Ten serial miał udowodnić, że kto jak kto, ale Japończycy potrafią najlepiej opowiadać o własnej historii. Coś jednak poszło nie tak.
Skoro zawiódł Netflix, może poradzi sobie HBO? Taką nadzieję miałem, gdy po raz pierwszy zobaczyłem materiały promujące Song of the Samurai. Serial zapowiadał się na powrót do samurajskich opowieści tworzonych przez ludzi wychowanych w kulturze, którą przedstawiają. Liczyłem na historię autentyczną, osadzoną w realiach i wolną od zachodnich uproszczeń. Rzeczywistość okazała się jednak znacznie mniej satysfakcjonująca.
Z czym właściwie mamy do czynienia? Zdaję sobie sprawę, że Song of the Samurai nie wywołał takiego szumu jak Bitwa samurajów. Ba, podejrzewam nawet, że wielu fanów samurajskich historii mogło ten serial zwyczajnie przegapić. A szkoda, bo nie jest to projekt wzięty znikąd. Produkcja stanowi aktorską adaptację mangi Chiruran: Shinsengumi Requiem autorstwa Shinyi Umemury, publikowanej w latach 2010–2023 na łamach magazynu Monthly Comic Zenon.
Song of the Samurai
HBO idzie w ślady Netflix, adaptując mangę
Można powiedzieć, że moda na samurajów trwa w najlepsze. Nie tylko w grach wideo. Po sukcesie Szoguna i głośnej premierze Bitwy samurajów przyszła kolej na HBO. Platforma sięgnęła po materiał sprawdzony i cieszący się uznaniem. Chiruran ukazywał się przez ponad dekadę, doczekał się 36 tomów, sprzedał w milionach egzemplarzy i otrzymał własne adaptacje anime oraz teatralne. Trudno więc było nie odnieść wrażenia, że tym razem fundamenty są wyjątkowo solidne.
Sama historia koncentruje się na losach Shinsengumi – legendarnej formacji samurajskiej, która w burzliwym okresie schyłku szogunatu próbowała utrzymać stary porządek. W centrum wydarzeń znajduje się Hijikata Toshizo, były uliczny zawadiaka, który wraz z Kondo Isamim i Okitą Sojim trafia w sam środek politycznych napięć, wojny domowej i gwałtownych przemian społecznych. To opowieść o lojalności, ambicji, zdradzie i świecie, który rozpada się na oczach bohaterów.
Song of the Samurai
Ostatni samurajowie
Obietnice rosły więc proporcjonalnie do skali projektu. Tym bardziej że twórcy od początku podkreślali, iż nie interesuje ich wyłącznie efektowna akcja. Odtwórca głównej roli, Yamada Yuki, mówił w materiałach promocyjnych, że Shinsengumi byli jednymi z ostatnich samurajów podtrzymujących tradycję miecza w czasach wielkich przemian, a sam duch samuraja sprowadza się przede wszystkim do potrzeby chronienia innych. Brzmi dobrze. Problem polega na tym, że między deklaracjami a gotowym serialem pojawiła się wyrwa znacznie większa, niż początkowo przypuszczałem.
Coraz częściej łapię się na tym, że wspominam filmy Akiry Kurosawy. Przypominają mi o czymś, co współczesne opowieści samurajskie coraz częściej gubią po drodze. O umiarze. Naiwnie liczyłem, że Song of the Samurai będzie próbą powrotu do takiego myślenia. Zwłaszcza po Szogunie, który pozostaje dla mnie ciekawym wyjątkiem od reguły. Tam twórcy nie próbowali co chwilę udowadniać widzowi, że ogląda coś wielkiego. Unikali tanich sztuczek, nie pompowali emocji na siłę i nie zamieniali każdego dialogu w teatralny monolog o honorze, przeznaczeniu i duchu wojownika. Pozwolili historii wybrzmieć samodzielnie.
Song of the Samurai idzie w dokładnie przeciwnym kierunku. Chwilami przypomina operę mydlaną, której bohaterowie przypadkiem mają przy pasie katany. To serial przesadnie zakochany we własnej powadze, pełen banałów wypowiadanych tonem życiowych prawd i scen, które sprawiają wrażenie ważniejszych, niż są w rzeczywistości. A szkoda, bo gdy przychodzi do walk, nagle wszystko zaczyna działać. To właśnie dynamiczne pojedynki przyciągnęły moją uwagę do tego serialu. Są energiczne, dobrze zrealizowane i mają odpowiednią brutalność. Widać w nich pomysł, tempo i wyczucie choreografii. Paradoks polega na tym, że każda kolejna walka tylko mocniej uwypukla słabości reszty produkcji.
Song of the Samurai
Gdzie ten umiar, spokój i rozwaga?
Każdy, kto miał choćby pobieżny kontakt z japońskimi sztukami walk, wie, że katana nie lubi przesady. Trzeba trzymać ją pewnie, ale bez zbędnego napięcia. Zbyt mocny chwyt szybko męczy mięśnie, odbiera płynność ruchów i sprawia, że wojownik zamiast panować nad bronią zaczyna z nią walczyć. Paradoksalnie najlepsze cięcia często wyglądają na najprostsze. Mam wrażenie, że podobny problem dotknął Song of the Samurai. To serial, który niemal przez cały czas zaciska dłonie na własnej katanie. Nieustannie próbuje zrobić wrażenie, podkreślić wagę wydarzeń i przekonać widza, że uczestniczy w czymś wielkim. Efekt jest odwrotny od zamierzonego. Im mocniej twórcy naciskają, tym bardziej widoczne stają się szwy całej konstrukcji.
GramTV przedstawia:
Dotyczy to również samych scen walk. Na pierwszy rzut oka wyglądają efektownie, ale po pewnym czasie zaczyna przeszkadzać ich demonstracyjność. Bohaterowie nie walczą dlatego, że wymaga tego sytuacja. Walczą tak, jakby wiedzieli, że są obserwowani. Każdy ruch wydaje się odrobinę zbyt szeroki, każda poza odrobinę zbyt teatralna, a każda konfrontacja odrobinę bardziej zainteresowana własnym wyglądem niż dramatem postaci. To szybko staje się problemem całego serialu. Twórcy chętnie odwołują się do samurajskiego etosu, honoru i bushidō, ale traktują je bardziej jak element dekoracji niż rzeczywistą filozofię. Zamiast opowiadać o ludziach żyjących według określonych zasad, wolą sprzedawać widzowi wyobrażenie o samurajach, jakie od lat funkcjonuje w popkulturze. A to nie jest to samo.
Song of the Samurai
Efektowne machanie kataną
Problem nie kończy się jednak na tonie opowieści. Song of the Samurai jest serialem jednocześnie kameralnym i zaskakująco powierzchownym. Kamera często znajduje się bardzo blisko bohaterów. Spędzamy z nimi mnóstwo czasu, słuchamy ich rozmów, obserwujemy ich rozterki i uczestniczymy w kolejnych deklaracjach lojalności, przyjaźni czy poświęcenia. Teoretycznie powinno to budować więź z postaciami. W praktyce często prowadzi do odwrotnego efektu. Bohaterowie mówią dużo, ale… stosunkowo rzadko mówią coś naprawdę interesującego.
Szkoda tym bardziej, że pod względem realizacyjnym serial potrafi zrobić dobre pierwsze wrażenie. Kostiumy prezentują się przekonująco, scenografia bywa dopracowana, a twórcy ewidentnie przywiązują wagę do historycznych detali. Problem polega na tym, że za tą starannością kryje się świat zadziwiająco mały. Mówimy przecież o schyłku szogunatu, wojnie domowej i końcu pewnej epoki. Tymczasem wydarzenia, które powinny wydawać się przełomowe, często sprawiają wrażenie lokalnych konfliktów rozgrywanych pomiędzy garstką bohaterów.
I właśnie tutaj najlepiej widać największą słabość Song of the Samurai. Serial chce opowiadać o wielkiej historii, ale najczęściej nie potrafi nadać jej znaczenia. Chce być kameralnym dramatem, lecz nie daje bohaterom wystarczającej głębi. W efekcie pozostaje gdzieś pomiędzy – podobnie jak w wielu innych aspektach tej produkcji.
Song of the Samurai
Zjeść ciastko i mieć ciastko
Chyba właśnie to rozczarowuje mnie najbardziej. Po HBO spodziewałem się czegoś zupełnie innego. To przecież marka, która przez lata przyzwyczaiła widzów do opowieści traktujących odbiorcę poważnie. Nie zawsze subtelnych, nie zawsze pozbawionych widowiskowości, ale zwykle konsekwentnych w przekazie. HBO rzadziej niż Netflix ucieka w komiksowość, groteskę czy emocjonalne przerysowanie. Tymczasem Song of the Samurai robi to wyjątkowo często.
Paradoks polega na tym, że po czasie zaczynam patrzeć na Bitwę samurajów nieco łagodniej. Nie dlatego, że nagle uznałem ją za dobry serial. Wciąż uważam ją za produkcję pełną problemów. Różnica polega na tym, że Netflix przynajmniej nie udawał czegoś, czym nie jest. Od początku było wiadomo, że chodzi przede wszystkim o efektowność.
Song of the Samurai chce natomiast zjeść ciastko i mieć ciastko. Z jednej strony pozostaje wierny mandze, z całym jej zamiłowaniem do przesady, dramatycznych póz i bohaterów wypowiadających kwestie, których normalny człowiek nigdy by nie powiedział. Z drugiej usiłuje przekonać widza, że opowiada ważną historię o końcu pewnej epoki. Efekt przypomina człowieka stojącego okrakiem nad przepaścią. Im bardziej próbuje utrzymać równowagę między tymi światami, tym bardziej się chwieje.
I właśnie dlatego najbardziej szkoda mi zmarnowanego potencjału tego projektu. Pozostaje czekać na… drugi sezon Szoguna?
5,0
Adaptacja popularnej mangi w tym wypadku przybrała formę produkcji bez tożsamości, przypominającej japońską operę mydlaną, ale za to z dobrymi scenami walk.
Plusy
Dynamiczne, dopieszczone sceny walk na katany - dawno nie było w tym względzie czegoś tak dobrego
Dopracowana inscenizacja, budująca klimat epoki
Widać, że aktorzy odbyli solidny trening sztuk walk
Minusy
Bohaterowie z tektury z zerową charyzmą - trudno im kibicować
Mnóstwo pustych, podniosłych słów, o niczym
Brak czytelnego kierunku fabularnego, produkcja zlepiona jakby z kilku wątków
Kilka żenujących momentów podsycanych wątpliwym humorem
Da się wyczuć teatralność, także w zakresie realizacji i małej skali historii
Dziennikarz filmowy, krytyk. Lubi otwarte podejście do kina i popkultury. Fantastykę w każdej postaci przeplata seansami klasyki. Gdy akurat nie gra w Diablo 4, nie pogardzi dobrym komiksem i książką.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!