Przyspieszone tętno szybko uzależnia. Ale co naprawdę zyskujemy, stawiając czoła własnym lękom?
Jestem świeżo po przejściu Resident Evil 7: Biohazard i Village. Teraz ogrywam kultową dwójkę, a gdzieś na horyzoncie majaczy już Requiem. I to jest dla mnie dobry moment na refleksję o naturze grozy. Nie tylko tej filmowej, którą znam nieco dłużej, ale też tej interaktywnej, growej, która w ostatnich latach stała się dla mnie doświadczeniem intensywniejszym, bardziej bezpośrednim, trudniejszym do zignorowania.
Resident Evil Requiem
Wyjście ze strefy komfortu
Od zawsze nie mogę się nadziwić, że ciągnie nas do horrorów, że sami, na własne życzenie zanurzamy się w strachu, jakbyśmy go na co dzień mieli mało. Bo przecież sensu pozornie w tym nie ma żadnego – to sprawianie sobie nieprzyjemności poprzez świadome aplikowanie lęku, szoku i częstokroć także obrzydzenia. A jednak horrory powstają, będąc dla Hollywood zazwyczaj najbardziej opłacalnym gatunkiem - to jedyny rodzaj kina, który nie wymaga wielkich budżetów, by sięgnąć po kasowy sukces.
Zastanawia mnie, dlaczego w ogóle horrory są tworzone, a my z własnej nieprzymuszonej woli decydujemy się na ich oglądanie i ogrywanie. I kiedy próbuję odpowiedzieć sobie na to pytanie, widzę, że groza towarzyszy nam od dawna. Gdy gasło słońce, a my, otuleni nocą wpadaliśmy w objęcia Morfeusza, nierzadko nasze sny przybierały formę koszmarów.
Resident Evil 7: Biohazard
Strach ma wielkie oczy
Zanim pojawiło się kino, były mroczne baśnie i ludowe opowieści, które ostrzegały i straszyły. Wszak lęk, u swej definicji, jest właśnie takim sygnałem ostrzegawczym, czyli czymś co jest nam niezbędne, a jednak w nadmiarze może dać więcej niekorzyści, niż korzyści. Później przyszła literatura gotycka, a wraz z nią fascynacja tym, co ukryte, niepokojące, balansujące na granicy życia i śmierci. W kinie groza bardzo szybko znalazła swoje miejsce – niemiecki ekspresjonizm, cienie i zdeformowane przestrzenie, potwory w hollywoodzkim wydaniu. Z czasem w tym strachu zaczęliśmy dostrzegać dużo z naszych pęknięć i ułomności. Drogę tę przechodzą także gry. Od prostych jump scare’ów do opowieści, które grają na naszych emocjach znacznie subtelniej i znacznie głębiej.
Moja fascynacja horrorem zaskoczyła dość późno, ale gdy już zaskoczyła, to na dobre. Byłem dość strachliwym dzieckiem i nie będę tego ukrywać. Wyobraźnia pracowała u mnie aż za dobrze, często w złym kierunku. W głowie pojawiały się obrazy całkowicie nieprzydatne, siejące niepotrzebny ferment. W całym uwielbieniu do kina unikałem horroru jak ognia. Do czasu.
Wszystko zmienił amerykański Krąg. To był moment otwarcia. A Blair Witch Project był momentem ugruntowania, fatygującym jednak duszę znacznie. Dobrych kilka dni nie mogłem dojść do siebie. Uczucia tego, jakie dostąpiłem po tamtym seansie, nie potrafię przyrównać do niczego innego. Był to moment iluminacji. Jakbym odkrył na własnej skórze mroczniejszą część naszej rzeczywistości, która ujawnia się, gdy pewne emocje przekroczą bezpieczną granicę. I pamiętam bardzo wyraźnie, że obok autentycznego przerażenia pojawiło się coś jeszcze – duma i radość z dotrwania do końca.
Blair Witch Projekt
Uzależniające katharsis
To trochę taki paradoks, przyznacie, jakbyśmy sobie sami szpile wbijali i zadawali ból. Tak, horrory to poniekąd doznanie masochistyczne. Dobrowolne wystawianie się na niepokój, napięcie, przyspieszone bicie serca. Nie mam jednak wątpliwości, że prowadzi to do czegoś, co ma swój duchowy odpowiednik – katharsis. Jednym z najbardziej pierwotnych lęków jest strach przed śmiercią, a seanse horrorów to nic innego, jak konfrontacja z nim twarzą w twarz. Po przejściu tej granicy przechodzi jednak uwalniające oczyszczenia.
Okazuje się jednak, że istnieje też znacznie bardziej przyziemne uzasadnienie tego parcia na strach. Człowiek po prostu szuka wrażeń. Psychologia i medycyna nie pozostawiają tu wielkiego pola do domysłów. Jak już sugerowałem, strach jest jednym z najbardziej pierwotnych mechanizmów przetrwania. Kiedy mózg rozpoznaje zagrożenie – nawet fikcyjne – uruchamia reakcję „walcz albo uciekaj”. Wzrasta poziom adrenaliny, przyspiesza tętno, wyostrzają się zmysły. A kiedy napięcie opada i uświadamiamy sobie, że jesteśmy bezpieczni, organizm nagradza nas wyrzutem dopaminy i endorfin. Pojawia się ulga, czasem wręcz euforia.
GramTV przedstawia:
W kontrolowanych warunkach strach staje się więc czymś w rodzaju treningu. Ćwiczymy reakcję na zagrożenie, ale bez realnych konsekwencji. To dlatego doświadczenie grozy bywa tak intensywne – i tak zaskakująco przyjemne w swoim finale. Właśnie dlatego nazywam to emocjonalną siłownią. Sprawdzenie się w warunkach ekstremalnych. Test dla umysłu. Test niezłomności. Wyjście ze strefy komfortu i poczucie gęsiej skórki. Ci, którzy – podobnie jak ja – praktykują zimne prysznice, wiedzą, w czym rzecz. Chwilowe uczucie zimna zamienia się później w ciepło. Pokonałeś opór, ciało się zahartowało. Z lękiem jest podobnie.
Krąg
Emocjonalna siłownia
Ostatnio natrafiłem na niezwykle celny cytat i zamierzam go tu użyć. Haley Z. Boston, reżyserka nadchodzącego serialu Netflix, powiedziała coś, z czym zgadzam się w stu procentach:
To naturalny sposób na przetwarzanie emocji i własnego zrozumienia świata. Horror pozwala eksplorować tabu i dać naszym lękom konkretną siłę.
Odwracamy pryzmat. Patrząc na horror z tej perspektywy znika myślenie, jakoby było dawkowanie sobie nieprzyjemności. To raczej lekcja przetrwania, dająca konkretne, pragmatyczne zdolności.
W grach ta intensywność zostaje dodatkowo podkręcona. Immersja sprawia, że napięcie jest silniejsze. W filmie mogę schować się za plecami bohatera. W grze to ja otwieram drzwi. To ja schodzę do piwnicy. To ja decyduję, czy zrobić krok w ciemność. Dlatego wiem także na bazie własnych doświadczeń, że osoby skłonne do nerwicy powinny raczej horrorów unikać. Zwłaszcza tych interaktywnych. Bo jeśli dystans nie jest wypracowany, intensywność doznań może przytłoczyć.
Resident Evil Village
Strach krzepi
Satysfakcji będącej wynikiem dobrnięcia do świstaka nie da się jednak do niczego porównać. Nie da się ukryć, że podobnie jak każde wyzwanie naznaczone adrenaliną, może to być uzależniające. Ale to uzależnienie od przekraczania własnych granic. Od sprawdzania, czy jeszcze dam radę. Horror – filmowy czy growy – pozostaje kontrolowaną dawką ożywczego strachu. A kiedy wychodzę z tej konfrontacji, czuję coś więcej niż ulgę. Czuję, że przeszedłem przez mrok i wróciłem. I że następnym razem zrobię to z jeszcze większą świadomością.
Na koniec, wszystkim planującym zmagania przy nadchodzącym Requiem życzę… powodzenia.
Dziennikarz filmowy z otwartym podejściem do kina i popkultury. Science fiction w każdej postaci przeplata seansami klasyki. Gdy akurat nie gra w Diablo 4, nie pogardzi dobrym komiksem i książką.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!