Popkultura

Wycieczka ku dorosłości – recenzja filmu Spider-Man: Daleko od domu

Joanna Kułakowska, 15.07.2019 21:00 0

Świetne zakończenie III Fazy, które podsumowuje dotychczasowe zmiany i wytycza nowy kierunek dla MCU, oraz jak dotąd najlepszy film o Spider-Manie.

Spider-Man: Daleko od domu (ang. Spider-Man: Far from Home) kontynuuje komediowy styl oraz perturbacje nastolatka związane z kwestią poradzenia sobie z rolą superbohatera, które stanowiły sedno sukcesu filmu Spider-Man: Homecoming – tym razem jednak obraz Jona Wattsa zawiera o wiele więcej smaczków i jest bogaty w metawarstwy. Poprzedni film opowiadał o dopiero co raczkującym Spider-Manie, który miał oparcie w Iron Manie, oferowanych przezeń (nieco brutalnych) metodach wychowawczych i technologicznych gadżetach. Co ważniejsze jednak, musiał zrozumieć, że to nie kostium go definiuje, ale jego własne cechy i działania – i dopiero, gdy nauczy się polegać sam na sobie, bez wsparcia technologii, gdy pojmie, że w gruncie rzeczy nie potrzebuje „superzabawek”, by pomagać ludziom i być superbohaterem, jakiego potrzebuje świat, zasłuży na swój wypasiony kostium. Teraz reżyser Jon Watts oraz scenarzyści Chris McKenna i Erik Sommers tworzą Spider-Mana, który już to wie, stoi na własnych nogach... tyle że najpierw, przerażony czekającą nań odpowiedzialnością i konsekwencjami potencjalnych błędów, czyni rozpaczliwy krok do tyłu. Usiłuje zrobić sobie wakacje od superbohaterstwa i choć przez kilka dni być zwykłym nastolatkiem, niestety jednak życie za nic ma jego zachcianki i daje mu kopniaka w tyłek – posyłając do przodu, ku dorosłości...

 

 

Jedną z wielkich zalet filmu Spider-Man: Daleko od domu jest bogactwo i przewrotność wątków składających się na konstrukcję fabularną, dlatego powiedzmy sobie po prostu, że fabuła najnowszego dzieła Jona Wattsa koncentruje się na szkolnej wycieczce do Europy. Spider-Man ląduje daleko od domu i ma nadzieję, że ułoży sobie sprawy osobiste jako Peter Parker, czyli wyzna uczucia wybrance swego serca... Peter (Tom Holland) ma ambitny plan, by na wieży Eiffla wręczyć MJ (Zendaya) naszyjnik z symbolizującą słynne morderstwo czarną dalią, ale cóż z tego, skoro nie dano im dotrzeć do Paryża. Otóż bohaterowie dowiadują się, że Ziemi grozi nowe niebezpieczeństwo – tym razem są to... żywiołaki, o których wspominają rozmaite mitologie. Rewelacje te nikogo specjalnie nie ruszyły (w końcu Asgard też okazał się prawdą), same żywiołaki za to nielicho naruszyły Wenecję i inne miejsca na świecie. Na dokładkę pojawił się tajemniczy człowiek obdarzony supermocami, który ochrzczony został mianem Mysterio (Jake Gyllenhaal). Co na to Avengers? Jak na złość wszelcy doświadczeni superbohaterowie i superbohaterki są obecnie niedostępni – liżą rany po rozprawie z Thanosem, wylecieli w kosmos albo zajmują się jakimiś innymi ważnymi sprawami. Tak przynajmniej informuje Nick Fury (Samuel L. Jackson), który pełni funkcję Nemezis osobistych planów tytułowego bohatera, domagając się odeń pełnej współpracy w obliczu zagrożenia. Parker zostaje więc zmuszony, by podzielić swój czas między zamiary Petera a powinności Spider-Mana. Problemy związane z mieszaniem życia prywatnego i działań superbohatera zawsze porządnie napędzały historie ze Spider-Manem w roli głównej – w niniejszym filmie jest to wspaniale zaprojektowany wątek, a komediowy ładunek scen związanych z próbami uniknięcia obowiązków, a następnie wypełnienia ich bez odkrycia sekretnej tożsamości, wywołuje wręcz salwy śmiechu.

 

 

Generalnie Watts ma dobrą rękę do teen dramy, która została tu przeprowadzona zręcznie i z przymrużeniem oka, stanowiąc sympatyczną parodię romantycznych i obyczajowych motywów w kinie familijnym i komediach dla nastolatków. Każdy element działa niczym tryb w dobrze naoliwionej maszynie, a zarazem czuje się, że twórcy filmu Spider-Man: Daleko od domu włożyli weń mnóstwo serca. Młodzieżowy romans jest zarówno przerywnikiem poważniejszych kwestii, jak i klamrą opowieści, esencją zaś dojrzewanie Petera, by – na swój własny sposób – stać się dla świata tym, kim był Iron Man. Najeżona przeszkodami, pełna sytuacyjnego humoru relacja Petera z MJ aż iskrzy. Sama MJ okazuje się zresztą bardzo fajną heroiną – mocno odbiegającą od stereotypowego obiektu westchnień filmowego amanta. Dziewczyna gardzi typowymi romantycznymi gestami, uwielbia za to naukę i kryminalne ciekawostki, a ponadto niezbyt radzi sobie w towarzyskich układach, w ogóle nie wykazując tego rodzaju intuicji. Dowcipnym uzupełnieniem uczuciowych problemów głównej pary jest emanująca uroczym absurdem relacja pomiędzy Nedem (Jacob Batalon), któremu w najnowszym Spider-Manie dano bardziej zaszaleć niż poprzednio, a wymuskaną prymuską Betty (Angourie Rice) oraz to, że twórcy ukazali, iż ciocia May (Marisa Tomei) i Happy (Jon Favreau) mają jakieś prywatne życie. Innym ważnym, mającym impakt sytuacyjny motywem okazuje się kompleks rodziny, pragnienie, by znów posiadać mentora – najlepiej takiego, który wspierałby bezwarunkowo i okazywał zrozumienie. I tak zamiast dość sardonicznej figury ojca, jaką reprezentował Tony Stark, pojawia się wyrozumiały, tolerancyjny dla słabości „starszy brat”, na którego Pajączek rzuca się jak szczerbaty na suchary...

 

 

Można by rzec, iż Spider-Man: Daleko od domu to letnia komedia romantyczna; film, który przede wszystkim poświęcony jest miłości. Jednakże miłość miłością, a produkcja zrealizowana przez Jona Wattsa kipi również akcją innego rodzaju i ma sporo rzeczy do powiedzenia na różne tematy. Co chwilę coś się dzieje, a momenty wytchnienia są bardzo krótkie i nasycone istotnymi znaczeniami. Obraz okazuje się niezwykle interesujący wizualnie. Spider-Man daje popis ekwilibrystyki, możemy w pełni docenić pajęczą zręczność, siłę i zmysły. Efekty specjalne są niesamowite, a tak się składa, że ich jakość jest bardzo ważna dla fabuły i przekazu filmu. Jeśli chodzi o sposób realizacji, Watts wraz z ekipą filmowców cały czas nawiązują do wcześniejszych utworów na temat Spider-Mana, a zarazem oferują coś nowego i świeżego – to prawdziwy „The Amazing Spider-Man”.

 

 

Recenzowany tytuł należy do utworów samoświadomych – zawiera nie tylko wycieczki w stronę innych filmów o Spider-Manie, ale też komentarze społeczne dotyczące sytuacji zwykłych ludzi, którym nie dane jest cieszyć się możliwościami i przywilejami tych, co to posiadają supermoce, i jako taki stanowi metakomentarz odnośnie do całego Marvel Cinematic Universe, a nawet do tworzenia kina superbohaterskiego w ogóle. Spider-Man: Daleko od domu silnie nawiązuje do tego, co poprzednio wydarzyło się w MCU i komentuje owe wydarzenia (mamy zabawną, zamierzenie kiczowatą prezentację szkolną opowiadającą o tym, co się stało i jaki to miało wpływ na uczniów i uczennice, memoriał ku czci tych, którzy odeszli... w zasadzie cały film jest przesycony takimi elementami). Obraz Jona Wattsa nie egzystuje w próżni ani nie bawi się w miniuniwersum, jak planują czynić twórcy DCEU – poszczególne postacie mają swoje historie, widać, że coś się z nimi działo od czasu Avengers: Koniec gry (recenzję można przeczytać tutaj), otrzymujemy szereg nawiązań do dwóch pierwszych Iron Manów, a koniec końców okazuje się, że również do Kapitan Marvel (recenzja filmu znajduje się tutaj). Czytelny komunikat stanowią sceny wyrażające podobieństwo Petera Parkera do Tony’ego Starka. Chłopak chce odpocząć, choć na chwilę się wycofać i zadbać o sprawy osobiste, a jego mentor chciał zrezygnować z pozycji Iron Mana i poświęcić się rodzinie. Fani i fanki na pewno uśmiechną się nostalgicznie, oglądając, jak Spider-Man przy ostrych rytmach projektuje swój nowy kostium, używając technologii Starka, tak jak niegdyś Iron Man. Odnotujmy też, kto z uśmiechem aprobaty pomaga mu na „nowej drodze życia” – Jon Favreau, który w filmach z MCU wciela się w Happy’ego Hogana, to reżyser filmów Iron Man i Iron Man II.

 

 

Warto zwrócić uwagę na to, że Peter Parker, zastanawiając się, czy będzie umiał bronić Ziemi w zastępstwie Iron-Mana, Kapitana Ameryki i Czarnej Wdowy, staje przed podobnym dylematem co twórcy MCU: Co dalej? Czy to się uda? Podczas seansu widzowie otrzymują znaczące komunikaty odnośnie do niuansów osi fabularnej i bohaterów. W pewnym momencie pada ironiczne zdanie o tym, że „aby słowa były dla innych coś warte, trzeba nosić pelerynę”, a w zestawieniu z najważniejszym zwrotem akcji jest to dobry komentarz nie tylko do świata przedstawionego MCU, ale i do naszej rzeczywistości. Zasugerowano tu bezrefleksyjność, skłonność do słuchania egzotycznych autorytetów, które ubierają bzdury w technobełkot, zamiast może mniej barwnych, ale poważnych specjalistów. Powiedziano o tym, że nie zauważamy zwykłych, szarych ludzi, potrzebujemy wielkich, bombastycznych spraw i chcemy w nie wierzyć, a nie zwracamy uwagi na „niepozorne”, choć nie mniej ważne dramaty i problemy.

 

 

Cóż dodać jeszcze? Spider-Man: Daleko od domu to film, który uraduje nie tylko fanów i fanki Marvela, ponieważ jest to porządna komedia omyłek. To, co dzieje się podczas wycieczki klasy Petera, przypomina trochę nastoletnią wersję wakacji Griswoldów (przychodzi na myśl zwłaszcza W krzywym zwierciadle: Europejskie wakacje), choć humor jest zdecydowanie wyższych lotów. I to nawet biorąc pod uwagę sceny z dzwonem i wycieczki natury seksualnej na owej wycieczce (swoją drogą, aż dziwne, że w USA przeszło zainteresowanie 16-latką ze strony 21-latka). Film prezentuje udany pomysł i na fabułę, i na głównego bohatera (nie jest to podejście „weźmy cokolwiek z komiksów”), szczególnie udały się zaś zwroty akcji. Tom Holland jest wspaniałym Peterem Parkerem – po pierwsze, czujemy, że rozumie chłopaka, pod drugie zaś wciąż przypomina 16-latka. Reszta obsady radzi sobie świetnie, postacie w jej interpretacji budzą zainteresowanie. Mysterio okazuje się nietuzinkową personą, nacechowaną pewną ironią wobec całej kwestii superbohaterskiej, a urok Jake’a Gyllenhaala sprawia, że można wybaczyć zdecydowanie przydługie sceny ekspozycji tego bohatera. Bardzo ważnym elementem opowieści Wattsa jest znakomicie dobrana ścieżka dźwiękowa – każda piosenka odmalowuje klimat danego miejsca lub wydarzenia, oferując też kierujące nas w określoną stronę cytaty popkulturowe.

 

 

Podsumowując: Spider-Man: Homecoming pokazywał nieopierzeńca, który bardzo chce stać się pełnoprawnym superbohaterem (metafora każdego nastolatka, co to uważa się już za dorosłego), lecz tak naprawdę musi się dopiero uczyć, aby stać się nie tylko lepszym bohaterem, ale i lepszym człowiekiem. Spider-Man: Far from Home przedstawia sytuację odwrotną – otoczenie ma centralną postać za poważnego superbohatera i prezentuje wobec niej określone oczekiwania, a tymczasem nasz bohater wykazuje postawę charakterystyczną dla niezwykłych fantastycznych postaci tęskniących za byciem kimś „normalnym” (metafora dorosłego marzącego o powrocie do dzieciństwa). Staje przed ważnymi wyborami i ponosi porażki. Sytuacja zmusza go, by poniósł konsekwencje, naprawił błędy i dorósł do obowiązków. Film jest bardzo dobrze zrealizowany i stanowi sensowny epilog dla III Fazy MCU oraz sagi o Kamieniach Nieskończoności. Z jednej strony oferuje oddech jak Ant-Man wieńczący Fazę II, z drugiej zaś jest wzruszającym hołdem dla Tony’ego Starka i pokazuje, że ten świat trwa dalej. Jeśli chodzi o pytania Co dalej? i Czy to się uda?miodność filmu Spider-Man: Daleko od domu oraz furtka zarówno dla solowych filmów Spider-Mana, jak i dla ciekawego rozwoju wydarzeń w całym uniwersum, jaką otwierają dwie sceny po napisach, wskazuje na to, że realizatorzy mają konkretny plan. A na koniec coś dla miłośników i miłośniczek przygód Pajączka – w jednej ze scen po napisach pojawia się zmodyfikowana i dostosowana do wymogów współczesności wersja ważnej postaci z filmów Sama Raimiego... Reasumując: Kto jeszcze filmu nie widział, niech dłużej nie czeka i uda się na wycieczkę ku dorosłości bohatera.


Spider-Man: Daleko od domu jest dla Ciebie, jeśli lubisz w grach i filmach historie o wzrastaniu superbohaterów, w których pojawiają się niejednoznaczne postacie i liczne wątki komediowe.

najnowsze