, arogancki, butny, a jednocześnie magnetyczny. Jego szelmowski uśmiech, nawet jeśli pojawia się na twarzy przy kolejnych oszustwach, momentalnie czyści atmosferę, zaskarbiając naszą sympatię.
#TeamTimo
Choć marzy o wielkich osiągnięciach z paletką w dłoni, ma też niezwykle pokręcone relacje z kobietami. Od kontaktu z matką się odcina, z dziewczyną, którą traktuje lekceważąco, będzie mieć dziecko — choć tej myśli jeszcze do siebie nie dopuszcza. Obiektem romansu czyni z kolei starszą od siebie aktorkę, graną przez niestroniącą od autoironii Gwyneth Paltrow.
GramTV przedstawia:
Chalamet ma jednak także męskich towarzyszy na ekranie, a wśród nich najciekawiej wypada Kevin O’Leary — w roli męża postaci granej przez Paltrow, ale też potencjalnego sponsora Marty’ego, dostrzegającego w nim nie tylko sportowy, lecz przede wszystkim komercyjny potencjał. Nie znajdziecie wielu informacji o tym aktorze w internecie, bo to raczej nieznane, kanadyjskie nazwisko — O’Leary jest bowiem showmanem i przedsiębiorcą, znanym z programu Shark Tank. Co ciekawe, występuje tam jako jeden z inwestorów oceniających startupy uczestników. O’Leary robi w Wielkim Martym dokładnie to samo, co robi w popularnym programie ze swoim udziałem — ocenia bohatera, widzi w nim potencjał, choć wie, że diament jeszcze musi zostać oszlifowany.
Jeszcze ciekawiej wypada cameo Abela Ferrary. Słynny reżyser wciela się w gangstera, który co rusz komplikuje losy Marty’ego. Jego obecność w filmie ma jednak wymiar dalece symboliczny. Safdie w swojej surowej stylistyce wyraźnie odwołuje się do dziedzictwa Ferrary. W Wielkim Martym da się wyczuć wibracje Złego porucznika. Brudny, nowojorski klimat jest zresztą domeną także Martina Scorsesego — i to zapewne kolejne źródło inspiracji, bo Wielki Marty garściami czerpie zarówno z Po godzinach, jak i z kultowego Wilka z Wall Street. Z tą różnicą, że jest jakby odwróconym pryzmatem bohatera, który dopiero urasta do wielkości.
Wielki Marty
Nieoszlifowany diament
Najciekawsze w Wielkim Martym jest to, że od samego początku trudno uwierzyć, iż bohater podoła wyzwaniu. A jednak — jakimś trafem — ulegamy tej iluzji, bo sam Marty okazuje się niezwykle perswazyjny. To, moim zdaniem, także zasługa reżyserii. Zabieg zwodniczy, ale jakże potęgujący napięcie. Safdie zaplanował film, jego stylistykę i tempo w taki sposób, by wyglądał, jakby rozgrywał się wewnątrz głowy tytułowej postaci. To trochę film, który Marty sam sobie kręci — o sobie, o swojej wspaniałości. Kapitalna ścieżka dźwiękowa, w takt której bohater momentami niemal tańczy podczas kolejnych scen, tylko to potwierdza – wszystko rozgrywa się z zgodzie z rytmem centralnej postaci.
Wielki Marty okazał się również ogromnym sukcesem komercyjnym dla studia A24, co także warto podkreślić. To samo studio da nam także adaptację Elden Ring, co jednoznacznie wskazuje, że A24 czasy gdy zajmowała się małymi, art-housowymi filmami ma już za sobą. Studio chce być ważnym graczem w box office, łącząc artyzm z polotem oraz prosty koncept z nietuzinkową promocją - Wielki Marty właśnie wpisuje się w ten kierunek.
Po seansie czuć w głowie karuzelę od nadmiaru emocji. Taką pozytywną. Tempo akcji bywa tu momentami tak zawrotne, że sam dziwiłem się, iż nie poczułem się nim przytłoczony. Reżyser nie decydował się jednak na rozprężenie — narracja często się rozgałęzia, problemy głównego bohatera zamiast znikać, piętrzą się, a nasza uwaga zostaje podtrzymana aż do finałowej kulminacji. Przez moment miałem wrażenie, że Safdie nie do końca wie, jak ten film zakończyć, ale ostatnie ujęcie skutecznie wyprowadziło mnie z tego błędu. Nie mam wątpliwości. Wielki Marty to film o poszukiwaniu sensu. O marzeniach, które porządkują nam świat, nadając mu kierunek, nawet jeśli prowadzą donikąd. I o dojrzewaniu do myśli, że chcieć to jeszcze nie znaczy móc.
9,0
To jest to, co chcesz od życia, a to jest to, co od niego dostajesz. Wielki film, wielka rola.
Plusy
Cudowne zdjęcia w stylu VistaVision budują klimat
Jeszcze bardziej klimat robi tu kapitalny, rytmiczny soundtruck
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że to najważniejsza rola w karierze Timothée Chalameta
Miły powrót Gwyneth Paltrow
Ten film, udający klasykę, sam może się nią stać
Dawno nie słyszałem tak naturalnie brzmiących dialogów
Minusy
Akcja nie pozwala na nabraniu tchu
Odbijesz się od filmu jeśli zbyt poważnie podejdziesz do poczynań bohatera
Dziennikarz filmowy z otwartym podejściem do kina i popkultury. Science fiction w każdej postaci przeplata seansami klasyki. Gdy akurat nie gra w Diablo 4, nie pogardzi dobrym komiksem i książką.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!