Popkultura

Wielkie i czerwone... nic - recenzja filmu Hellboy

Joanna Kułakowska, 21.04.2019 09:00 0

Czasem mam wrażenie, że recenzentom i krytykom po prostu odbija i mieszają z błotem całkiem niezły film. Niestety, tym razem „krytykanci” mają rację.

Hellboy, dziecko rysownika i scenarzysty Mike’a Mignoli, to paradoks wprost stworzony dla komiksu i wszelkich opowieści fantastycznych – rogata dusza, a zarazem złote serce buzujące w wielkim, czerwonym cielsku wrednego, humorzastego i szorstkiego typa z piekła rodem, który jako wyraz buntu przeciw swemu diabelskiemu dziedzictwu systematycznie pozbawia się rogów. Oczywiście, jako że koncepcja bohatera i towarzyszy jego akcji była nader kontrowersyjna, Mignoli nie było łatwo przeforsować pomysłu – na szczęście nieduże wydawnictwo Dark Horse zdecydowało się zaryzykować i wkrótce Hellboy stał się jego flagową serią. W ciągu ostatnich 25 lat przy pomocy licznych współpracowników uniwersum solidnie się rozrosło i wyskoczyło poza komiksowe kadry. Powstały gry komputerowe, kreskówki oraz adaptacje filmowe (dwie pierwsze sygnował swym nazwiskiem Guillermo del Toro) – teraz na ekrany kin wkroczyła trzecia z nich, w reżyserii Neila Marshalla, stanowiąca reboot historii tego, który wedle przepowiedni ma być siłą sprawczą Apokalipsy.

Hellboy Marshalla powtarza garść wątków znanych z poprzednich filmów inspirowanych wizjami Mignoli i dodaje nowe. Widzowie otrzymują origin story, a więc wiedzę o klapie okultystów III Rzeszy w 1944 roku, czyli zaskakującym wyniku rytuału przeprowadzonego przez Rasputina, i powalającym śmiertelników na kolana pochodzeniu piekielnego chłopca (tak po mieczu, jak i po kądzieli), a także roli Anung Un Ramy. Pojawiają się m.in. nader splątane motywy z komiksowych tomów: Hellboy. Nasienie Zniszczenia. Obudzić diabła, Hellboy. Spętana Trumna. Prawa ręka zniszczenia, Hellboy. Zew ciemności. Dziki Gon i Hellboy. Burza i pasja. Piekielna narzeczona. Na przykład niczym diabełek z pudełka wyskakuje Homar Johnson (Thomas Haden Church) w całej swej pulpowej i absurdalnej krasie wprost z lat 40. XX wieku, obserwujemy surrealistyczną ekwilibrystykę w wykonaniu odrażającej, krwiożerczej Baby Jagi, mroczne pozy dżentelmenów z Klubu Ozyrysa oraz patetyczne godowe wygibasy głównego czarnego charakteru tej historii – Królowej Krwi Nimue (Milla Jovovich). Naturalnie na ekranie króluje przede wszystkim wdający się w bijatyki typu Gore tytułowy Hellboy (David Harbour), okazjonalnie wykłócając się z przybranym ojcem, profesorem Trevorem Bruttenholmem (Ian McShane), ten zaś uparcie stara się sprawiać wrażenie, iż przypomina sobie o wychowanku jedynie wtedy, gdy trzeba wykonać kolejną brudną robotę dla Biura Badań Paranormalnych i Obrony, któremu szefuje.

Główną osią fabuły ekranizacji Marshalla jest powrót do życia wspomnianej już Nimue, straszliwej czarownicy władającej potworami kryjącymi się w mroku, którą niegdyś z wielkim trudem pokonał król Artur (Mark Stanley) wraz z Merlinem (Brian Gleeson). Władczyni zamierza zemścić się na ludziach, doprowadzić do Apokalipsy i stworzyć na Ziemi nowy Eden dla swych podopiecznych, Hellboy zaś gra w tych planach niebagatelną rolę. Wszystko to nie jest jednak takie proste – kwestia powrotu stanowi nader skomplikowany proces, który na każdym etapie utrudnia B.B.P.O. oraz jego sprzymierzeńcy i generalnie wszyscy zorientowani w sprawie zbliżającego się wielkimi krokami końca świata. Na tym tle ukazane zostają kłopoty głównego bohatera – ludzie, których broni, nie potrafią mu zaufać, a potwory, do których w zasadzie należy, nienawidzą go z przyczyn oczywistych i mają wielką ochotę wyrównać rachunki. W rezultacie chłopina ma problem z tożsamością wagi ciężkiej i topi smutki w alkoholu (nie to, żeby to był jedyny powód – nasz czerwony koleś po prostu lubi całkiem zatopić się w alkoholu).

Na ekranie przez cały czas mnóstwo się dzieje, na Hellboya zawsze ktoś czatuje, są zwroty akcji, bohaterowie tłuką się z tymi złymi ile wlezie, nie poskąpiono też efektów specjalnych. W czym więc problem?

Jedna z najważniejszych wad: fabuła i komponenty realizacyjne (zdjęcia, montaż) sprawiają wrażenie kompletnego bałaganu, topornego zlepku wszystkiego, co akurat przypadło twórcom do gustu. Nie chodzi o to, że nie można nadążyć za wydarzeniami, bo da się bez trudu, po prostu Neil Marshall tak jakby zapomniał o potrzebie stworzenia spójnej historii, której elementy płynnie i sensownie się łączą – opowieści z przemyślanym, wycyzelowanym rozwinięciem, gdzie poszczególne składniki w postaci scen pchających akcję do przodu, retrospekcji oraz dynamicznych, krwawych przerywników są dobrze wyważone, dzięki czemu grają na emocjach odbiorcy/odbiorczyni, prowadzą do punktu kulminacyjnego, „wyciszenia” wątków, a następnie klimatycznego, wyrazistego zakończenia z przysłowiową „kropką nad i”. Obecne zakończenie swą dynamiką i wymową pasowałoby raczej oczko wcześniej. Dobrze chociaż, że prolog jest na swoim miejscu. Również zwroty akcji (wyjąwszy jeden) są łatwo przewidywalne – i nie trzeba w tym celu znać komiksów Mike’a Mignoli i współpracowników.

CGI w niniejszej produkcji generalnie zawodzi, chwilami jest niemal tandetne (stwory mroku...), na szczęście efekty praktyczne nieraz ratują sytuację – nie zmienia to jednak faktu, że film Neila Marshalla mógłby wbić w ziemię 15 – 20 lat temu, a teraz powoduje tylko wzruszenie ramion (w zasadzie zrealizowany w 2006 roku Labirynt fauna Guillerma del Toro, którego recenzję można przeczytać tutaj, wywołuje dziś większe wrażenie). Chociaż gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że da się wykryć trzy, może cztery sceny, które są klimatyczne – na pewno należy do nich pojawienie się chatki na kurzych łapkach Baby Jagi i proces przemiany jednej z postaci w bestię (choć sama bestia okazuje się nazbyt... pluszowa). Lecz już chociażby olbrzymy, z którymi przyjdzie zmierzyć się Hellboyowi, to istna tragedia.

I wreszcie kwestia humoru. Serie komiksowe z Hellboyem w roli głównej charakteryzują się zarówno połączeniem mitów i folkloru z szeroko pojętą popkulturą, jak i szorstkim czarnym humorem. Mike Mignola zaopatrzył swe dziecię w cyniczne, nieraz brutalne onelinery, jednak unikał prymitywnego rzucania mięchem. Tymczasem Hellboy w wydaniu reżysera Neila Marshalla i scenarzysty Andrew Cosby’ego, których ewidentnie poniósł nadmierny entuzjazm wywołany faktem pracy z kategorią R, ciągle wali na odlew nie tylko czerwoną łapą, ale i bluzgami, tudzież wyczynia głupkowate akcje (Gooool!...). Wszystko razem okazuje się tak kiczowate, że nawet momenty, które starają się uwypuklić, że nasz bohater jest steranym życiem, zgorzkniałym osobnikiem, co to ma już wszystkiego dość, zadaje sobie egzystencjalne pytania i empatyzuje z tymi, na których szczuje go tatuś, spływają po widzu jak woda po kaczce (a w każdym razie po mnie spływały). Nic tu nie robi wrażenia. Deprecjonowanie potencjalnie interesujących scen „niekomicznym komizmem” powoduje, że cały efekt diabli biorą. Sceny, które mają śmieszyć, prowokują co najwyżej uniesienie brwi. Sceny, które mają straszyć, nie straszą. Sceny, które raczej mają na celu oglądających poruszyć, koniec końców wydają się obojętne albo głupawe. Brak pozostawionego na widzu emocjonalnego śladu to największa wada tego filmu i nie pomoże tu nawet fakt, że znany z serialu Stranger Things David Harbour grający tytułową postać oraz wcielający się w obiektywnie sympatycznych i obiecujących drugoplanowych bohaterów Sasha Lane (medium Alice Monghan) i Daniel Dae Kim (major Ben Daimio) robili wszystko, co w ich mocy.

Hellboy ma jednak wielką zaletę. Jest to świetna, łącząca hard rock i metal z klasyczną muzyką filmową ścieżka dźwiękowa. Czy jednak warto dla niej kupować bilet do kina? Chyba lepiej nabyć płytę z muzyką.

Podsumowując: Niestety, nie jest to sytuacja, kiedy nadmiernie skrytykowano całkiem dorzeczny film (jak na przykład Venom - którego recenzja znajduje się tutaj). Hellboy (2019) sprawia, że Hellboy (2004) i Hellboy II: Złota armia (2008) w reżyserii del Toro, słusznie krytykowane za koszmarną cukierkowość scenariusza, wydają się obecnie bardzo dobrymi obrazami. Miłośnicy i miłośniczki mrocznych opowieści grozy przemieszanych z akcją i nasyconych cynizmem, jak również – a może właśnie przede wszystkim – specyficznej, baśniowo-lovecraftowskiej atmosfery wykreowanej przez Mignolę nie mają tu czego szukać. Otrzymają zamiast tego wielkie nic.


Lepiej zagrać choćby w Hellboy: The Science of Evil.

najnowsze