Nowy eksperyment Koei Tecmo pokazuje, jak bardzo cienka granica jest między wskrzeszeniem marki a bezdusznym jej wykorzystaniem na nowej platformie
Gdy ktoś mówi mi „Dead or Alive”, to mam w głowie trzy rzeczy. Pierwszym jest zespół, który nagrał słynne „You Spin Me Round (Like a Record)”. Drugą jest gameplay z którejś części gry okraszony utworem „Butterfly” zespołu Crazy Town. Trzecią jest film będący ekranizacją gry… który był naprawdę słabej jakości.
Nie ukrywam, że takie powroty do przeszłości w bijatykach zawsze traktuję jako nadzieję na to, aby niektóre zapomniane serie przywrócić w glorii i chwale. Biorąc pod uwagę, ile jest różnych tytułów, to i tak większość graczy powie: Street Fighter, Tekken i Mortal Kombat w dowolnej kolejności. O Dead or Alive większość właściwie zapomniała, ale z drugiej strony trzeba przyznać… że nie do końca o bicie się tam też chodziło.
Niemniej jednak Team Ninja postanowiło wskrzesić Dead or Alive 6 i wypuścić grę na obecne platformy. Przy okazji udowadniając wszystkim, że bezduszne cashgraby to totalna odwrotność tego, czego gracze w takim wypadku oczekują od tego typu powrotów.
Może to i lepiej, że to Ostatnia Runda…
Tak jak możecie się już domyślić, w przypadku Dead or Alive 6: Last Round nie będzie to pełnoprawna recenzja gry. Głównie dlatego, że gdyby jeszcze posiadała całą masę nowych elementów, które warto wziąć pod uwagę (lub też byłby to pełnoprawny remake/remaster), to zasadniczo chętnie bym się tego wyzwania podjął. Natomiast trzeba sobie powiedzieć, że jest to po prostu port gry z PlayStation 4 (a dokładniej o dziwo piątki) z kilkoma dodatkami, tak aby gracz lekko poczuł, iż jest to odświeżony produkt… ale bez przesady.
Bowiem kto grał w Dead or Alive, ten wie, że seria sama w sobie pod względem rozgrywki to bijatyka, ale idąc nieco głębiej, to również miało drugie dno, o którym wszyscy dobrze wiedzą. Nie jestem również w pozycji, aby rozstrzygać, czy to dobrze, czy to źle – właściwie dla mnie zawsze najważniejszy w tym przypadku był core rozgrywki, a i możliwość przebijania się przez kolejne poziomy aren czy wykorzystywanie elementów otoczenia w połączeniu z łatwością sterowania sprawiały, że rozgrywka była zaskakująco przyjemna.
I tego nadal trudno odmówić samej grze, bowiem jakby tak pograć, czy to w tryb fabularny, czy to w tryby czysto arcade (time attack, survival również), to jako luźna „klepanka” DoA nadal ma swój urok, choć mam wrażenie, że w dobie dzisiejszych bijatyk można ją przyrównać do Virtua Fighter 5. Problem w tym, że VF sam w sobie (poza wersją esportową oraz World Stage) to gra z czasów PS3, więc można jej wybaczyć pewne elementy z przeszłości, nawet jeśli zostały one wyprostowane w wersji na PS5. Tutaj niestety próżno szukać jakichkolwiek dodatkowych usprawnień w ramach samej gry.
Tutaj chciałem nawet wrzucić Wam screeny z kampanii Dead or Alive 6: Last Round, ale niestety – gra w momencie włączenia Story Mode blokuje tę możliwość. Tak zwyczajnie, po prostu nie da się. Na szczęście można zrobić kilka ujęć w innych trybach, bo jak dobrze wiadomo… photo mode to najważniejszy element tej gry.
GramTV przedstawia:
Natomiast trzeba to sobie jasno powiedzieć: Dead or Alive 6: Last Round to tak naprawdę nic poza tym, co już dobrze znamy z wersji na PlayStation 4, z delikatnie podkręconą grafiką do wyższych rozdzielczości, żeby rozmycia nie było aż tak widać. Menu-sy właściwie wyglądają jak z wersji z poprzedniej generacji, brak rollbacku netcode w walkach sieciowych nadal robi swoje, a czasami gra potrafi niesamowicie zaskoczyć jakimiś glitchami oraz brzydotą. Koniec końców, to tak naprawdę bardzo leniwy port, który zrozumiałbym w przypadku przeniesienia wersji z PSP na PS5 (co ma miejsce w przypadku niektórych klasyków i… nawet to działa, chociażby przy takim Tekkenie 6 z konsolki przenośnej).
Już kompletnie pomijam bokiem fakt dużego zamieszania związanego z ponownym odblokowywaniem za pieniądze zawartości już wcześniej zakupionej. Jest to tak pokręcone na wielu płaszczyznach, że trudno powiedzieć, na ile to problem związany z kodem w sklepie, a na ile z chciwością Koei Tecmo. A może to jednak wynik obu elementów? Trudno powiedzieć. Dlatego tym bardziej szkoda, że gracze, którzy wspierali serię od jakiegoś czasu, zostali tak jakby postawieni w bardzo problematycznym położeniu.
Mówimy tu jednak o grze, która jeszcze chwilę temu była reklamowana poniekąd jako wersja „najpełniejsza”, „ostateczna”… tak właściwie nowa odsłona serii. O czymś, co miało podgrzać atmosferę wśród fanów serii, która miała lata świetności zdecydowanie za sobą, bo samo Dead or Alive 6 (czy to w wersji płatnej, czy bezpłatnej) raczej rynku nie zwojowało, skoro dopiero po tylu latach udało się osiągnąć kamień milowy w postaci jednego miliona graczy.
Dlatego też można co prawda pograć, nawet dobrze się bawić, ale zasadniczo jest to bardzo dziwna sytuacja, którą trudno popierać, nawet będąc miłośnikiem bijatyk.
To mógł być naprawdę dobry powrót marki Dead or Alive i przyczynek do czegoś więcej…
Wiecie, co jest w tym wszystkim najgorsze? Miałem wrażenie, że podobnie jak miało to miejsce w przypadku Virtua Fighter V: R.E.V.O. World Stage, otrzymamy ten sam, ale lepszy produkt na dzisiejsze czasy. SEGA bowiem wzięła za fraki ekipę od VFa i, przy okazji prac nad kolejną odsłoną z RGG Studio, nie tylko przerobiła grę, ale też zaproponowała esportowy system. Co prawda, nadal daleko temu tytułowi do Street Fightera czy Tekkena pod względem popularności, ale napracowanie warto docenić.
W przypadku Dead or Alive 6: Last Round powiedziałbym, że lepiej, aby seria była „dead” niż „alive”. Nawet nie oczekując od Team Ninja tego, aby jako bijatyka DoA broniła się lepiej (bo wiemy, że nie jest to główny cel tej gry), po prostu dostajemy port na nową generację słabej jakości. Taki zrobiony bardzo po macoszemu, którego głównym elementem jest tak bardzo potrzebny w bijatykach photo mode (tak, wiem, że o to też chodzi).
Dlatego też zdecydowanie odpuściłbym sobie zakup portu na PlayStation 5. Głównie po to, aby być elementarnie przyzwoitym i nie wspierać takiej strategii skierowanej w stronę fanów bijatyk, którzy są bardzo oddaną społecznością. Nadal jednak mam nadzieję, że kiedyś Dead or Alive doczeka się kolejnej gry z serii z prawdziwego zdarzenia, ponieważ nawet w przypadku tak dobrze znanych marek boli pisanie w sposób negatywny.
3,5
Od "Ostatniej Rundy" można było oczekiwać o wiele więcej, a tak pograć można, ale zdecydowanie nie trzeba.
Plusy
Nadal w Dead or Alive można zagrać i poziom wejścia jest całkiem niski...
Kanapowo również można się trochę pobawić ze znajomymi 1v1.
No niech będzie ten photo mode.
Minusy
To tak naprawdę bardzo leniwy port z PS4.
Lekki graficzny upgrade w trakcie walk, ale zapomniano o całej reszcie...
Problemy z netcode, glitche na ekranie oraz inne atrakcje, które nie przystoją odświeżonej wersji.
Nieporozumienie w kontekście zakupionej wcześniej zawartości, którą trzeba kupić ponownie.
Z-ca Redaktora Naczelnego Gram.pl. Wielbiciel wyścigów, bijatyk i tych gier, które zasadniczo nikogo. To ja zacząłem ruch #GrajciewYakuzę. Po godzinach fan muzyki niezależnej i kuchni koreańskiej.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!