Avatar – seria science fiction, z której śmiejemy się po cichu. Jak to możliwe, że wciąż wygrywa?

Jakub Piwoński
2026/01/21 17:00
1
0

Jak mówią słowa pewnej piosenki: „fantazja jest od tego, aby bawić się na całego”. No i się zabawiliśmy — do kin poszliśmy tłumnie.

Byłem w kinie na wszystkich odsłonach serii Jamesa Camerona. Od początku czułem, że Avatar to coś więcej, niż kolejny film w kinie. To wydarzenie, które celebrowało naszą obecność w ciemnej, kinowej sali. Na pierwszy film poszedłem z czystej ciekawości i ekscytacji. Na drugi — wiedząc już mniej więcej, czego mogę się spodziewać — raczej w ramach dziennikarskiej rzetelności, licząc po cichu, że twórca zdoła mnie jeszcze czymś zaskoczyć. Na trzeci wybrałem się już tylko dlatego, że mój sceptycyzm przegrał z faktami. Skoro widownia po raz trzeci masowo zdecydowała się obejrzeć — w gruncie rzeczy — bardzo podobny film, nie pozostało mi nic innego, jak sprawdzić, co leży u źródeł tego fenomenu.

Avatar
Avatar

Kino jako obietnica eskapizmu

Avatar: Ogień i popiół obejrzałem kilka tygodni po premierze, gdy kurz już nieco opadł. Sala nie była wypełniona po brzegi. Na nosie — obowiązkowo — wylądowały okulary 3D. Film się nie dłużył, choć trwał ponad trzy godziny. Fotel nie uwierał, choć przyznam, że raz zamknęły mi się oczy — raczej ze zmęczenia niż z nudy. Udzieliła mi się pogodna atmosfera domu rodziny Sullych, po raz kolejny urzekły mnie kolory i bogactwo fauny i flory Pandory. Przeciwnicy nie przestraszyli, choć nie wiem, czy mieli taki cel. Fizyka działała tu z tą samą siłą co metafizyka i duchowe odniesienia. A jednak pokutującego wrażenia, że obcuję z dziełem w pełni odtwórczym fabularnie, nie potrafiłem się pozbyć.

Avatar
Avatar

Powrót Króla

Pytanie, które stawiam dziś, brzmi dokładnie tak samo jak siedemnaście lat temu, gdy wychodziłem z wypełnionego po brzegi IMAX-a po pierwszym Avatarze. Zastanawiałem się wówczas, czy James Cameron nie miał nic więcej do powiedzenia — czy może po prostu nie chciał mówić więcej, bo doskonale wiedział, że powiedzenie dokładnie tyle i dokładnie w taki sposób sprzeda się najlepiej. Ogień i popiół dowodzi, że Cameron jest w tej serii konsekwentny do granic uporu. Trzyma się swojego przesłania jak małpa gałęzi i nie puści go tak długo, jak długo na drzewie rosną owoce.

Dziś niewielu już o tym pamięta, ale między pierwszym Avatarem a Istotą wody minęło aż trzynaście lat. Tak długie oczekiwanie na sequel — zwłaszcza filmu, którego kontynuacja była zapowiadana niemal natychmiast po kasowym sukcesie — w realiach Hollywood balansuje na granicy kompromitacji. Avatar faktycznie stał się przez moment pośmiewiskiem. Doskonale pamiętam nastroje panujące wśród dziennikarzy i komentatorów, którzy otwarcie drwili z kolejnych przesunięć premiery, nie wierząc, że film kiedykolwiek ujrzy światło dzienne.

Avatar
Avatar

Wszystko w rodzinie

Przełom przyszedł w 2019 roku, gdy 20th Century Fox został przejęty przez Disneya. Wytwórnia Myszki Miki dostrzegła w Avatarze nie problem, lecz potężną markę do spieniężenia. Trzy lata później Istota wody w końcu trafiła do kin — i był to film, o którym dało się napisać znacznie więcej dobrego niż tylko to, że Kate Winslet pobiła rekord długości wstrzymanego oddechu pod wodą.

Po tej premierze śmiałem się z niedowiarków. Dziś robię to ponownie, obserwując, jak Ogień i popiół z łatwością zmierza w stronę półtora miliarda dolarów globalnych wpływów. Z Avatarem jest trochę jak z wyborami parlamentarnymi — zwłaszcza tymi, po których do władzy dochodzi partia, na którą „nikt nie głosował”. Wynik mówi sam za siebie: co drugi z nas. A jednak niemal nikt nie chce się do tego przyznać. Rozmawiając o serii Camerona, niemal zawsze słyszę o przeroście formy nad treścią, o scenariuszowej prostocie obrażającej inteligencję widza. Problem w tym, że te głosy nijak nie przekładają się na rzeczywistość kinową. Ktoś na te seanse chodzi — i w przypadku Avatara są to zwykle tłumy.

Avatar
Avatar

Jeśli coś jest łatwe, może też być wielkie

Liczby mówią same za siebie. Pierwszy Avatar zarobił globalnie blisko trzy miliardy dolarów, z czego niemal 800 milionów w samych Stanach Zjednoczonych. Istota wody przekroczyła 2,3 miliarda, udowadniając, że trzynaście lat przerwy nie zabiło zainteresowania marką. Jeśli Ogień i popiół domknie się wynikiem przekraczającym półtora miliarda, seria Camerona nie tylko umocni się w ścisłej czołówce najbardziej dochodowych cykli w historii kina, ale pozostanie najbardziej dochodową serią science fiction wszech czasów. To osiągnięcie, które mówi sporo nie tylko o reżyserze, ale i o kondycji samego gatunku.

GramTV przedstawia:

W tym kontekście finansowe wyniki Avatara jawią się jako coś wręcz nienormalnego dla współczesnego kina. W czasach, gdy frekwencja kinowa systematycznie spada, a widz coraz częściej wybiera wygodę domowego seansu i ofertę platform streamingowych, filmy Jamesa Camerona funkcjonują jak relikt innej epoki — tej, w której kino było wydarzeniem, a nie tylko jedną z wielu opcji na wieczór. To nie jest już reguła, lecz wyjątek potwierdzający, że wielkie widowisko wciąż ma sens, o ile potrafi uzasadnić swoją obecność na wielkim ekranie.

Avatar
Avatar

Konsekwencja Jamesa Camerona

Sprzyja temu uniwersalność Avatara. To opowieść niemal bajkowa, czerpiąca z science fiction przede wszystkim ostrzeżenie przed niepohamowaną działalnością człowieka. Cameron konsekwentnie przypomina, że jesteśmy częścią większej całości — kroplą w oceanie podlegającą sile natury. Problem w tym, że w swojej ignorancji i chęci zysku nie chcemy tego dostrzec, próbując świat podporządkować, a jeśli się nie da — zniszczyć. Niezależnie od tego, jak bardzo drwimy z powtarzalności tej wizji, jej przesłanie pozostaje zaskakująco aktualne.

To również kino projektowane z pełną świadomością marketingową. Fantastyczny świat ma zachwycać, ale nie przytłaczać. Historia jest na tyle prosta, by całe rodziny mogły wspólnie czerpać z seansu satysfakcję. Chodzi o pozytywne emocje — i Avatar dostarcza je w sposób niemal modelowy. Pomaga w tym także kategoria wiekowa PG-13 oraz fakt, o którym nie sposób zapomnieć: okulary 3D oznaczają droższe bilety. Co ciekawe, mimo początkowego boomu Hollywood nie zdecydowało się kontynuować tej drogi. Dziś trójwymiar pozostaje w zasadzie domeną wyłącznie serii Camerona.

Avatar
Avatar

Widownia zamiast nagród

W ten sposób reżyser po raz kolejny potwierdza, że wybrał widownię, a nie nagrody. Twórca, który rozbił bank Oscarów za sprawą Titanica, dziś otwarcie przyznaje, że prestiżowe statuetki nie są już dla niego celem samym w sobie. Liczy się uwaga widza, kino popularne, angażujące, tworzone z myślą o masowej publiczności — i trudno nie przyznać mu w tej kwestii racji.

Co więcej, Avatar żyje także poza kinem. Seria doczekała się gry komputerowej, planowane są komiksy, a Cameron nie wyklucza nawet książkowych wersji kolejnych części, jeśli z jakiegoś powodu filmy nie mogłyby powstać. Trudno jednak nie uznać tego za przejaw udawanej skromności. Przy tak ogromnym i wciąż żywym potencjale niemal niemożliwe wydaje się, by Disney nie dał zielonego światła kolejnym widowiskom. Co istotne — ten potencjał nie gaśnie mimo upływu lat. Widzowie nauczyli się czekać. Twórcy rozwijanego MCU mogą tylko pozazdrościć tak oddanej widowni.

Avatar może być mrzonką. Może przypominać bajkę dla dużych dzieci. Ale nie sposób odebrać mu spektakularnej siły oddziaływania. I właśnie to — niezależnie od wszelkich zastrzeżeń — budzi mój szczery szacunek.

Komentarze
1
wolff01
Gramowicz
Dzisiaj 17:25

Nie autorze - Avatar nie "żyje" poza filmami i to jest właśnie fenomen tej serii. Nikt tą franczyzą nie "żyje" i nie jara poza stwierdzeniem że to fajny widowiskowy film który warto obejrzeć (najlepiej w kinie 4K). Ciekawe jestem ilu widzów było by w stanie wymienić z pamięci np. wszystkie imiona dzieci Sully'ego...