Recenzja

Mortal Kombat 11 - recenzja - Lany Poniedziałek!

Michał Grabowski, 22.04.2019 14:20 4

Flawless Victory... prawie.

Gdyby pomyśleć, to motywy związane z czasem w grach są już dość powszechne. Przyspieszanie, zwalnianie, alternatywne rzeczywistości, przewidywanie przyszłości… Trochę tego było w grach komputerowych, więc tego typu zabiegi nie robią już aż takiego wrażenia, jak kiedyś. Zabawa czasem może również tchnąć zupełnie nowe życie w serię, której kondycja w ostatnich latach była dość dyskusyjna.

Mortal Kombat, mimo że jest wręcz ikoną gatunku bijatyk, przez wszystkie lata przeżywał wzloty i upadki. Sukces pierwszych odsłon, trudny romans z 3D i późniejsze eksperymenty z różnymi formami. Tak właściwie do momentu premiery Mortal Kombat (IX), czyli rebootu pod skrzydłami nowoutworzonego przez Eda Boona NetherRealm, trudno było mówić o sukcesach. No dobra, Shaolin Monks było całkiem przyjemną alternatywą – reszta mogła być uznawana za większy lub mniejszy crap.

Dlatego też wraz z dziewiątą odsłoną rozpoczęła się oficjalnie nowa era. Wszystko wróciło do pierwszego turnieju, więc twórcy mieli okazję wykreować pewne historie na nowo i okazało się to strzałem w dziesiątkę. Potem przyszedł czas na Mortal Kombat X, które kontynuowało nową tradycję. Może nie był to hit na miarę poprzedniej części, ale na pewno porządna bijatyka z kilkoma świeżymi pomysłami na jej rozwój. No może temat „Kombat Kids” był średnio zrealizowany, ale całość dawała sporą satysfakcję. W międzyczasie ekipa NetherRealm tworzy Injustice – serię bijatyk z bohaterami DC Universe. Tam również, mimo podobieństw do Mortala, można było zauważyć wiele nowych elementów, które mogły wpłynąć na przyszłość siostrzanej serii.

Nie dziwi mnie więc to, że wraz z premierą Mortal Kombat 11 w mojej głowie podekscytowanie mieszało się z obawami. Zupełnie niepotrzebnie.

Mortal Kombat 11 to prawdziwy powrót króla bijatyk!

Stara szkoła vs. Nowa szkoła

Fabularnie Mortal Kombat 11 rozpoczyna się mniej więcej w tym samym momencie, w którym skończyła się poprzednia odsłona. Będący pod wpływem mrocznej mocy amuletu Raiden postanawia rozprawić się z nie tylko z pokonanym Shinnokiem, ale również Liu Kangiem i Kitaną. W międzyczasie oddziały specjalne planują ostateczne uderzenie na fortecę. Wszystko byłoby proste gdyby nie fakt, że do gry wchodzi również Kronika – strażniczka czasu oraz architekt przeznaczenia, która postanowiła stworzyć rzeczywistość idealną łącząc przeszłość z przyszłością.

Innymi słowy jedno, wielkie zamieszanie. Starzy przeciwnicy wracają, pojawia się kilku nowych. Rozpoczyna się tym samym ostateczna walka o losy wszystkich światów.

via Gfycat

Pojawiają się głosy, że w bijatykach nie chodzi o fabułę, ale w przypadku gier od NetherRealm trzeba przyznać – za każdym razem potrafią stanąć na wysokości zadania. W przypadku „jedenastki” nie jest to może poziom przebijający Mortal Kombat z 2011, ale z pewnością jest to dobrze rozpisany film akcji ze wstawkami interaktywnymi w postaci starć. I nawet gdy nie do końca wierzyłem w postać Kroniki, tak ostatecznie nawet wypadła ona dość wiarygodnie. To wszystko ma tutaj sens. Oczywiście nie jest to fabularny majstersztyk i potencjalne GOTY, ale to porządna i satysfakcjonująca opowieść.

To, że Kronika broni się świetnie jako główny złoczyńca to jedno. Co do pozostałych postaci, to świetnie wypada Geras, a nieco gorzej Kollektor czy Cetrion (na Starszych Bogów… po Starszych Bogach wymaga się czegoś więcej). Z drugiej strony roster powracających bohaterów jest również całkiem przyzwoity. Szkoda, że w przypadku klasycznych postaci niektórych zobaczymy dopiero w DLC (np. powracającego w roli Shang Tsunga Cary-Hiroyuki Tagawę). O ile zdaję sobie sprawę z tego, że jest to już pewnego rodzaju standard w przypadku NetherRealm, tak zawsze będzie to jakoś kuło w serce. Zwłaszcza, gdy chciałoby się mieć w rosterze legendarnego szamana oraz gospodarza turnieju Mortal Kombat od samego początku tylko po to, aby móc powiedzieć „Your soul is mine!”. Nie zmienia to jednak faktu, że roster jest całkiem przyzwoity, choć chciałoby się mieć o wiele większy wybór z tych klasycznych bohaterów.

Raz kopniakiem, raz toporkiem!

Pod względem rozgrywki trudno jest tak właściwie cokolwiek Mortal Kombat 11 zarzucić. Starcia są niezwykle dynamiczne i efektowne. Tu nie ma miejsca na przypadkowe ciosy, bo każdy źle wklepany zestaw przycisków skutkuje chaosem. Podobnie jeśli chodzi o wykorzystanie elementów otoczenia czy ataków specjalnych. Nawet Fatal Blow, który ma być pewnego rodzaju dziką kartą oraz elementem przechylającym szalę na naszą stronę może być wykorzystany tylko raz w trakcie całej walki. Oznacza to jedno – nie tylko szybkie przyciskanie losowych kombinacji, ale i również podejmowanie odpowiednich decyzji.

Dużą różnorodność wprowadza również możliwość dostosowywania ataków specjalnych pod swoje przyzwyczajenia. Podstawa jest niezmienna – pewien wachlarz ciosów jest stały, a w przypadku tych dodatkowych nie można ich dodawać w nieskończoność. Jest z czego wybierać, choć można się spodziewać, że pewne kombinacje będą o wiele popularniejsze od innych.

Czy wpływa to potężnie na balans? Niekoniecznie. Z pewnością o tym przekonamy się za jakiś czas, gdy gracze zaleją serwery rankingowe.

Wieża, wieża… i jeszcze jedna wieża

Pod względem trybów gry Mortal Kombat 11 jest naprawdę wypełnione nimi po brzegi. Obok klasycznych wież przeróżnych wielkości powracają również wieże ograniczone czasowo i to w o wiele większej liczbie niż dotychczas. Tak samo, jak pojawia się o wiele więcej przeróżnych wspomagaczy, które można wykorzystywać w trakcie walki. Nadal nie do końca jestem przekonany, czy powinny one się tam w ogóle znajdować. Oczywiście można pokonywać niektóre z wież bez wykorzystywania dodatków, ale w przypadku tych o wiele bardziej wymagających starć warto mieć coś, co mogłoby służyć za naturalną kontrę dla modyfikatora. Innymi słowy – trudno jest sobie utrudniać zabawę. Szkoda, że bijatyki czasami nie są już tylko bijatykami…

Z drugiej strony pojawiają się dodatkowe wzmocnienia, które można stosować na elementach uzbrojenia. Nie są to co prawda elementy, które zmieniają grę znacząco, ale dodają różnorodności. Niby urozmaicenie, ale ostatecznie zawsze będę zwolennikiem tradycyjnych starć bez tego typu wspomagaczy. Co nie zmienia tego, że być może to jest jakaś przyszłość. Dopóki w walkach jeden na jednego wszystko zależy od umiejętności graczy, a nie tego, kto ma lepsze kryształki – nie mam z tym problemu.

Inną, dodatkową atrakcją są starcia drużynowe. Maksymalnie trzech graczy może wziąć w walce przeciwko jednemu, potężnemu wojownikowi. Oczywiście wszystko za nagrody. Pomysł świetny i prosty w swoim wykonaniu zwłaszcza, że pozostali gracze mogą nie tylko oglądać starcie, ale również wspomagać towarzysza dodatkowymi bonusami np. dodać mu trochę życia, puścić w stronę przeciwnika przewracającą falę czy grad pocisków. Być może poziom trudności tych pojedynków jest dość wysoki bez względu na to, czy są to gracze dobierani losowo czy przyjaciele. Liczą się umiejętności… chociaż kilkukrotnie Sub Zero postanowił strzelać lodowymi kulami częściej niż powinien, spamer.

Oooooo... Gooooorooo! (czerstwe)

Wszystkie pieniądze, klejnoty i serca możemy wydać w Krypcie znajdującej się na wyspie Shang Tsunga. Świetnie, że NetherRealm postanowili trochę rozszerzyć pomysł z MKX tworząc pewnego rodzaju interaktywną zabawę z zagadkami i zbieraniem artefaktów, które można wykorzystać do pokonania kolejnych przeszkód. Dla mnie bomba! Obawiam się jednak, że ostatecznie, aby zgarnąć wszystkie dostępne w grze dodatki trzeba będzie albo mocno zabrać się za farmienie, albo skorzystać ze skrótów w postaci mikrotransakcji. To może odstraszyć tych, którzy nie lubią żmudnego klepania walk tylko po to, aby odnaleźć konkretny ciuch.

A w online…

W online, obok możliwości wspólnego oklepywania przeciwników można również wziąć udział w tradycyjnych starciach rankingowych lub nie rankingowych. Pojawia się również możliwość ustawienia walk między graczami czy utworzenia pokoi pod wspólne treningi. Chciałoby się powiedzieć, że Mortal Kombat 11 jest dla fanów sieciowej mordoklepki świetnym przykładem, że można to robić w sposób urozmaicony. Zwłaszcza, jeśli lubicie śledzić statystyki, dodatkowe wskaźniki czy listę ostatnich pojedynków.

Widać, że Mortal Kombat jeńców nie bierze w tym temacie.

Optymalizacyjna perfekcja?

via Gfycat

Tak nie do końca…

O ile nie miałem problemów z optymalizacją grając w trybie historii, tak wraz z przejściem do wież czy walk sieciowych czasami zdarzały się dziwne, sekundowe przycięcia, które strasznie wybijały z rytmu. To dziwne, bo pod względem graficznym Mortal Kombat 11 prezentuje się naprawdę świetnie i, co ciekawe, nadal wykorzystuje stary i dobrze znany graczom Unreal Engine 3. Wydaje mi się, że do perfekcji brakuje zupełnie niewiele – ot jednej łatki, która jest w stanie wyeliminować te losowo występujące przycięcia. Czasami są, czasami ich nie ma, ale gdy już zaatakują, to frustracja narasta. Zwłaszcza, gdy w głowie mieliśmy kolejne kombo do wykorzystania.

Areny prezentują się wyśmienicie, podobnie kreacje postaci. Widać, że udało się wycisnąć z silnika Epic Games nieco więcej niż w przypadku Mortal Kombat X. Tam wszystko prezentowało się sztucznie, jak na pograniczu dwóch różnych światów. Tutaj jest soczyście i nieco bardziej, mimo całego absurdu oraz krwistych i przerysowanych finisherów, realistycznie.

Dźwiękowo również mam wrażenie, że Mortal Kombat 11 wypada o wiele lepiej niż poprzednia odsłona idąc nieco bardziej w kierunku klasycznych dźwięków, ale również stale przypominając o głównym motywie „jedenastki” – chłodzie komnat w siedzibie Kroniki. Chociaż szkoda, że remix głównego motywu filmu Mortal Kombat ostatecznie nie pojawił się w grze… to byłaby świetna wisienka na torcie.

Król powrócił, choć nie bez problemów

Mortal Kombat 11 to bez cienia wątpliwości powrót w świetnym stylu. Bez względu na to, czy będzie to gra dla osób poszukujących wrażeń fabularnych, starć kanapowych czy walk sieciowych. NetherRealm znów pokazali, że jeśli chodzi o bijatyki nie mają sobie równych.

Nie obyło się bez małych problemów technicznych, ale ostatecznie nie jest to nic, czego nie można wyeliminować. Do perfekcji zostało niewiele. Dodatkowo nadal nie mogę się pogodzić z tym, że znani w poprzednich odsłonach serii Mortal Kombat bohaterowie zostali schowani za ścianą z DLC, zwłaszcza legendarny Shang Tsung. Rozumiem natomiast bohaterów nowych lub też tych, którzy zaliczają występ gościnny z innych serii (oby Spawn wreszcie zawitał do tego świata, tak ładnie proszę…).

Ostatecznie werdykt jest prosty. Brać, grać i sprzedawać fatality swoim znajomym na kanapie lub w sieci… ale najpierw upewnijcie się, że macie je odblokowane.

Finish him/her!

Kup grę Mortal Kombat 11 w sklepie Sferis.pl!

Mortal Kombat 11

  • Świetny wątek fabularny i nowi przeciwnicy!
  • Mnogość trybów rozgrywki - do zabawy solo, sieciowo czy kanapowo
  • Dużo przeróżnych dodatków do odblokowania
  • Wprowadzenie własnych ustawień ciosów specjalnych, zmiany typowo gameplayowe
  • Graficznie i dźwiękowo świetnie.
  • Krótkie przycinki - do wyeliminowania
  • Klasyczni bohaterowie w DLC? O bogowie...
Gdyby nie problemy, to mogłoby być 9... 8.9
najnowsze