Recenzja

Symulator mecha anime - recenzja Daemon X Machina

Jakub Zagalski, 17.09.2019 09:50 0

Daemon X Machina to przepiękna, na wskroś japońska gra akcji, która w założeniu twórców miała być najlepszą produkcją z mechami na rynku. Udało się?

Kenichiro Tsukuda (Armored Core) i projektujący mechy Shoji Kawamori (Super Dimensional Fortress Macross) to dwa nazwiska, które miały gwarantować jakość Daemon X Machina. Bez owijania w bawełnę, wyszła z tego dynamiczna, świetnie wyglądająca strzelanka z humanoidalnymi maszynami, nawiązująca do najlepszych i najgorszych tradycji gatunkowego anime.

https://www.youtube.com/watch?v=G3_dAuEqGJo

Pierwszym negatywem, który bije po oczach i towarzyszy przez całą grę, jest fabuła. Po sieci krąży story trailer (nawet z polskimi napisami), który nie powie wam absolutnie nic o historii w grze. Może oprócz tego, że coś niedobrego zadziało się z księżycem, Ziemia przyszłości nie jest futurystycznym rajem, a postacie żywcem wyciągnięte z jakiegoś sztampowego anime walczą w swoich wielkich mechach.

Ja rozumiem, że może właśnie taki był zamysł scenarzystów – żeby pójść po linii najmniejszego oporu, dostarczając n-tą wersję opowieści o obronie Ziemi przed złymi robotami (w wielkim skrócie). A wszystko to w estetyce gatunkowego anime z jednowymiarowymi bohaterami, z których praktycznie każdy jest chodzącym stereotypem. Nie zrozumcie mnie źle – bardzo lubię japońskie filmy animowane i nie przeszkadzają mi groteskowe postacie rzucające wydumane frazesy. Jednocześnie przerywniki fabularne, stanowiące pretekst do kolejnych misji, bardziej mi przeszkadzały niż motywowały do dalszej zabawy.

Zacząłem od akapitów pełnych goryczy, ale Daemon X Machina to na szczęście nie tylko fabuła (a raczej w niewielkim stopniu). Tutaj liczy się przede wszystkim dynamiczna akcja przerywana długimi wizytami w hangarze, gdzie szykujemy mecha do kolejnej misji. Jak wspomniałem na początku, Daemon X Machina to dziecko ludzi odpowiedzialnych za Armored Core. W obu tytułach widać wspólne elementy, dlatego jeśli mieliście kiedyś styczność z AC i nie daliście się uwieść jej wdziękom, to DXM również może nie przypaść wam do gustu.

Daemon X Machina nie jest bowiem typową strzelanką/grą akcji TPP, w której pokonujemy zróżnicowane misje i przeżywamy niezapomniane przygody. Cała zabawa sprowadza się w dużej mierze do pokonywania hordy wrogów lub obrony jakiegoś punktu na wyznaczonym terenie. Przyjemność płynie z testowania rozmaitych ustawień i wariantów naszego mecha, którego można dowolnie modyfikować wedle własnych potrzeb.

Każda dłoń może dzierżyć inny oręż, dodatkowe narzędzia śmierci montujemy na plecach lub ramionach. Do wyboru są karabiny szturmowe, wyrzutnie rakiet, miecze energetyczne, miotacze ognia, samonaprowadzające się rakiety itp. Do tego wybieramy rozmaite elementy pancerza i inne części, które uczynią z naszego mecha latającą bestię posyłającą deszcz pocisków, naziemnego wojownika walczącego w zwarciu. Albo dziwaczną hybrydę, którą tylko my będziemy potrafili okiełznać.

Uciekając z hangaru prosto do kolejnej misji i nie grzebiąc w bebechach Arsenala (tak zwą tutejsze mechy), traci się połowę przyjemności, jaką może zaoferować Daemon X Machina. Jeżeli jednak lubicie bawić się w futurystycznego mechanika, a godzina na wybieranie naklejek lub koloru pancerza nie jest dla was stratą czasu, to będziecie w siódmym niebie. Daemon X Machina ma pod tym względem mnóstwo do zaoferowania i na szczęście nie powiela wszystkich grzechów Armored Core. Mam na myśli koszmarny UI w Armored Core V. W menu wyboru części do mecha siłą rzeczy trzeba było się wpatrywać godzinami. A już po kilkunastu minutach interfejs potrafił doprowadzić do szału.

Składanie wymarzonego mecha to duża przyjemność, ale przecież nie robi się tego, by go podziwiać w hangarze (chociaż można, do czego zachęca pusty HUB z Arsenalem na środku). Największa frajda zaczyna się na polu walki, gdzie roi się od rozmaitych maszyn. Mniej lub bardziej mobilnych, latających lub naziemnych, ale w każdym wypadku niezbyt inteligentnych. Dziele zniszczenia towarzyszy świetna ścieżka dźwiękowa i cudowna oprawa graficzna, która idealnie łączy estetykę cel-shading z wyrazistą kolorystyką. Kierunek artystyczny to mocna strona Daemon X Machina. Tam, gdzie razi prostota modeli czy różne uproszczenia, gra nadrabia świetnymi efektami wybuchów i innymi drobiazgami, tworzącymi naprawdę przyjemną dla oka całość.

Widać to najlepiej w walce z potężnymi bossami. W standardowych etapach początkowe zauroczenie mija, bowiem bardzo szybko wkrada się monotonność i powtarzalność. Po dwóch z zaplanowanej na kilkanaście godzin kampanii widzieliśmy już praktycznie wszystko. Modele przeciwników i rodzaje krajobrazów niczym nie zaskakują, i tylko czeka się na kolejnego wielgachnego bossa, który wprowadzi powiew świeżości.

Świetnym dodatkiem do zabawy jest kooperacja dla maksymalnie czterech graczy, niestety brakuje PvP. A taka gra aż się prosi o jakieś tryby rywalizacyjne. Poza kilkunastogodzinną kampanią mamy szereg misji pobocznych, które pozwalają zarabiać pieniądze na nowe części i pozyskiwać pomocników. Jest drzewko zdolności, modyfikacja wyglądu bohatera i szereg innych możliwości, których gra nie komunikuje w jasny sposób. Warto więc na własną rękę pogrzebać w opcjach, żeby np. dowolnie dostosować wygląd HUD-a do własnych potrzeb. Bo domyślny interfejs jest mocno przeładowany informacjami i wskaźnikami. Jedną z niewielu opcji, które musimy wybrać na starcie, to język gry. Na polską wersję nie ma co liczyć, ale jest za to japoński/angielski dubbing i takie same napisy.

Daemon X Machina to gra bardzo specyficzna i skierowana do konkretnego odbiorcy. Piękna, dynamiczna, ale widowiskowe akcje pokazywane na trailerach to tylko jeden z fundamentów, na którym opiera się cała zabawa. Drugim jest siedzenie w menu i przerzucanie ton żelastwa, które przymocujemy do naszego Arsenala. A później go pomalujemy. I ozdobimy. A później sprawdzimy, jak będzie wyglądał z bazooką zamiast miecza, i tak w kółko…

Walki są super, sterowanie nie nastręcza większych problemów, a możliwość stworzenia wymarzonego mecha to prawdziwa przyjemność. Powtarzalność przeciwników, misji i lokacji dokucza, podobnie jak słabe AI nawet tych bystrzejszych wrogów (bossów, wrogich Arsenali). Wszystko to sprawia, że Daemon X Machina umieściłbym na końcu listy wrześniowych zakupów (zdecydowanie za Astral Chain i The Legend of Zelda: Link's Awakening, a zaraz będę jeszcze sprawdzał Dragon Quest XI S Echoes Definitive Edition). Ale na pewno bym jej nie skreślał.

 

Lubisz japońskie mechy? Sprawdź ofertę modeli Gunpla w naszym sklepie

  • Budowanie mecha
  • Walka
  • Kooperacja
  • Kierunek artystyczny
  • Perełka dla fanów gatunku
  • Fabuła
  • Powtarzalność misji, wrogów i krajobrazów
  • Sztuczna Inteligencja wrogów
  • Brak PvP
Świetna forma, ale zabrakło zróżnicowanej treści 6.9
najnowsze