Hokum - recenzja filmu. Ciemniej nie znaczy mroczniej

Jakub Piwoński
2026/07/26 12:00
0
0

Film z dużym opóźnieniem w końcu trafia w nasze ręce. Nie do kin, lecz prosto na VOD. Czy warto było czekać i czy faktycznie mamy do czynienia z jednym z najlepszych horrorów tego roku?

Znamy ten schemat. Pisarz przybywa do tajemniczego hotelu w poszukiwaniu inspiracji, ale także po to, by zmierzyć się z własnymi traumami. Z każdą minutą atmosfera gęstnieje – nie tylko za sprawą sekretów skrywanych przez mury budynku, lecz również demonów drzemiących w głowie bohatera. To koncept wyeksploatowany, ale wciąż skuteczny i niezwykle wdzięczny dla horroru. Problem w tym, że czasami zgaszenie światła i wręczenie bohaterowi starej lampy to po prostu za mało, by podtrzymać grozę.

Hokum
Hokum

Hokum – to nie jest horror roku

Po takich filmach jak Obsesja czy Backrooms. Bez wyjścia poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko. To właśnie one definiują horrorowy rok 2026 – łącząc sukces komercyjny z wyraźną autorską wizją i świeżością, którą wnoszą twórcy wywodzący się z YouTube'a. Jak na ich tle wypada Hokum?

Niestety, już na pierwszym etapie zawodzi. Mam tu na myśli dostępność dla widza. Z tak fatalną dystrybucją film właściwie nie miał szans zawojować kin. Powstał za skromne 5 mln dolarów, więc wynik box office na poziomie 24 mln można uznać za przyzwoity. W realiach Hollywood i przy obecnej popularności horrorów trudno jednak mówić o sukcesie. Dziś nawet przeciętne produkcje potrafią zarabiać fortunę, jeśli tylko oferują skuteczne straszaki. Dla porównania – Obsesja zarobiła ponad 450 razy więcej, niż wyniósł jej budżet. Hokum pomnożył go zaledwie kilkukrotnie.

Na tle dwóch największych horrorowych sukcesów roku przegrywa więc z kretesem. Swoją cegiełkę dołożyli także polscy dystrybutorzy. Na świecie film wprowadzał do kin Neon, u nas odpowiadać za to miał Monolith Films. Nie wiem, co ostatecznie poszło nie tak, ale seansu na dużym ekranie się nie doczekaliśmy, mimo że kampania promocyjna ruszyła już na początku roku. Zwiastun jasno zapowiadał majową premierę kinową. Ostatecznie Hokum trafił wyłącznie do serwisów VOD.

Hokum
Hokum

Jest trauma, jest groza

Czy warto było czekać? Odpowiedź brzmi: i tak, i nie. Po seansie zacząłem podejrzewać, że dystrybutor ostatecznie sam zwątpił w komercyjny potencjał filmu. I nie chodzi wyłącznie o jego ogólną jakość. Zacznijmy od czegoś, co teoretycznie powinno mieć drugorzędne znaczenie. Hokum jest po prostu potwornie ciemny. Naprawdę niewiele w nim widać. Oczywiście taki był zamysł twórców, ale warto pamiętać, że obraz w kinie naturalnie wydaje się jeszcze ciemniejszy. Można więc zacząć zastanawiać się, czy ten film rzeczywiście nadawał się do wyświetlania na wielkim ekranie. Nie sądzę jednak, by właśnie ten argument przesądził o jego dystrybucyjnym losie.

Tę wszechobecną ciemność można zresztą odczytywać metaforycznie. Damian McCarthy pokazuje Hokum tak, jakby sam bał się ujawnić własne pomysły. Skrzętnie ukrywa wszystkie strachy, nie pozwalając im wybrzmieć w pełnej krasie. Owszem, dzięki temu miejscami skutecznie buduje atmosferę i jeśli po latach coś z tego filmu zapamiętam, będzie to właśnie jego gęsty, mroczny klimat. Z drugiej strony, kiedy uświadomimy sobie, że praktycznie nigdy nie dochodzi tu do prawdziwej konfrontacji z zagrożeniem, trudno oprzeć się wrażeniu, że ta nieustannie opuszczona kurtyna ma przykryć braki scenariusza. Niestety coraz bardziej skłaniam się właśnie ku takiej interpretacji.

Hokum bazuje na sprawdzonych schematach i przez większość czasu skutecznie wodzi widza za nos. Obiecuje wiele, ale ostatecznie nie wywiązuje się z umów zawartych z widzem. Można oczywiście argumentować, że taka była intencja autora – że przyzwyczajeni do wielkich finałów oczekujemy czegoś, czego ten horror świadomie nie chce nam dać. Patrzę jednak na to bardziej pragmatycznie. Dla mnie to przede wszystkim dowód ograniczeń – zarówno budżetowych, jak i, co ważniejsze, koncepcyjnych.

Hokum
Hokum

Strachy na lachy

Jest jedna scena, która najlepiej oddaje założenia tego filmu. Jej największym problemem jest jednak to, że... zbyt szybko się kończy, zapraszając nas do poznania dalszej historii. Mam na myśli sekwencję otwierającą.

GramTV przedstawia:

Przenosimy się do umysłu głównego bohatera – pisarza, dla którego twórczość staje się narzędziem walki z własnymi demonami. Montaż prowadzi nas przez proces pisania, przerywany kolejnymi łykami whisky. W jego wyobraźni trafiamy na pustynię, gdzie dwójka wycieńczonych podróżników poszukuje skarbu. W pewnym momencie odczytanie dalszej części mapy, zamkniętej w szklanej butelce, staje się możliwe tylko wtedy, gdy jeden z bohaterów – dorosły albo towarzyszące mu dziecko – rozbije ją sobie na głowie. Nie ma innego sposobu.

Ten moralny dylemat staje się punktem wyjścia dla całego Hokum, stając się też jego idealną klamrą. To właśnie w nim kryje się największa groza, jakiej doświadczamy podczas seansu. Wszystko, co następuje później, okazuje się już jedynie serią mniej lub bardziej udanych jumpscare'ów. Scena otwierająca działa więc znakomicie jako wizytówka filmu, ale jednocześnie staje się niechlubną metaforą pracy nad scenariuszem. McCarthy nie zdecydował się na poświęcenie. Nie rozbił tej butelki za wszelką cenę. Nie odnalazł drogi do emocji widza, a chwilami odnosiłem wręcz wrażenie, że nawet nie próbował. Zamiast rozwijać intrygujące pomysły, woli zasłaniać je tajemniczością i pozostawić w zawieszeniu.

Hokum
Hokum

Kto zgasił światło?

Momentami czułem się podczas seansu jak w ostatnich odsłonach serii Resident Evil – paradoksalnie tych najlepszych. W siódmej i ósmej części poznajemy Ethana Wintersa, zwykłego człowieka, który trafia do miejsc przesiąkniętych złem i stopniowo odkrywa ich sekrety. Pomysł z wejściem do zamkniętego od lat pokoju nowożeńców, który okazuje się czymś na kształt escape roomu, aż prosi się o wykorzystanie w grze wideo. W kinie to jednak za mało. Tutaj potrzeba jeszcze odpowiedniego tempa, eskalacji napięcia i satysfakcjonującej kulminacji.

Podczas seansu nieustannie wracało do mnie również skojarzenie z Sekretnym oknem, nieco zapomnianym horrorem opartym na prozie Stephena Kinga. W Hokum czuć zresztą wyraźny kingowski klimat – z Lśnieniem na czele jako najbardziej oczywistą inspiracją. Problem polega na tym, że McCarthy potrafi napięcie zbudować, ale nie umie go później utrzymać ani właściwie wykorzystać.

W Sekretnym oknie mieliśmy Johnny'ego Deppa. Tutaj główną rolę gra Adam Scott. To nie jest zły występ, ale też nie taki, który zapisze się w jego filmografii. Problem leży przede wszystkim w samej konstrukcji postaci. Bohater usiłuje być antypatyczny, lecz Scottowi zwyczajnie trudno w to uwierzyć. Jego ekranowa obecność z natury jest spokojna, wycofana i nieco zagubiona – doskonale wykorzystano to choćby w Rozdzieleniu. Tym razem bohater wymagał znacznie większej szorstkości i bogatszej palety emocji, której aktorowi momentami po prostu zabrakło.

Dobre chęci to za mało

Jest w tym filmie scena, w której bohater ucieka przed główną zjawą. Wydaje się, że za chwilę dojdzie do długo wyczekiwanej konfrontacji... i wtedy następuje cięcie. Hokum nawet nie próbuje ukrywać, że nie potrafi postawić kropki nad „i". Damian McCarthy ma wyrazisty styl i potrafi stworzyć sugestywną atmosferę, zgoda, ale to za mało. Do tego dochodzi kilka irytujących głupotek i logicznych niedociągnięć (choćby pytanie, dlaczego skrupulatnie zamkniętym pokoju przez cały czas pali się światło), przez co Hokum pozostawia po sobie przede wszystkim wrażenie filmu niedopracowanego. Takiego, który miał naprawdę spory potencjał, lecz ostatecznie zabrakło mu odwagi, by go w pełni wykorzystać.

5,0
Pierwsze kilka minut Hokum zapowiada jeden z najciekawszych horrorów roku. Szkoda tylko, że po znakomitym otwarciu przed widzem pozostaje jeszcze półtorej godziny przeciętnego filmu.
Plusy
  • Bardzo dobrze zrealizowana oprawa dźwiękowa
  • ilka jumpscare'ów "wchodzi" zaskakująco skutecznie
  • Klimat intryguje i zostaje po seansie
Minusy
  • Adam Scott nie przekonuje w roli wymagającej większej szorstkości i niejednoznaczności
  • Film długo buduje atmosferę, ale ostatecznie oferuje zbyt mało w zamian
  • Świetny punkt wyjścia zostaje zmarnowany przez zachowawczy scenariusz
  • Zamieszanie wokół dystrybucji nieprzypadkowo odzwierciedla ograniczony potencjał filmu
  • Przesadnie eksponowana symbolika
Komentarze
0



Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!