Backrooms. Bez wyjścia - recenzja filmu. Horror, który boi się ciemności

Jakub Piwoński
2026/06/19 19:00
0
0

Nie mam wątpliwości, że ten rok już teraz należy do youtuberów. Coś tąpnęło w Hollywood i właśnie obserwujemy tego efekty.

Zaczęło się od lutowej premiery Iron Lung – adaptacji gry komputerowej przygotowanej przez Marka Fishbacha, szerzej znanego jako Markiplier. Film najpierw trafił do bardzo ograniczonej dystrybucji, by ostatecznie znaleźć swoje miejsce na YouTubie. Potem wydarzyło się jednak coś jeszcze bardziej niezwykłego. Do kin trafiły dwa filmy, które niemal natychmiast okrzyknięto tytułami przełomowymi dla swojego gatunku – przejawem tego, co w kinie wciąż pozostaje świeże, odważne i wolne od utartych schematów.

Niedawno pisałem o znakomitej Obsesji – horrorze nakręconym przez zaledwie 26-letniego Curry'ego Barkera, który wcześniej dał się poznać jako połowa youtube'owego duetu That's a Bad Idea. Film powstał za około 750 tysięcy dolarów, a mimo to zarobił na świecie blisko 300 milionów. Mamy więc powtórkę sytuacji z tworzonego za grosze Blair Witch Project, które również rozbiło bank w kinach. Backrooms. Bez wyjścia wyraźnie koresponduje z tym fenomenem, a pod pewnymi względami idzie nawet krok dalej.

Twórca filmu, Kane Parsons, jest jeszcze młodszy. W chwili premiery miał zaledwie 20 lat. Jego pełnometrażowy debiut przy budżecie wynoszącym około 10 milionów dolarów przyniósł ponad 260 milionów wpływów. To rezultat, którego nie powstydziłoby się wielu doświadczonych reżyserów pracujących od lat w branży.

Backrooms. Bez wyjścia
Backrooms. Bez wyjścia

Jak jedno zdjęcie stworzyło nowy mit

Historia Backrooms zaczęła się jednak daleko od Hollywood. Jej źródłem była internetowa creepypasta, która kilka lat temu pojawiła się na forum 4chan. Wszystko zaczęło się od niepozornego zdjęcia pustych biurowych pomieszczeń skąpanych w żółtym świetle jarzeniówek. Obrazek uruchomił wyobraźnię internautów, którzy zaczęli dopisywać do niego kolejne historie, teorie i miejskie legendy.

W 2022 roku Kane Parsons postanowił pójść o krok dalej. Na swoim kanale stworzył serię krótkich filmów utrzymanych w stylistyce found footage, opowiadających o ludziach trafiających do nieskończonego labiryntu pozornie pustych biur i korytarzy. Była to koncepcja zaskakująco pojemna – pozwalająca czerpać jednocześnie z kina grozy, opowieści o potworach, historii o nawiedzeniach, a momentami nawet z science fiction. Miliony wyświetleń sprawiły, że zainteresowało się nim studio A24, które dało mu szansę na realizację pełnometrażowego filmu opartego na tym pomyśle. Za młodym twórcą stanęły również znane nazwiska. Nad projektem czuwali James Wan i Osgood Perkins. Najwyraźniej współpraca z tym drugim układała się wyjątkowo dobrze, bo kolejny film Kane planuje nakręcić właśnie u boku twórcy Kodu zła.

Backrooms. Bez wyjścia
Backrooms. Bez wyjścia

Labirynt samotności

Wyzwaniem dla Kane'a Parsonsa było przejście z formy krótkometrażowej do pełnego metrażu. Tym razem nie wystarczyło już jedynie budować atmosfery i straszyć wizją nieskończonych korytarzy. Trzeba było jeszcze nakreślić psychologiczne portrety bohaterów i sprawić, by ich los rzeczywiście coś dla widza znaczył, zanim zostaną wrzuceni do labiryntu pozbawionego wyjścia. W tym zadaniu pomógł mu scenarzysta Will Soodik.

Już w jednej z początkowych scen pewna terapeutka dokonuje na głównym bohaterze psychoanalizy. Z jej diagnozy wynika, że problemy mężczyzny zaczęły się w momencie, gdy jako dorosły człowiek zaczął odpychać od siebie innych. Robił to niejako profilaktycznie, próbując uchronić się przed zranieniem. Paradoks polega na tym, że w ten sposób sam skazał się na samotność. Bohater zdaje się rozumieć własne położenie, a nawet częściowo je akceptować, jakby uznał, że właśnie na taki los zasłużył. Sprawiedliwość upomni się o niego szybciej, niż mógł przypuszczać. Gdy trafi do niekończącej się przestrzeni korytarzy i pustych pomieszczeń, poczucie osamotnienia uderzy w niego ponownie — tym razem ze zdwojoną siłą.

Groza skąpana w świetle

Backrooms stanowi zaprzeczenie tego, co przez dekady uznawano za klucz do budowania przestrzeni grozy. Nie ma tu ani ciemnych korytarzy, skrzypiących drzwi, punktowego światła, ani akcji osadzonej w mrocznym lesie czy nawiedzonym domu, który pod osłoną nocy zaczyna żyć własnym życiem. Przestrzenią grozy są tutaj czyste korytarze, idealnie oświetlone i skąpane w wyrazistej żółci. Problem w tym, że pozostają kompletnie opustoszałe.

Właściwie cały strach w Backrooms opiera się na zaskoczeniu. Trudno przewidzieć, co kryje się za kolejnym zakrętem czy w pozornie kojącym pokoju. Możliwości są niemal nieograniczone, a wyobraźnia widza nieustannie pracuje na pełnych obrotach. Pod tym względem Parsons odwraca pryzmat dobrze znany z Cube z 1997 roku. Oba filmy opierają się na tajemnicy miejsca, klaustrofobii i poczuciu zagrożenia płynącego z przebywania w przestrzeni, której zasad nikt nie rozumie. O ile jednak bohaterowie Cube poruszali się wśród mrocznych, industrialnych pomieszczeń, o tyle Backrooms zalewa ekran światłem. Paradoksalnie nie czyni to tej przestrzeni ani trochę bezpieczniejszą.

Backrooms. Bez wyjścia
Backrooms. Bez wyjścia

Reklama to iluzja

Interesującym zabiegiem okazuje się osadzenie akcji w latach 90. To epoka kaset wideo, magnetowidów i… sklepów meblowych pełniących rolę świątyń konsumpcji. Ale też czas sprzed internetu, gdy ludzie byli ze sobą bliżej fizycznie, ale niekoniecznie emocjonalnie. Jednym z bohaterów jest niespełniony architekt pracujący właśnie w sklepie meblowym. Żona go opuściła, coraz częściej traci panowanie nad sobą, a frustrację i poczucie porażki próbuje zagłuszyć alkoholem. Przez cały film przewija się również motyw reklamy jako szczególnej formy kultury opartej na iluzji. Reklama sprzedaje nie tyle produkty, ile wyobrażenia o nas samych — idealne wersje naszego życia, błyszczące symulakra odciągające uwagę od codziennych dramatów.

GramTV przedstawia:

Dlatego tak interesująco wybrzmiewa moment, w którym bohaterowie opuszczają bezpieczne przestrzenie swoich domów i gabinetów terapeutycznych, trafiając do nieskończonego labiryntu korytarzy. To nie tylko miejsce grozy, ale również metafora ich własnego położenia — zagubienia, emocjonalnego chaosu i problemów, przed którymi od dawna próbują uciec. Interesująca wydaje się więc idea, że minotaurem okazujemy się tutaj... my sami. A może raczej nasze pokrzywione, rozbite niczym lustro odbicie.

Backrooms. Bez wyjścia
Backrooms. Bez wyjścia

Pilny uczeń Hitchcocka i Lyncha

Parsons okazuje się zresztą twórcą, który wyjątkowo sumiennie odrobił pracę domową. Film wyraźnie czerpie ze wspomnianego wcześniej Blair Witch Project. Nie chodzi wyłącznie o osadzenie akcji w latach 90. czy wykorzystanie stylistyki found footage. W pewnym momencie jeden z bohaterów znika, a drugi rusza jego śladem, nieświadomie wpadając w tę samą pułapkę.

Reżyser Backrooms urodził się wiele lat po tym, jak Alfred Hitchcock definiował zasady ekranowego suspensu, a mimo to w jego filmie można odnaleźć subtelne echa Ptaków. Jednocześnie film ma w sobie coś z sennego koszmaru wyjętego prosto z głowy Davida Lyncha. Do samego końca trudno bowiem ocenić, czy oglądamy historię rozgrywającą się w jakiejś tajemniczej przestrzeni przypominającej technologiczny, a może nawet wojskowy eksperyment, czy raczej koszmar senny tak przekonujący, że nie sposób odróżnić go od rzeczywistości.

Słowo należy się jeszcze "twarzom" tego projektu, które okazały się niezwykle istotne dla powodzenia całego przedsięwzięcia. Muszę przyznać, że choć zwykle nie byłem wielkim fanem talentu Chiwetela Ejiofora, tym razem aktor zwrócił moją uwagę. Jego Clark budzi skojarzenia z Jackiem Torrance'em z kultowego Lśnienia i jest równie awanturniczy, zadziorny oraz wybuchowy, co bohater wykreowany przez Jacka Nicholsona. Do Renate Reinsve dodatkowej zachęty nie potrzebowałem. Od dłuższego czasu przyglądam się jej karierze i Norweżka pozostaje według mnie jedną z najciekawszych aktorek swojego pokolenia. Tylko pozornie może się wydawać, że przypadła jej prostsza rola. Jej psycholożka skrywa bowiem kilka niuansów, które skutecznie chronią tę postać przed banałem.

Backrooms. Bez wyjścia
Backrooms. Bez wyjścia

Zagadka, która nie daje spokoju

Przez korytarze Backrooms brniemy bardzo sprawnie. Kompozycja filmu została ułożona tak, by skupiać się przede wszystkim na konkretach. To akurat aspekt, który zaskoczył mnie najbardziej, bo spodziewałem się, że Parsons będzie kontemplował te puste przestrzenie nieco dłużej, dając widzom więcej okazji do odczuwania zagubienia i niepewności. Zostało to jednak ograniczone na rzecz szybszego przejścia do drugiego aktu, w którym następuje kluczowy zwrot, za którym czeka już tylko kulminacja.

Backrooms może wydawać się filmem, któremu brakuje kilku naprawdę mocnych momentów. Nie jest to produkcja, która dzięki jumpscare'om wyznaczy nową jakość w gatunku. Akurat pod względem samego straszenia znacznie lepiej wypada choćby niedawna Obsesja. Mam jednak wrażenie, że Parsons świadomie postawił nacisk gdzie indziej. Znacznie ważniejsze okazuje się budowanie napięcia poprzez ponurą muzykę, scenografię i nieustanne poczucie dezorientacji.

Filmowy Backrooms zaskoczył mnie więc przede wszystkim dojrzałością i świeżością. Parsons rozwija historię, której sam jest ojcem, w oparciu o bogaty dorobek kina grozy, a jednocześnie niezwykle oszczędnie, bez pokusy tłumaczenia każdego szczegółu i podawania wszystkich odpowiedzi na tacy. Nie boi się iść pod prąd gatunkowym przyzwyczajeniom. Światło nie gaśnie nagle, gdy pojawia się zagrożenie. Bohaterowie wchodzą do nieznanej przestrzeni, ale w każdej chwili mogą z niej wyjść. Nie trzeba uciekać się do sztuczek, które podważałyby wiarygodność przedstawionego świata i sztucznie podkręcały napięcie. Ta konsekwencja, szczerość wobec własnej wizji i upór w realizowaniu jej po swojemu stanowią największy atut filmu.

Backrooms jest jak frapująca zagadka, która nie daje spokoju po seansie i nieustannie prowokuje do szukania odpowiedzi. A to wpłynie na żywotność filmu, który – jak mniemam – stanie się kultowy. Pomysł, który zaczynał jako internetowy fenomen i seria krótkometrażowych filmów na YouTubie, dziś staje się pełnoprawnym kinowym hitem i krok po kroku buduje sobie miejsce w popkulturze.

8,0
Z krótkometrażowego hitu internetu zrobił się pełnometrażowy hit kinowy. Te dziwne, puste przestrzenie znowu przytłaczają i fascynują jednocześnie.
Plusy
  • Chiwetel Ejiofor i Renate Reinsve tworzą kreację zapadające w pamięć i mające znaczenie
  • Klimat tej historii i tej przestrzeni jest niezwykły i zachęca do powrótu
  • Muzyka i scenografia są kluczowymi aspektami budowania atmosfery zagubienia
  • Jeśli krótkometrażowy koncept dało się tak bezboleśnie i intrygująco rozwinąć do pełnego metrażu, to znaczy, że eksperyment się udał
Minusy
  • Film zaskakuje małą liczbą sztampowych, strasznych momentów - napięcie kryje się głównie w niepokojącej aurze filmu
  • Momentami zbyt pospiesznie rozwijana fabuła, za mało czasu poświęcono na eksplorację labiryntu
Komentarze
0



Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!