Od ostatniego filmu z Jamesem Bondem minęło już dobrych kilka lat (czyli mniej więcej cztery). Od ostatniej gry z Agentem 007 minęło dobrych kilkanaście lat (w teorii czternaście, w praktyce… trzy).
James Bond wraca do gry… dosłownie! Sprawdzamy, czy warto wybrać się na nieco dłuższy, o wiele bardziej interaktywny film o początkach Agenta 007 od IO Interactive.
Od ostatniego filmu z Jamesem Bondem minęło już dobrych kilka lat (czyli mniej więcej cztery). Od ostatniej gry z Agentem 007 minęło dobrych kilkanaście lat (w teorii czternaście, w praktyce… trzy).
Od pierwszej zapowiedzi, że IO Interactive bierze się za licencję związaną z najsłynniejszym brytyjskim szpiegiem, minęło już trochę czasu. Do tego stopnia, że niektórzy zaczęli nieufnie spoglądać w stronę twórców serii Hitman i wątpić w powodzenie tej misji. Powodów było kilka, a najwięcej z nich było związanych z charakterystycznym Łysolem, który w bardzo podobny (choć o wiele brutalniejszy) sposób rozwiązuje swoje problemy.
007: First Light to nowy początek dla gier z Jamesem Bondem i powiem to już na starcie – jest to zaskakująco dobry początek nowej, większej serii. Co prawda nie wszystko wyszło idealnie, a także inspiracji przygodami wcześniej wspomnianego gagatka z Rumunii widać tutaj wiele, ale takiej gry nastawionej na akcję chyba było nam w przestrzeni growej potrzebne.
Jako że jest to wstęp do poniekąd nowego początku przygód Jamesa Bonda, musi być widowiskowo. W trakcie misji grupy uderzeniowej SAS dochodzi do wypadku, z którego cało wychodzi tylko nasz bohater, a głównym zadaniem jest odbicie ośrodka badawczego MI6 przejętego przez terrorystów. Sprawa się komplikuje, a agencja przejmuje kontrolę nad operacją… rozpoczynającą drogę Bonda w kierunku zdobycia statusu agenta o numerze „00”. Okazuje się również, iż jest to wstęp do o wiele większego problemu na skalę międzynarodową.
Od strony fabularnej muszę przyznać, że na samym początku było dość wyboiście.
Głównie dlatego, że pierwsze godziny to wstęp do historii, w którym z jednej strony nadal kojarzymy sporą część załogi MI6 z filmów czy powieści Fleminga… I nadal musimy nam się to wszystko na nowo przegryźć. Z czasem jednak historia zaczęła mnie coraz bardziej interesować nie tyle ze względu na ogromną zawiłość i chwytanie za gardło w odpowiednich momentach, a raczej ze względu na widowiskowość oraz poruszanie mocno popularnych dzisiaj tematów. Co prawda, trzeba tutaj mocno zawiesić niewiarę w jednej bardzo ważnej kwestii, ale hej – to gra akcji i pewne rzeczy zwyczajnie mogą przejść, nawet jeśli trochę mogą zaprzeczać logice.
Trochę zabrakło mi również w starciach z bossami większej dozy elementów zręcznościowych poza wykorzystywaniem konkretnych mechanik, aby móc sobie z nimi poradzić. Bo, czego by nie mówić, dobry brawl (których tu nie brakuje tak ogólnie) byłby momentami lepszy niż bieganie za włącznikami. Niemniej jednak powiedzmy, że w tej formule sprawdza się to całkiem przyzwoicie jak na film, w którym gramy główną rolę i wykonujemy pewne elementy tak, jak skrypt mniej więcej tego od nas wymaga (łącznie z QTE, chociaż te nawet można wyłączyć).
I o ile powiedzenie, że 007: First Light to tak naprawdę mariaż serii Hitman z Uncharted byłoby niesamowitym spłyceniem wielu elementów zabawy, to jest w tym bardzo dużo prawdy. Trudno byłoby bowiem IOI ukryć fakt przekładania pewnych mechanik rozgrywki z poprzednich gier, gdy nie dość, że przez te lata dopracowali je w jakiś sposób do perfekcji, to jeszcze one tutaj niesamowicie dobrze pasują w ogólnym rozrachunku. Z kolei ta „unchartedowość” również w tym obrazku pasuje – James Bond w środkach nie przebiera, a całość ma przypominać interaktywny film o jego przygodach i Duńczycy byli tego świadomi. Są pościgi, są wybuchy, są walki z bossami i flirtujący na każdym kroku młody, bardzo niedoświadczony agent Jej Królewskiej Mości.
Rozkładając jednak wszystko na czynniki pierwsze, zacznę od tego, co w tym obrazku jest z Hitmana najwięcej.
Głównie pod względem eksploracji oraz znajdowania różnych sposobów na pokonanie przeróżnych przeszkód w różnych lokacjach. W odróżnieniu od World of Assassination musimy odnaleźć poszczególne „historie” sami, kręcąc się po lokacjach i podsłuchując przeróżne rozmowy NPC. Nie zawsze oznacza to jednak, że dostaniemy rozwiązanie jak na tacy. Wtedy pozostaje stare, dobrze znane zwiedzanie miejscówek w poszukiwaniu zarówno przedmiotu, jak i osoby. Jednak większość podpowiedzi działa mniej więcej tak, jak w Hitmanie, z oznaczeniem konkretnego miejsca w lokacji, gdy podejrzymy sobie wszystko w Q Lens (trochę jak tryb instynktu, ale tutaj uzasadniony specjalnymi soczewkami). Na pytanie, czy można zmienić wszystko tak, aby podpowiedzi było jak najmniej…, odpowiedź brzmi tak. Pod tym względem ta plastyczność w dostosowywaniu się do wyzwań działa w podobny sposób. Problem w tym, że na wiele różnych miejscówek związanych z mnogością rozwiązań jest niewiele na dystansie First Light. Nie przeszkadza to jakoś mocno (tym bardziej że Hitman 3 był o wiele bardziej liniowy niż pozostałe odsłony), ale jeśli ktoś spodziewał się powtórki z rozrywki i otwartego wymiaru poszczególnych rozdziałów tej historii (jak w Hitman 1 i 2), to można tu mówić o lekkim rozczarowaniu.
Za to plusem w kwestii eksploracji oraz działania jest fakt, że z dużą radością przyjąłem chociażby możliwość oskubania kogoś z karty dostępu czy klucza potrzebnego do przejścia w niedostępne rejony. Podobnie jak odwrócenie uwagi za pomocą gadżetów Bonda, które posiada w swoim zegarku przygotowanym przez Q. Podobnie jak wykorzystywanie „energii” do przegadania czy zwabienia strażników (coś, co czasami w Hitmanie by się przydało), ale również późniejsze wykorzystywanie trybu skupienia podczas strzelania.
Tutaj małe wtrącenie – 007: First Light to pierwsza gra od bardzo dawna, która ma… bardzo dużo product placementów prawdziwych marek. Dobrze wiemy, że jak zegarek, to Omega. Jak samochód, to Aston Martin. Jak hotel, to… sami sobie dokończcie.
Zresztą kwestia gadżetów to również element, nad którym warto się pochylić nieco dłużej, ponieważ można sobie zadać pytanie… czego konkretnie po tym elemencie zabawy każdy z osobna sobie wyobraża.
Z jednej strony bowiem konieczność uzupełniania zapasów energii elektrycznej oraz chemicznej do ich wykorzystania jest zrozumiała, ale na domyślnym poziomie trudności w sytuacjach krytycznych tych przeróżnych surowców jest wręcz zatrważająca ich ilość. Do tego stopnia, że momentami można byłoby sobie spokojnie odpuścić strzelanie z broni, a używać tylko strzałek wywołujących nudności albo walić laserem w oczy. Z drugiej strony to gra akcji – zasadniczo pewnego rodzaju fantazja, która ma pozwolić nam na odrobinę zabawy bez myślenia o realizmie, więc nie powinienem jakoś mocno na to narzekać, a zachować pewnego rodzaju hardkorowość w elementach iście szpiegowskich na najwyższym poziomie trudności.
Inną kwestią jest walka wręcz, w której nasz agent momentami staje się o wiele bardziej kruchy, niż mogłoby się nam wydawać. Na ile jest to kwestia braku odpowiedniej wprawy przy krótkim stażu w MI6, a na ile niedoskonałości poziomów trudności, trudno powiedzieć, ale wystarczą trzy, może cztery przyjęte ciosy, aby Bond padł na ziemię. I o ile ten system walki po jego opanowaniu jest mocno satysfakcjonujący zwłaszcza przy większym zamieszaniu, tak pewne niedoskonałości w postaci braku odpowiedniego, miękkiego zablokowania naszej uwagi na konkretnym przeciwniku czy też konkretnego lock-on na jednym sprawiają, że poruszanie się w trakcie tego typu pojedynków może być momentami frustrujące.
Zostaje strzelanie i tutaj warto pamiętać, że walka bronią palną jest możliwa wyłącznie w trybie „Licence to Kill”. Wtedy Bond dostaje pozwolenie na odpowiedź ogniem w przypadku bezpośredniego zagrożenia życia, a my możemy siać z przydzielonej (lub ukradzionej) broni na lewo i prawo. Dobra wiadomość jest taka, że model strzelania w 007: First Light nie jest zły w bezpośrednim porównaniu z Hitman: World of Assassination. Widać bowiem, iż całość była przygotowana z myślą o tych rozwiązaniach i dlatego też jest na tyle dobra, że nie ma tu mowy o frustracji wynikającej z samej akcji. Tym bardziej w momentach, w których mamy możliwość wysadzenia czegoś w powietrze lub wykorzystania elementów otoczenia na naszą korzyść – wtedy silnik Glacier pokazuje swoje pazury.
Gdzie są więc minusy? Chociażby w tym, że każda sztuka broni z danej kategorii ma zaskakująco inny rodzaj amunicji. Dlatego też, jeśli upatrzyliśmy sobie bieganie z konkretnym karabinem szturmowym oraz pistoletem (załóżmy, że to nasz Service Pistol), to będziemy musieli również szukać tej konkretnej broni, gdyby nam pestek zabrakło. Dlatego też rotacja bronią tutaj jest nader częsta, a konieczność rzucenia naszą z pustym magazynkiem czy wyrwania nowej przeciwnikowi odbywa się cały czas. Dość dziwna decyzja w przypadku gier akcji, ale cóż poradzić.
Ciekawostką w przypadku 007: First Light jest fakt, że w grze obok tradycyjnej fabularnej strony mamy również Tactical Simulations – moduł, w którym James Bond może sprawdzać się w przeróżnych sytuacjach bojowych i szkolić swoje umiejętności.
Pierwsze skojarzenie? Jeśli wiecie mniej więcej, czym jest w Hitman: World of Assassination tryb Arcade lekko pomieszany z Freelancerem (bo jednak miejscówka mocno przypomina kryjówkę), to macie swoją odpowiedź. Czy to źle? Ani trochę, ponieważ zabawa jest przednia, a to dobra możliwość, by nauczyć się chociażby tego, jakie ciosy mamy do dyspozycji podczas walki wręcz. Każde zadanie to jakieś wyzwania (tak, podsumowanie bardzo podobne do Hitmana również występuje), a i ukończenie misji daje nam punkty do wymiany na broń, gadżety, ulepszenia czy elementy personalizacji Bonda.
Tutaj jednak warto zaznaczyć, iż lepiej jest wrócić do TacSima po przejściu fabuły First Light, głównie dlatego, że wiele elementów związanych z tym modułem to również momentami inne podejście do misji fabularnych. Dlatego też spokojnie, będzie jeszcze trochę zabawy. Tym bardziej, że IO Interactive już delikatnie zaznacza, czego można się spodziewać w najbliższym czasie.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!