Przylądek strachu - recenzja serialu. Javier Bardem przebija Roberta De Niro

Jakub Piwoński
2026/08/04 09:00
0
0

Javier Bardem jako nowa wersja Roberta De Niro z kultowego Przylądka strachu z 1991 roku. A może bliżej mu do kreacji Roberta Mitchuma z filmu z 1962 roku? Serial Apple daje nam zaskakująco świeży remake.

Słowo remake kryje w sobie pewną pułapkę. Z jednej strony niesie obietnicę powrotu do znanej historii, z drugiej jest synonimem odtwórczości. Powoli zatem, z racji swoich negatywnych konotacji, zdaje się być wypierane z języka przez… nową interpretację. Ma ona podkreślać, że dane dzieło nie jest jedynie kalką filmu sprzed lat, lecz przeniesieniem jego idei w nowe ramy i ponownym przyjrzeniem się jego założeniom.

Przy tej okazji wypada zadać pytanie: ile razy można opowiedzieć tę samą historię? W Hollywood nie ma czegoś takiego jak limit dla wznowień. Jeśli tylko nowa wersja wnosi coś względem poprzednich, dając widzom sporo nowości wynikających ze świeżego spojrzenia twórców, widz powinien być zadowolony, zapominając, że już to gdzieś widział. Czy Przylądek strachu, po tak mocarnych wersjach jak klasyczny film z 1962 roku oraz równie silnie działający film z 1991 roku, jest tematem wdzięcznym do kolejnej eksploracji? Zdaje się, że twórcy znaleźli na to sposób i wyjście z tej pułapki.

Przylądek strachu
Przylądek strachu

Scorsese i Spielberg producentami wykonawczymi

Wypada na wstępie podkreślić, że za nową odsłonę odpowiada sam Martin Scorsese, który objął stanowisko producenta wykonawczego. Nie jest zresztą osamotniony, bo w tym samym gronie znalazł się również Steven Spielberg. Już same te dwa nazwiska powinny być wystarczającym sygnałem, że nie mamy tu do czynienia z przypadkowym projektem ani kolejną próbą odcinania kuponów od znanej marki. Do współpracy zaproszono również Nicka Antoscę, showrunnera odpowiedzialnego między innymi za świetny serial kryminalny Candy: Śmierć w Teksasie. I choć już ten zestaw robi wrażenie, lista płac kryje kolejne mocne nazwiska. W role prawników skonfliktowanych z głównym antagonistą wcielają się Amy Adams (Ostre przedmioty) i Patrick Wilson (seria Obecność). Nie da się jednak ukryć, że najważniejszym nazwiskiem pozostaje Javier Bardem, który jako Max Cady wchodzi w buty dwóch Robertów – De Niro i Mitchuma.

Na papierze wszystko układa się więc znakomicie. Pozostaje tylko odpowiedzieć na pytanie: jak wypada to na ekranie?

Serial Apple zaskakuje już samym metrażem. Dwie poprzednie adaptacje powieści Egzekucja Johna D. MacDonalda z 1957 roku były filmami, tymczasem nowa wersja otrzymała aż dziesięć odcinków. Już na starcie rodzi się więc pytanie: czy ta historia rzeczywiście potrzebuje aż tyle czasu, by wybrzmieć? Początkowo sygnał ostrzegawczy wydaje się trafny. Środkowa część serii wyraźnie cierpi na rozwleczenie fabuły i niepotrzebne przestoje, których jest tu zdecydowanie więcej niż w obu filmowych wersjach. Tam narracja pozostawała zwarta i konsekwentnie budowała napięcie, tutaj chwilami wyraźnie się ono rozprasza. Paradoks polega jednak na tym, że mimo tych problemów serial wciąga. Twórcy nie tracą z oczu głównego tematu, a świetne aktorstwo i umiejętnie budowane napięcie sprawiają, że kolejne odcinki chce się oglądać aż do finału.

Przylądek strachu
Przylądek strachu

Historia ta sama, a jednak inna

Nowy Przylądek strachu zachowuje trzon historii, ale jednocześnie wyraźnie ją poszerza i, nomen omen, ponownie interpretuje. Zamiast opowieści o adwokacie i jego rodzinie, którzy obawiają się zemsty groźnego przestępcy po jego wyjściu z więzienia, otrzymujemy historię dwójki prawników związanych ze sprawą Maxa Cady'ego. Anna Bowden (Amy Adams) była jego obrończynią, z kolei Tom Bowden (Patrick Wilson) występował jako prokurator. Prywatnie byli wtedy kochankami, a z czasem stali się małżeństwem. Ten układ dodaje całości pikanterii i znacznie komplikuje relacje między bohaterami. Tworzy się trójkąt zależności, który Cady postanawia brutalnie wykorzystać. Po siedemnastu latach spędzonych za kratkami wraca z jednym celem – zniszczyć życie ludzi, których obwinia za swój los. Przy okazji obnażając kilka bolesnych prawd.

GramTV przedstawia:

Wszelkie wątki związane z dziećmi głównych bohaterów, które w filmach pełniły przede wszystkim rolę uzasadnienia motywacji ojca zatroskanego o los swojej rodziny, tutaj – zgodnie z moimi obawami – wypadają najsłabiej. Zwłaszcza wtedy, gdy dzieci zaczynają w niebezpieczny sposób zbliżać się do głównego antagonisty. Znacznie lepiej prezentują się natomiast sekrety z przeszłości Cady'ego, które uznaję za interesujące poszerzenie tej skomplikowanej osobowości. Juliette Lewis jako naznaczona szaleństwem siostra oraz Ron Perlman w roli brutalnego ojca dopełniają portret Maxa, pokazując, że jego zło ma swoje źródła zarówno w środowisku, jak i kulturze, z której wyrósł. Równie ciekawie wypada dynamika relacji między dwójką prawników. Najbardziej angażująca staje się jednak w chwili, gdy ich małżeństwo zostaje wystawione na próbę. Aby zmierzyć się z uosobieniem zła, sami muszą najpierw skonfrontować się z demonami, które od lat głęboko skrywają. To właśnie okazuje się ostatecznym testem siły ich związku.

Bardem idzie tą rolą po Emmy

Tak na dobrą sprawę wszystko to byłoby marnością i powtarzalnością, gdyby nie Javier Bardem w roli Maxa Cady'ego. Gdyby przy wszystkich tych narracyjnych grzeszkach zabrakło jeszcze aktorskiego błysku, śmiem twierdzić, że cały serial nadawałby się do kosza. Jest jednak dokładnie odwrotnie. Jeśli istnieje powód, dla którego warto podążać dalej i zaakceptować mniejsze lub większe fabularne zapychacze, to koncentruje się on właśnie wokół kreacji Javiera Bardema. Ponownie mamy do czynienia z pozytywnym zaskoczeniem. Choć Javier Bardem ma już na koncie kilka wybitnych ról złoczyńców – wystarczy wspomnieć To nie jest kraj dla starych ludzi, który rozsławił aktora, czy bondowskie Skyfall – przez całe dziesięć odcinków ani przez chwilę nie miałem wrażenia, że oglądam kolejną wariację na ten sam temat. To wręcz aktorskie mistrzostwo, jeśli za pomocą niuansów mimiki, spojrzenia i gestów potrafi się stworzyć postać tak odmienną zarówno od bohaterów, których grał wcześniej, jak i od dwóch wcześniejszych interpretacji Maxa Cady'ego. Zwłaszcza że kreacja Roberta De Niro pozostaje, moim zdaniem, jedną z najbardziej ikonicznych w historii kina.

Nowy Cady jest więc jednocześnie tym samym człowiekiem i kimś zupełnie innym. Nadal kieruje nim pragnienie zemsty, choć początkowo stara się je skutecznie kamuflować. O wiele sprawniej odnajduje się po powrocie do społeczeństwa: nie waha się flirtować z kobietami, inwestuje odszkodowanie w restaurację, korzysta z życia i nadrabia stracony czas. Sprawia wrażenie spokojnego i pogodznego, a nawet wtedy, gdy Bowdenowie zadają mu – wydawałoby się – ostateczny cios, wybucha dopiero wtedy, gdy naprawdę ma ku temu powód. Spojrzenie spod byka, szelmowski uśmiech, lekko przygarbiona sylwetka i oszczędna ekspresja budują postać, która wyraźnie wybija się ponad aktorską przeciętność większości partnerujących mu wykonawców. Typuje, że rola ta może wrócić w kontekście nagród Emmy.

Przylądek strachu
Przylądek strachu

Na osobne wyróżnienie zasługuje również warstwa audiowizualna. Paradoksalnie to właśnie tutaj serial pozostaje najwierniejszy duchowi obu filmowych ekranizacji. Nie dlatego, że kopiuje konkretne ujęcia czy rozwiązania inscenizacyjne, lecz dlatego, że równie sprawnie buduje atmosferę nieustannego zagrożenia. Dynamiczna praca kamery, niespodziewane najazdy na twarze bohaterów, gwałtowne zmiany perspektywy czy krótkie przebłyski zdjęć w negatywie nie są jedynie efektownymi ozdobnikami. Wszystkie te środki podporządkowano budowaniu napięcia i poczucia, że zło czai się tuż za rogiem. Jeszcze większą rolę odgrywa jednak muzyka. Przywołuje skojarzenia z klasycznymi thrillerami, w których dźwięk nie ilustruje wydarzeń, lecz zapowiada ich nieuchronność. Dzięki temu, choć serial znacząco poszerza kontekst opowieści i zmienia akcenty względem poprzednich wersji, zachowuje ich najważniejszy element – wszechobecne poczucie niepokoju. Finałowa sekwencja z nadciągającym huraganem staje się zresztą czymś więcej niż widowiskowym zwieńczeniem historii. To metafora świata bohaterów, którzy od pierwszego odcinka żyją w cieniu burzy nieuchronnie zmierzającej burzy, która przerwie ich pozornie poukładane życie.

Na koniec warto zwrócić uwagę na drobną, ale znaczącą ciekawostkę. W remake'u z 1991 roku Martin Scorsese zaprosił do epizodycznych ról Roberta Mitchuma i Gregory'ego Pecka, czyli gwiazdy ekranizacji z 1962 roku. Było to nie tylko mrugnięcie okiem do fanów, ale także symboliczne podkreślenie, że pewne historie pozostają niezmienne – zmieniają się jedynie aktorzy i czasy, w których są opowiadane. Nowy Przylądek strachu również stosuje podobny zabieg. Juliette Lewis, która w filmie Scorsesego wcielała się w córkę głównego bohatera, tym razem powraca jako naznaczona szaleństwem siostra Maxa Cady'ego. To pozornie niewielki detal, ale doskonale wpisuje się w przesłanie serialu. Ludzie zmieniają twarze, role i kostiumy, jednak mechanizmy rządzące przemocą, traumą i zemstą pozostają takie same.

7,0
Świetnie zagrana reinterpretacja Przylądka strachu, która odważnie rozwija znaną historię (choć momentami płaci za to zbyt rozwleczoną narracją)
Plusy
  • Wybitna kreacja Javiera Bardema jako nowego Maxa Cady'ego
  • Świeża reinterpretacja klasycznej historii zamiast prostego kopiowania filmu
  • Pogłębienie psychologii Cady'ego i moralnych dylematów bohaterów
  • Jedno ciekawe aktorskie nawiązanie do poprzednich ekranizacji
  • Świetna praca kamery, muzyka też niczego sobie
Minusy
  • Zbyt rozwleczona środkowa część serialu
  • Najsłabsze wątki to wątki dzieci głównych bohaterów
  • Miejscami wrażenie, że materiał został rozciągnięty i skomplikowny ponad potrzebę
Komentarze
0



Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!