Recenzja

Mały wielki Link - recenzja The Legend of Zelda: Link's Awakening [SWITCH]

Jakub Zagalski, 20.09.2019 19:25 0

The Legend of Zelda: Link's Awakening to remake prawie idealny. Powrót do przeszłości bez grama archaizmów, za to z masą znakomitych usprawnień.

Niedawno twierdziłem, że nadejście konsoli Switch Lite to koniec ery 3DS-a i początek nowego rozdziału w historii handheldów. Premiera remake'u The Legend of Zelda: Link's Awakening jest w tym kontekście świetnym symbolem. Gra stworzona oryginalnie na Game Boya przewijała się w sumie przez trzy generacje konsol przenośnych, by teraz zaprezentować się w całej okazałości na najnowszym sprzęcie. Jeżeli ciśnie wam się na usta pogardliwy "odgrzewany kotlet", to lepiej ugryźcie się w język. The Legend of Zelda: Link's Awakening na Switcha to prawdziwe cudeńko warte uwagi i pieniędzy każdego posiadacza konsoli Nintendo.

https://www.youtube.com/watch?v=ZROB4TnYH_I

Piszę to jako bardzo umiarkowany fan Zeldy, który zakochał się w Breathe of the Wild i nie złościł się na odejście od tradycyjnej formuły w hicie z 2017 r. The Legend of Zelda: Link's Awakening jest kompletnym przeciwieństwem otwartego świata i ogromnej wolności. To prawdziwa stara szkoła, Zelda w najczystszej postaci z lat 90. A zarazem doskonały przykład gry ponadczasowej, której nie trzeba było budować od zera, by przekonać do zabawy graczy wychowanych na grach XXI wieku.

W 1993 roku The Legend of Zelda: Link's Awakening była tytułem na wyłączność dla monochromatycznego Game Boya, później doczekała się wersji DX przystosowanej do kolorowych ekranów nowej konsolki. W 2011 roku zemulowano ją na 3DS-ie. Najnowsza inkarnacja 26-letniej gry na pierwszy rzut oka w niczym nie przypomina oryginału, ale pod prześliczną fasadą nowoczesnego obrazu i dźwięku kryje się praktycznie niezmieniona przygoda Linka z 1993 roku. Scenariusz, zadania, mapa, przeciwnicy, a nawet dialogi – wszystko jest takie samo jak przed laty.

Wszystko zaczyna się od znakomitego intro w stylu anime, którym oddano hołd pikselowemu oryginałowi. Link przemierzając wzburzone morze w swojej łódeczce w końcu traci panowanie i musi uznać wyższość żywiołu. W następnej scenie widzimy już zupełnie inne wcielenie niemego herosa, rzuconego na brzeg tajemniczej wyspy. To Koholint – mały wielki świat, w którym czeka na nas niezapomniana przygoda.

Pobudka na brzegu nieznanej wyspy to oczywiście pretekst, by pozbierać zgubiony sprzęt, zajrzeć w każdy możliwy kąt, poznać prawa rządzące tym światem. Po odzyskaniu tarczy można wyruszyć na pierwszą wyprawę po miecz, ale nie minie wiele czasu, gdy mądra sowa opowie nam o poważniejszej misji, której musimy się podjąć. Link's Awakening to tradycyjna Zelda, gdzie po zdobyciu nowej umiejętności/gadżetu można dostać się do wcześniej niedostępnych miejsc. Gra jest przez to liniowa, ale nie idziemy jak po sznurku od punktu A do B. Czasem trzeba trochę pokombinować, uważnie słuchać napotkanych NPC-ów, łączyć fakty jak w staroszkolnych przygodówkach. Już przy pierwszym zadaniu (zdobyć klucz do lochu na plaży) pojawia się niesforny szop, który nie przepuści nas po dobroci w głąb mrocznego lasu. Ale po przeszukaniu całej okolicy i zajrzeniu do pewnej wiedźmy, z pewnością wpadniemy na rozwiązanie problemu.

Jak wspomniałem, fundamenty The Legend of Zelda: Link's Awakening nie różnią się od oryginału z Game Boya, dlatego przyjdzie nam przemierzać te same lokacje, lochy, mierzyć się z tymi samymi przeciwnikami i bossami. Powracają znane minigry i przedmioty do zdobycia, bez których nie da się przesunąć kamienia blokującego przejście lub przeskoczyć przez dziurę w ziemi. Ta wierność materiałowi źródłowemu sprawdza się doskonale z usprawnieniami, których nie można było wprowadzić za czasów Game Boya.

Oczywistą przewagą Switcha jest liczba dostępnych przycisków i spustów. Na Game Boyu wszystkie dostępne przedmioty można było obsługiwać wyłącznie przyciskami A i B. Pół biedy, gdy Link miał tylko miecz i tarczę. Ale gdy doszły takie niezbędne gadżety jak magiczny proszek, łopata czy piórko pozwalające skakać, trzeba było co chwilę wchodzić do menu, wybierać inny przedmiot, wracać do gry itd. Na Switchu możemy całe szczęście zapomnieć o tym żonglowaniu ekwipunkiem, bo większa liczba przycisków to jednak rewolucyjna zmiana.

Nie rzucającym się w oczy, ale oczywistym usprawnieniem, jest ponadto opcja autosave (można też zapisywać stan gry samodzielnie na jednym z trzech slotów). Dziś standard, ale w czasach Game Boya coś nie do pomyślenia. Cieszy zwiększona liczba warpów porozrzucanych po wyspie, bardziej zróżnicowane nagrody w minigrach i dodanie maskotek z gier Nintendo do zbierania. Niektóre zmiany pozostaną niezauważone, chyba że ktoś jest świeżo po graniu w oryginał Link's Awakening. Mam na myśli chociażby brak wyskakujących okien z komunikatem, gdy tylko zbliżymy się do przeszkody bez odpowiedniego sprzętu. Teraz jeżeli Link podejdzie do ciężkiego kamienia bez Power Bracelet i nie wciśnie "A", to nie musimy przeklikiwać powtarzanej do znudzenia informacji o tym, że musimy zdobyć Power Bracelet. A na Game Boyu tak to właśnie wyglądało i bardzo drażniło, bo powtarzało się przez całą grę z różnymi rodzajami przeszkód.

Weterani z pewnością zauważą nierewolucyjne, ale dobrze pomyślane zmiany dotyczące niektórych walk z bossami. Dodano także Hero Mode (łatwiej zginąć, trudniej odnowić stracone serduszka), co jest odpowiedzią na potrzeby doświadczonych graczy, narzekających na niski poziom trudności.

Świetnie zapowiadał się również zupełnie nowy tryb pozwalający projektować, a następnie przechodzić własne lochy. Brzmi znakomicie i przywodzi na myśl rewelacyjne możliwości Super Mario Maker 2, ale w praktyce wypada bardzo słabo. Po pierwsze, budować można wyłącznie w oparciu o wcześniej odblokowane segmenty. Po drugie, nie można swoich dzieł prezentować internetowej społeczności, a jedynie zapisywać autorski loch w pamięci Amiibo. Potencjał zmarnowany po całości.

Pozostając w temacie nielicznych wad należy wspomnieć o okazjonalnym spadku płynności animacji. Niezależnie, czy gramy na konsoli podpiętej do telewizora, czy w trybie tabletu, zdarza się gubienie klatek, gdy na ekranie zagości zbyt wielu przeciwników. Można to zauważyć już w jednej z pierwszych, plażowych lokacji. Spadki płynności nie są (a przynajmniej u mnie takie nie występowały) szczególnie drastyczne, ale w ferworze walki i po chwili nieuwagi można przez nie stracić fragment serduszka.

Poza tym naprawdę trudno znaleźć wadę The Legend of Zelda: Link's Awakening, którą mógłbym z czystym sumieniem wpisać w minusach pod tekstem recenzji. Remake gry z Game Boya ociera się o ideał jako nowoczesna produkcja zbudowana na 26-letnich fundamentach. To niesamowite, że wystarczyło nanieść kilka poprawek, usprawnić sterowanie, by powstała gra i dla weteranów, i zupełnie nowych odbiorców. Oczywiście ogromna w tym zasługa znakomitej oprawy audio-wizualnej, o której nie da się powiedzieć złego słowa. Kierunek artystyczny, bogactwo detali (rozejrzyjcie się po wnętrzach domków), tekstury, refleksy na wodzie i blask ognia – dawno nie widziałem tak dopieszczonej i pięknej gry Nintendo. I nie zawaham się napisać, że The Legend of Zelda: Link's Awakening to czołówka gier na Switcha, jeśli chodzi o grafikę.

Jeżeli powyższe akapity jeszcze was nie przekonały, to napisze to wprost: jeżeli macie Switcha, to musicie zagrać w The Legend of Zelda: Link's Awakening. Marudy narzekające na rewolucyjne zmiany Breathe of the Wild będą w siódmym niebie, a nowicjusze mają doskonałą okazję, by poznać i zakochać się w tradycyjnej Zeldzie.

 

Sprawdź strefę Nintendo w naszym sklepie

The Legend of Zelda: Link's Awakening

  • Cudnie wygląda
  • Wspaniale brzmi
  • Gra się znakomicie
  • Drobne zmiany robią różnicę
  • Nie tylko dla fanów starych Zeld
  • Projektowanie własnych lochów
  • Animacja czasem zwalnia
Remake prawie idealny 9.0
najnowsze