Spider-Man: Całkiem nowy dzień - recenzja filmu. Czas wreszcie dorosnąć

Jakub Piwoński
2026/07/30 17:00
2
0

Spider-Man po raz kolejny dowozi to, czego oczekują widzowie: sprawną rozrywkę, efektowne widowisko i bohatera, którego trudno nie lubić. Fani będą zadowoleni. Dobry film, ale czy godny zapamiętania?

To nie jest czwarty film o Spider-Manie. To już dziewiąta aktorska odsłona przygód Człowieka-Pająka, jeśli dobrze liczę, a przecież po drodze dostaliśmy jeszcze znakomite animacje. Mimo to bohater wciąż wydaje się młody, pełen energii i zaskakująco świeży, a formuła, na której od lat opierają się jego przygody, najwyraźniej jeszcze się nie wyczerpała. Nieprzypadkowo więc najnowszy film obraca się wokół motywu utraty pamięci. Czy postać, która od dekad tak silnie oddziałuje na popkulturę, może w ogóle zostać zapomniana? Śmiem twierdzić, że byłoby to niezwykle trudne.

Spider-Man: Całkiem nowy dzień
Spider-Man: Całkiem nowy dzień

Niepamięć

Podczas seansu, na wypełnionej po brzegi sali, nie dało się wyczuć choćby śladu zbiorowej amnezji. Wręcz przeciwnie – publiczność wyraźnie nie mogła doczekać się spotkania ze swoim ulubionym bohaterem. Obok mnie siedział sympatyczny, korpulentny przedstawiciel rasy nerdów. Nigdy wcześniej nie odczułem na pokazie tak silnej energii bijącej od osoby siedzącej obok. Gdy na ekranie pojawił się Punisher, niemal wyskoczył z fotela, a kolejne fabularne niespodzianki przyjmował z entuzjazmem graniczącym z owacją. Przyznam, że trochę mu tego zazdrościłem. Nie dlatego, że zapomniałem, kim jest Spider-Man. Wychowałem się na komiksach z tym bohaterem. Po prostu emocje, które kiedyś towarzyszyły każdemu spotkaniu z Peterem Parkerem, zostawiłem gdzieś daleko za sobą.

Czy najnowszy film zdołał je przywrócić? Nie. Czy oznacza to, że coś poszło nie tak? Również nie. Spider-Man: Całkiem nowy dzień to po prostu całkiem dobry film. Problem polega na tym, że trudno oprzeć się wrażeniu, iż gdzieś już to wszystko widzieliśmy. Że to widowisko jest zbyt bezpieczne i zbyt zachowawcze, by pozostawić po sobie wyraźniejszy ślad.

Spider-Man: Całkiem nowy dzień
Spider-Man: Całkiem nowy dzień

Po fanserwisie przyszedł czas na kameralność

Twórcy nie wymagają od widza, by pamiętał każdy szczegół poprzednich filmów. To jedna z największych zalet najnowszej odsłony. Spider-Man: Całkiem nowy dzień działa jak nowe otwarcie – odcięcie się od przeszłości i symboliczny powrót z niebytu. Minęło przecież pięć lat od wydarzeń z poprzedniego filmu, a Peter Parker zdążył się zmienić. Przede wszystkim musiał nauczyć się samodzielności. Współpracuje z policją, pomaga mieszkańcom Nowego Jorku i robi to, co potrafi najlepiej, próbując jednocześnie pogodzić się z utratą ludzi, których kochał.

Dla porządku przypomnijmy jednak, jak zakończyła się poprzednia część. Po starciu z Mysterio Spider-Man zostaje oskarżony o zbrodnię, której nie popełnił, a jego prawdziwa tożsamość wychodzi na jaw. W desperacji zwraca się o pomoc do Doktora Strange'a, prosząc, by świat o nim zapomniał. Efekt był łatwy do przewidzenia. Spider-Man: Bez drogi do domu stał się właściwie definicją fanserwisu – pękał w szwach od odniesień do poprzednich ekranizacji, przywracał kultowych bohaterów i złoczyńców, a jego największą atrakcją było nieustanne puszczanie oka do wieloletnich fanów. Po takim widowisku jedyną rozsądną drogą było drastyczne zmniejszenie skali.

Destin Daniel Cretton, przejmując reżyserskie obowiązki po Jonie Wattsie, doskonale to rozumie. Zamiast kolejnego widowiska o losach multiwersum proponuje historię znacznie bardziej przyziemną, wręcz kameralną. Choć wciąż oglądamy superbohatera w kostiumie, znacznie częściej śledzimy po prostu młodego człowieka próbującego poukładać sobie życie. Film zaskakująco dużo czasu poświęca codzienności Petera, jego samotności, poczuciu straty i tęsknocie za ludźmi, którzy już go nie pamiętają.

Spider-Man: Całkiem nowy dzień
Spider-Man: Całkiem nowy dzień

Peter Parker ważniejszy od Spider-Mana

Przed seansem obejrzałem odcinek specjalny Punishera i nie mogłem oprzeć się jednemu skojarzeniu. Frank Castle przemierza tam pogrążone w przestępczości miasto z papierowym kubkiem kawy w dłoni. Ten niepozorny rekwizyt zapowiada kolejną eksplozję przemocy. W Spider-Manie Peter Parker również niemal nie rozstaje się z kubkiem. Tutaj nie zwiastuje on jednak akcji, lecz staje się symbolem emocjonalnego zastoju. To drobiazg, ale właśnie w takich detalach Cretton najcelniej pokazuje, że bardziej interesuje go człowiek niż superbohater.

Powiedziałbym nawet, że to jeden z tych filmów o Spider-Manie, w którym najciekawsze rzeczy dzieją się pomiędzy scenami akcji. Paradoksalnie właśnie one wypadają najsłabiej, sprawiając wrażenie obowiązkowego dodatku przypominającego, że wciąż oglądamy widowisko Marvela. Znacznie ciekawiej robi się wtedy, gdy film zwalnia. Gdy Peter zaczyna uświadamiać sobie, jak bardzo tęskni za dawnymi przyjaciółmi i jak mocno jego samotność odbija się w losach głównej przeciwniczki. Nie zdradzę jej tożsamości, choć mam wrażenie, że to jedna z najgorzej skrywanych tajemnic współczesnego kina superbohaterskiego. W rankingu najbardziej oczywistych ekranowych „niespodzianek” postawiłbym ją tuż obok nieszczęsnego Kanga ze Star Treka.

Spider-Man: Całkiem nowy dzień
Spider-Man: Całkiem nowy dzień

Tom Holland i Zendaya – złota para Hollywood

Spider-Man nie jest więc filmem, który opiera się na widowiskowej akcji. Nie jest też produkcją zbudowaną na wielkich aktorskich kreacjach. Tom Holland i Zendaya tworzą dziś jedną z najpopularniejszych ekranowych par, ale wciąż nie mam przekonania, czy ich status gwiazd idzie w parze z ponadprzeciętnym talentem. Gdybym był ich doradcą od wizerunku, poradziłbym im jedno – zniknąć z pierwszego planu choćby na rok. Bez premier, bez okładek magazynów i bez kolejnych medialnych wydarzeń. Widzowie potrzebują czasem zatęsknić za aktorem.

GramTV przedstawia:

Tymczasem mamy sytuację wręcz niezwykłą. Najpierw trzecia Euforia, później wspólna praca na planie Odysei, a zaraz po jej zakończeniu Spider-Man. Zendaya zamknie ten rok jeszcze rolą w Diunie, Holland najpewniej pojawi się w Avengers. Trudno wyobrazić sobie lepszy moment w ich karierach. To jednocześnie prowokuje pytanie, skąd bierze się ich tak silna obecność w największych hollywoodzkich produkcjach. Być może zabrzmi to kontrowersyjnie, ale mam wrażenie, że ich największym atutem jest... pewna aktorska przezroczystość. Nie dominują filmu własną osobowością, nie narzucają jednej, charakterystycznej maniery. Potrafią dopasować się do niemal każdej konwencji i każdego reżysera. Są jak puste naczynie, które można wypełnić dowolną historią. Dzięki temu widz nie obcuje z ciężarem wielkiej gwiazdy, lecz z bohaterami, którzy sprawiają wrażenie zwyczajnych ludzi. I właśnie w przypadku Spider-Mana ta cecha okazuje się zaskakująco skuteczna.

Spider-Man: Całkiem nowy dzień
Spider-Man: Całkiem nowy dzień

Był taki film pt. W sieci zła...

Jeśli chodzi o resztę obsady, mam wrażenie, że większość aktorów działa na autopilocie. Jon Bernthal jako Punisher pozostaje jednak chlubnym wyjątkiem. Do jego niewyparzonego języka zdążyliśmy już przywyknąć, ale dobrze, że twórcy pozwolili mu zachować ten charakter. W filmie pełnym nostalgii i emocjonalnej ckliwości właśnie takiego bohatera było potrzeba. Jego pojawienie się skutecznie przełamuje sentymentalny ton, a seria z karabinu wystrzelona w kierunku Hulka na długo pozostanie jednym z najlepiej zapamiętanych przeze mnie momentów akcji.

Większy problem mam z głównym antagonistą. Po raz kolejny Marvel stawia na przeciwnika, który wydaje się zbyt zachowawczy i emocjonalnie wycofany. W dodatku trudno oprzeć się wrażeniu, że twórcy zbyt chętnie sięgają po rozwiązania doskonale znane ze Stranger Things (tylko czekać, że postać Sadie Sink ponownie połączy się z Vecną). A szkoda, bo pierwszy akt zapowiadał coś znacznie ciekawszego. Przez długi czas nie wiemy, z kim właściwie mamy do czynienia, a sposób działania złoczyńcy przywołuje skojarzenia z W sieci zła z Denzelem Washingtonem. Jeszcze bardziej oczywistym punktem odniesienia pozostaje Matrix i sceny, w których agenci błyskawicznie przejmowali kontrolę nad kolejnymi ludźmi. Mentalne przeskoki z jednej jaźni do drugiej budują atmosferę niepokoju i tajemnicy. Jest mrocznie, momentami wręcz paranoicznie. Niestety, cały ten klimat rozpływa się w finałowym akcie, który wybiera znacznie bardziej przewidywalne rozwiązania.

Nawet podjęty w filmie, iście komiksowy motyw pajęczej sieci, która z technologicznego gadżetu staje się czymś biologicznym, miał być metaforą akceptacji własnej tożsamości. Ostatecznie pozostaje jednak niewykorzystanym pomysłem, który nie wybrzmiewa z należytą siłą i nie ma większego wpływu na wymowę całej historii.

Jak już wspomniałem, Spider-Man: Całkiem nowy dzień to dobry film. Nawet jeśli Peter Parker od czasu do czasu splunie krwią po kolejnym pojedynku, trudno oprzeć się wrażeniu, że twórcy zbyt szybko zakładają mu kolejne bandaże. Za bardzo boją się zostawić bliznę. Jest zabawnie, jest sentymentalnie, bywa romantycznie, a chwilami nawet naprawdę groźnie. Ostatecznie jednak wszystko wraca do dobrze znanego porządku. Właśnie dlatego, mimo wielu udanych pomysłów i kilku świetnych scen, nie jest to Spider-Man, który zostanie ze mną na dłużej. Może najwyższy czas, by Peter Parker wreszcie wytarł mleko spod nosa i dorósł.

PS. Film zawiera scenę po napisach. Tym razem naprawdę nie warto na nią czekać.

6,5
Kameralne i emocjonalne nowe otwarcie dla Spider-Mana, które wygrywa codziennością Petera Parkera, ale przegrywa brakiem odwagi i zbyt zachowawczym finałem.
Plusy
  • Peter Parker znów jest ważniejszy od Spider-Mana
  • Kameralna historia dobrze działa jako nowe otwarcie
  • Jon Bernthal wnosi do filmu potrzebną energię
  • Pierwszy akt skutecznie buduje tajemnicę
Minusy
  • Film zbyt często boi się mocniejszych emocji
  • Główny antagonista nie wykorzystuje swojego potencjału
  • Sceny akcji ustępują spokojniejszym momentom
Komentarze
2
Kresegoth
Gramowicz
Dzisiaj 17:47

Byłem wczoraj na premierze i zgadzam się, że ocena to coś rzędy 6,5-7, w zależności co i jak komu podejdzie. Moim największym problemem jest relacja z MJ, którą ona sama trafnie podsumowuje i daje punkt wyjściowy, by wreszcie zmienić obiekt zainteresowań, ale boję się, że w następnym filmie autorzy stchórzą i przywrócą status quo.

No fakt, przydałoby się tu trochę więcej mroku, ale z drugiej strony... kurczę, też mi to bardziej pasowałoby jako odcinek specjalny na Disney Plus jako łącznik i podbudowę dalszą Street Level (i nie tylko). 

Anyway, dałbym pewnie te 0,5 więcej te mruganie okiem. Chyba pierwszy "pająk" z Hollandem, który mi się naprawdę podobał.