1670 - recenzja 3. sezonu. Sami swoi

Jakub Piwoński
2026/08/08 10:00
0
0

Wracamy do Adamczychy – wsi mlekiem, miodem i kompleksami płynącej. Sprawdzamy, czy 1670 nadal bawi równie skutecznie i równie błyskotliwie.

Pamiętacie słynną scenę z Dnia Świra Marka Koterskiego i słowa Modlitwy Polaka? Jeśli bym ją przytoczył, musiałbym wstawić kilka gwiazdek. Przesłanie jest dalekie od altruizmu i chęci schlebiania bliźniemu, bo zakłada, że nam, Polakom, szczęście daje nieszczęście drugiego. To satyra, ale wywodząca się z przekonania, że źródłem takiego myślenia są nasze narodowe przywary i kompleksy. By je zrozumieć, trzeba sięgnąć bardzo głęboko w przeszłość. Jak głęboko? Powiedzmy, że wystarczy, że cofniemy się do XVII wieku i wielkiej Rzeczpospolitej szlacheckiej. Konkretny rok? Niech będzie 1670.

1670
1670

Upadek obyczajów w Rzeczpospolitej szlacheckiej

Nieprzypadkowo. Jest co najmniej kilka powodów, by tytuł przebojowego serialu Netfliksa potraktować bardziej symbolicznie niż dosłownie. Rok 1670 nie jest datą jednego przełomowego wydarzenia, lecz momentem, w którym wielki mit Rzeczypospolitej szlacheckiej zaczyna coraz wyraźniej rozmijać się z rzeczywistością. Po trawiącym Polskę potopie szwedzkim na tronie zasiada Michał Korybut Wiśniowiecki – postać, która odegra zresztą istotną rolę w trzecim sezonie – król wybrany w wolnej elekcji, ale pozbawiony realnej sprawczości, będący bardziej symbolem państwa pozoru niż silnej monarchii. Do ostatecznego upadku kraju pozostanie jeszcze ponad sto lat, lecz pierwsze pęknięcia są już doskonale widoczne. Jesteśmy skonfliktowani niemal z każdym sąsiadem i zmęczeni wojnami. Problem w tym, że szlachta nadal pręży muskuły, przekonana o własnej wyjątkowości. Wciąż łatwiej dostrzega zagrożenie w Tatarach czy Kozakach niż w samych sobie. A to właśnie pycha, krótkowzroczność i nieustanne przedkładanie prywatnego interesu nad dobro wspólne okażą się jej największym przeciwnikiem.

Idealny moment na taką satyrę wybrali więc Jakub Rużyłło oraz reżyserzy Maciej Buchwald i Kordian Kądziela. Równie trafiony okazał się moment premiery serialu. Mam bowiem wrażenie, że zdążyliśmy już zatęsknić za bezlitosnym wyśmiewaniem naszych narodowych wad. Stanisław Bareja od dawna nie kręci filmów, Świat według Kiepskich przeszedł do historii, a mimo to wciąż potrzebujemy krzywego zwierciadła, w którym możemy się przejrzeć. Takiego, które zamiast moralizować, po prostu każe nam śmiać się z samych siebie. I właśnie tę lukę 1670 wypełniło z zaskakującą łatwością.

1670
1670

Ja, szlachcic, czyli kto?

Mogłoby się wydawać, że intensywna konwencja, na której oparto serial, prędzej czy później stanie się dla twórców pułapką. W końcu niełatwo przez kolejne sezony utrzymać tempo, w którym niemal każda scena staje się pretekstem do kolejnego celnego gagu, ciętej riposty czy absurdalnej sytuacji. Taka formuła aż prosi się o zmęczenie materiału i powtarzalność. Nic bardziej mylnego. Trzeci sezon uważam za równie udany, a być może nawet najlepszy z dotychczasowych. Tym razem twórcy schodzą bowiem głębiej, docierając do sedna problemu, z którym od początku zmaga się rodzina Adamczewskich, a przede wszystkim Jan Paweł. Nie chodzi już wyłącznie o chciwość, pychę czy pazerność, ale o coś znacznie bardziej fundamentalnego – tożsamość.

Ci, którzy pamiętają finał drugiego sezonu, bez trudu odnajdą się w nowych odcinkach. Dla porządku przypomnijmy jednak, że w Adamczysze doszło do prawdziwego trzęsienia ziemi. Jan Paweł i Zofia pogrążyli się w małżeńskim kryzysie, Stanisław uciekł z córką Andrzeja, wybierając życie wędrownego aktora, los rozdzielił Anielę i Macieja, a Bogdan stracił nie tylko oko, ale i pamięć. Największa rewolucja dotyka jednak samego Jana Pawła. Wydarzenia z królewskich dożynek każą mu zmierzyć się z przeciwnikiem, z którym dotąd nie musiał walczyć – prawdą o własnym pochodzeniu i tożsamości. Człowiek, który przez całe życie był przekonany, że szlachectwo jest jego największym atutem, nagle musi udowodnić sobie i innym, że kto jak kto, ale to właśnie jego szabla jest największa.

1670
1670

Oświecenie nie musi iść w parze z rozwojem

Dotychczas opisuję ten serial tak, jakbym chciał oddać powagę sytuacji, wskazując, że wykorzystuje prawdę historyczną, by dotrzeć do prawdy o nas samych. Nie jestem jednak przekonany, czy celem Rużyłły była edukacja Polaków, czy raczej zachęcenie nas do nabrania zdrowego dystansu wobec samych siebie. Jednym z tematów tego sezonu jest rodzące się tuż za rogiem, między innymi za sprawą ignorancji szlachty, chłopskie powstanie. Jan Paweł z typową dla siebie swadą gasi je niczym zapałkę w najbardziej zaskakujący sposób – podczas płomiennej przemowy wyjaśnia, że przecież każdy z nas ma wady, więc… wracajmy do pracy. Hop, hop, hop.

GramTV przedstawia:

Pikanterii całej sytuacji dodaje fakt, że chłopom w głowach poprzewracała... edukacja uskuteczniana przez Anielę. Ta bowiem postanowiła pozostać wierna swoim postępowym ideałom i założyła we wsi szkołę dla chłopów. Wydawało jej się, że transparentność doprowadzi do akceptacji samych siebie, a wiedza pobudzi krytyczne myślenie. I pobudziła. Do powstania. Jaki z tego wniosek? Taki, że celem Rużyłły nie jest moralizowanie, bo – jak zauważa jego bohaterka – „nie ma co uszczęśliwiać na siłę”. To nieustanne mruganie oka do widza jest zasadniczym powodem, dla którego tak mocny serial, mimo że trafia w sedno, jednocześnie nas nie obraża.

Realizacyjnie to ponownie najwyższa klasa. Muszę przyznać, że jeden z największych atutów tej produkcji wiąże się nie tylko z tym, co chce nam powiedzieć, ale również z tym, jak przy tym wygląda. Jak na opowieść osadzoną w baroku przystało, mamy do czynienia ze scenograficznym przepychem, który w każdej scenie zachwyca dbałością o szczegóły. To samo można powiedzieć o kostiumach i kompozycjach kadrów. Zachęcam do robienia sobie czasem stopklatek, bo poszczególne ujęcia wyglądają tak dobrze, tak barwnie i tak malarsko, że aż proszą się o oprawienie w ramkę. Da się też zauważyć jeden niuans wynikający z oświetlenia – zdjęcia w tym sezonie są bardziej szorstkie i stonowane, co daje zaskakujący efekt.

1670
1670

Bartłomiej Topa to aktorski top

Myślę jednak, że podstawowy atut 1670 od trzech sezonów pozostaje w tym samym miejscu. To wybitne – podkreślam, wybitne – kreacje aktorskie zamieniają słowa Rużyłły w ciało, nadając sens również pracy specjalistów odpowiedzialnych za wyjątkową oprawę wizualną. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że Bartłomiej Topa, który przez długie lata funkcjonował raczej na obrzeżach polskiego przemysłu filmowego, tą rolą sięgnął szczytu. Każdy, nawet najsłabszy i najbardziej czerstwy żart, potrafi swoją mimiką oraz charakterystyczną mieszanką zdziwienia i niezrozumienia zamienić w żywe złoto. Plejada znakomitych postaci jest tu naprawdę ogromna, ale chciałbym wyróżnić również Michała Sikorskiego i jego Jakuba, który według mnie pozostaje drugą siłą tej serii, a także pochwalić rozwój postaci Bogdana, w którego wciela się Dobromir Dymecki z typową dla siebie skłonnością do absurdu. Aniela, grana przez Martynę Byczkowską, stanowi z kolei swoisty równoważnik tego serialu – postać, która pozwala nam na chwilę zejść na ziemię. Choć dobrze się ją ogląda, moim zdaniem otrzymała do zagrania najmniej interesujący materiał.

Jeśli jednym z pobocznych tematów nowego sezonu jest bunt chłopstwa przeciwko szlachcie, to innym – który zresztą już wcześniej zasygnalizowałem – pozostaje potrzeba edukacji i nauki. Serial rozpoczyna się w sposób przewrotny, bo od sceny przywodzącej na myśl… Odyseję kosmiczną. Ma ona tłumaczyć genezę specyficznego „gatunku” szlacheckiego, który najwyraźniej chyli się ku upadkowi. Nie przeszkadza mu to jednak marzyć o wielkich czynach, a jednym z nich okazuje się chęć podboju gwiazd. W jednej z najzabawniejszych scen nowego sezonu Jan Paweł organizuje jednemu z chłopów lot na Księżyc. Nie ma rakiety. Ale ma katapultę.

Rużyłło nie ma wątpliwości. Nie ma znaczenia, ile będziemy wiedzieć. Ważne, w jaką historię uwierzymy i jak silne okażą się nasze przekonania. Nawet szlachta nie była przecież wolna od „chłopskiego rozumu”.

8,0
1670 wciąż bawi do łez, ale za lawiną celnych żartów kryje się jeszcze bardziej trafna refleksja o polskiej tożsamości.
Plusy
  • Błyskotliwy scenariusz i dialogi, nadal jest w tym sporo pozytywnej energii
  • Świetne kreacje aktorskie, które wciąż wnoszą do serii jakość
  • Iście barokowa oprawa wizualna, bez której ten serial straciłby swój charakter
  • Umiejętnie łączy humor z refleksją - powaga niektórych scen i ich podtekst wręcz zaskakuje
Minusy
  • Aniela, pomimo tego, że jest z nich wszystkich najładniejsza, otrzymała najmniej interesujący wątek
  • Dla części widzów problemem może okazać się silne osadzenie serialu w polskim kontekście kulturowym
Komentarze
0



Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!