Recenzja - konsole

Waszyngton w ogniu - Tom Clancy's The Division 2 - recenzja

Michał Grabowski, 10 kwietnia 2019 12:00 0

Massive Entertainment odrabia pracę domową na czwórkę z małym plusem!

Po ograniu większości z tego, co możliwe do ogrania w Tom Clancy’s The Division 2 mogę powiedzieć jedno – ocena najnowszej gry Massive Entertainment jest bardzo trudna. Powodem tego wcale nie jest fakt, iż pisanie recenzji tytułów opartych o system „gra jako usługa” to dość karkołomne zadanie i najlepiej byłoby je oceniać wtedy, gdy kurz po pierwszych zachwytach opada. Tym bardziej, że porównania do innych gier z tego gatunku nasuwają się same po wpadkach poprzedników. Z drugiej strony to właśnie pierwsze The Division miało już w momencie premiery uczyć się na błędach... aby w ostatecznym rozrachunku również się z nimi borykać. Czy udało się tym razem uniknąć wpadki?

To trzeba powiedzieć wprost - The Division 2 jeszcze lepiej oddaje to, co autor miał pierwotnie na myśli pokazując pierwsze zwiastuny na E3 sprzed wielu lat w przypadku pierwszej części. I tak, dali nam nawet do zabawy drona!

Waszyngton w ogniu

Wsi spokojna, wsi wesoła… Agent SHD wychodzi z szopy w jednym z przyczółków bronionych przez tytułowy Dywizjon - grupę powołaną przez prezydenta Stanów Zjednoczonych w celu szybkiego reagowania w stanach nadzwyczajnych stworzoną z ludzi znajdujących się w społeczeństwie. Szybko dochodzi jednak do ataku ze strony nieznanej grupy łasej na znajdujące się w tym miejscu surowce, a zadaniem gracza jest odeprzeć wroga. Wszystko to służy za szybki i prosty samouczek – bez wykonywania powolnych zadań czy rejestracji w bazie, jak miało to miejsce w pierwszej części The Division. Po zakończonej walce oraz przygotowaniach do kolejnego starcia przychodzi sygnał z Waszyngtonu. Stolica potrzebuje natychmiastowego wsparcia.

Agent wyrusza do Waszyngtonu, pomaga w odparciu zagrożenia w okolicach Białego Domu i chwlę później nowy szeryf bierze się za porządkowanie całego miasta. A przy okazji przyjdzie mu dowiedzieć się, jaką rolę w tym wszystkim odgrywa tajemniczy proszek o nazwie DC-62 i czy rządzący państwem nie mieli interesu w epidemii grypy, która wybuchła w Czarny Piątek.

Całość rozgrywki w The Division 2 można podzielić na kilka etapów. Pierwszym z nich jest główny wątek fabularny, który sam podzielony jest na trzy różne części. Przebicie się przez wszystkie misje fabularne, odbicie twierdz frakcji (w tym Kapitolu) oraz późniejsze odparcie zagrożenia ze strony Czarnych Kłów to zabawa na jakieś 40-50 godzin w zależności od tego, czy preferujecie szybki sprint, czy lubicie wycieczki krajoznawczo-turystyczne w poszukiwaniu znajdziek. Muszę przyznać jednak, że fabularnie The Division 2 spodobało mi się o wiele bardziej. Znalazło się miejsce dla małych twistów, cała historia również wydaje się być o wiele bardziej spójna. Nie jest to majstersztyk, ale czuć w tym duszę gier z dopiskiem „Tom Clancy’s”. Nawet w niepozornych zadaniach tkwi pewien zastrzyk informacji o tym, co działo się przez ostatnie miesiące w Waszyngtonie.

Rzeczy do zrobienia jest sporo i za każdym razem zdarzało się, że z raz czy dwa zamiast iść prosto do kolejnego zadania zboczyłem z kursu bawiąc się w odbijanie posterunków, zakładników czy surowców z rąk frakcji.

via Gfycat

Trudno tutaj o puste przebiegi, gdy na większości uliczek coś się dzieje. Na jednej cywile w sweterkach walczą z oddziałami jednej z frakcji. W innym miejscu trafiamy na grupę Czarnych Kłów przetrzymujących zakładników, a przemykając zakamarkami miasta trafiamy na wycofujący się oddział, który bez większego zastanowienia otwiera ogień do bezbronnego agenta. Tym razem trudno tu o nudę, a klimat odizolowanego od świata Manhattanu zastępuje skąpany w ogniu Waszyngton - dosłownie. Pod tym względem The Division 2 wprowadza powiew świeżego powietrza nie tylko stawiając na zupełnie nowe podejście do otwartego świata, ale również pozwalając poznać miasto, które w grach nie było aż tak często wykorzystywane. Tym bardziej, że ponownie Massive wzniosło się na wyżyny w kwestii odwzorowania miasta w grze. Nie bez powodu The Division było świetne pod względem enviroment storytellingu i podobnie jest również w sequelu - to robi wrażenie!

Grind, grind, grind!

The Division 2 nie mogło zabraknąć tego, co w looter shooterach jest najważniejsze – zbierania tony sprzętu. Co ciekawe, przez te wszystkie godziny nie odczuwałem większych problemów z awansowaniem na kolejne poziomy czy też podbijając swój Gear Score. I to teoretycznie dla jednych może być świetną wiadomością, jeśli nie lubicie spędzać dziesiątek godzin na wbijaniu kolejnych punkcików. Inni natomiast będą zadowoleni tym, że reszta rozbija o statystyki, umiejętności oraz mody, a to daje sporo możliwości do ewentualnych kombinacji oraz buildów.

Co jednak ważne, mimo wykręcania coraz to większych liczb, to podczas zabawy w PvE poziom trudności był względnie wyrównany i czasami stawiał wyzwanie. Bez względu na to, czy bawiłem się sam, czy szukałem innych graczy poprzez matchmaking. Można byłoby dyskutować czy przeciwnicy elitarni powinni być aż tak mocni w porównaniu z pozostałymi (nawet, jeśli narzędzia pozwalają na zwiększenie obrażeń im zadawanych), ale ostatecznie balans rozgrywki jest na bardzo dobrym poziomie. Dopiero po ukończeniu aktualnie dostępnych twierdz w kampanii związanej z oblężeniem Waszyngtonu przez nową frakcję faktycznie zacząłem mierzyć siły na zamiary, a punkty Gear Score porówynwać z tym, czy dany sprzęt pasuje mi do buildu.

To, co również rzuca się w oczy to względne uproszczenie statystyk, a całość wydaje się o wiele bardziej czytelna i zrozumiała. Okazji do zgarnięcia lootu jest tym razem o wiele więcej, a całość nie ogranicza się do mechanicznego powtarzania tych samych misji. Każdy z pewnością znajdzie swój styl, czy to w łupieniu świata gry, zabawy w trybie Conflict czy przejścia na złą stronę w jednej z trzech Stref Mroku. Wszystko to oparte na dobrze znanym systemie oraz modyfikacjach, których część odblokowujemy na stałe (te związane z bronią) a inne znajdujemy w przeróżnych łupach (te związane z ekwipunkiem i umiejętnościami). W połączeniu z ośmioma różnymi zestawami umiejętności, w których mamy po kilka różnych wariantów można powiedzieć, że Szwedzi z Massive zdrowo zaszaleli. I o ile sceptycznie podchodziłem do ilości myśląc "i tak będę korzystał z kilku z nich", tak ostatecznie złapałem się na tym, że zacząłem kombinować i korzystać z tych gadżetów, które najlepiej sprawdzą się w aktualnej sytuacji. Bez względu na to czy jest to wyrzutnia granatów osłabiających pancerz przeciwnika czy działko snajperskie - kombinacji jest tutaj sporo i hardkorowcy na pewno zaczną doszukiwać się w tym wszystkim konkretnych buildów. Dodatkowo, zamiast „superów” do gry wchodzą specjalizacje. I tutaj z jednej strony cieszę się, że ustępują one popularnym umiejętnościom specjalnym, bo powiedzmy sobie szczerze - do The Division pasują one trochę jak pięść do nosa.

via Gfycat

Z drugiej natomiast mam wrażenie, że niektóre atrybuty przypisane do specjalizacji są albo nietrafione, albo są zbyt mocne w połączeniu z niektórymi ustawieniam. Raczej narzekam na ten pierwszy przypadek, bo tak właściwie nie widzę potrzeby w tym, aby obniżać możliwość regeneracji własnego pancerza zyskując przy tym szybsze ugaszenie przeróżnych efektów, jeśli będąc strzelcem moim zadaniem jest głównie osłaniać towarzyszy z tyłu. Te drobnostki wymagają pewnego dopracowania tak, aby dawały one wymierne korzyści.

Inaczej wygląda również temat broni egzotycznych, których części trzeba powoli zbierać. Czy to dobrze? Widać inspirację systemem, który pojawił się również w Warframe, a część surowców można zdobyć w konkretnych aktywnościach na odpowiednich poziomach trudności i złożyć je w całość. Inne wypadają losowo. I szczerze? Kupuję to. Co by nie mówić, to świetnie jest pochwalić się znajomym swoim nowym, unikalnym pistoletem, który do zdobycia jest w konkretny sposób. Do tego dochodzi cała masa rozsianych po Waszyngtonie ukrytych misji oraz aktywności, które gracze rozgryźli niezwykle sprawnie. Nie będę jednak odkrywał wszystkich tajemnic. Jeśli chcecie, to szukajcie niespodzianek na własną rękę.

Endgame...

via Gfycat

Tutaj mam spory dylemat. Czekałem dość długo na to, aby sprawdzić, jak wypadnie reszta zawartości przewidzianej na pierwsze miesiące w The Division 2. O ile Tital Basin wreszcie został odblokowany, a wraz z nim możliwość walki na kolejnym World Tierze, tak weszło również kilka dodatkowych, a przy okazji kontrowersyjnych zmian.

Po pierwsze i nawjażniejsze - to, co jest dostępne w grze jest naprawdę dobrą podstawą do tego, aby co jakiś czas logować się do gry i zgarnąć sprzęt. Jeśli nie macie zbyt wiele czasu na typową farmę, to nie ma aż tak wielkich problemów z ewentualnym dogonieniem reszty. Zwłaszcza, że gra sama podpowiada, co tak naprawdę trzeba zrobić. Cotygodniowe inwazje to zestaw kilku różnych misji prowadzących do jednej z fortec oraz ostatecznego starcia z Black Tusk. Do to dzienne i tygodniowe zadania, projekty, zlecenia na konkretnych przeciwników w Waszyngtonie oraz odbijanie posterunków na nieco innych zasadach niż do tej pory.

Cała mapa żyje, a to oznacza, że można zdecydować, które z aktywnóści pasują nam najbardziej w tzw. "light zone". Z drugiej strony jednak mam wrażenie, iż dzięki temu strasznie spadło zainteresowanie trybami gracz kontra gracz w myśl zasady - jeśli można zdobyć coś łatwiej i bez ryzyka, to po co się męczyć?

Dark Zone w The Division 2 pod względem klimatu nadal trzyma poziom. Wszystkie trzy miejscówki opowiadają nieco inne historie związane z upadkiem Waszyngtonu i to jest na swój sposób piękne. Jest ponuro, czasami śmiertelnie spokojnie. Nie robi to jednak już takiego wrażenia jak w przypadku Strefy Mroku z Nowego Jorku - miejsca, gdzie właściwie diabeł mówi dobranoc, a wszystkie chwyty są właściwie dozwolone.

W The Division 2 wszyscy dobrze wiedzą co, gdzie i dlaczego, a pewna nuta tajemnicy zanika. Wyrównanie szans między graczami (lub brak w przypadku wersji okupowanej) zawsze będzie miało swoich zwolenników i przeciwników. W ogólnym rozrachunku Dark Zone staje się raczej jedną z opcji niż miejscem, do którego wszyscy muszą się udać, jeśli potrzebują potężniejszego sprzętu. Choć zabawnym faktem jest to, że na dziesiątki wysłanych skażonych przedmiotów oraz wyczyszczonych miejscówek ginąłem głównie z rąk przeciwników AI przez swoją lekkomyślność, niż wrogich agentów. Ostatecznie tak - klimat jest, jakieś wyzwanie również (tym bardziej, jeśli macie zamiar ekslorować strefę mroku samotnie), ale brakuje tego "wow", które pojawiło się w jedynce przy pierwszym wejściu do Dark Zone.

Inaczej sprawa ma się z Conflict, bo tu nie ma wyjścia - trzeba walczyć z przeciwnikami, ale i również problemami z połączeniem. Gdyby nie to, że co jakiś czas moim oczom ukazywala się "delta", to Conflict mógłby być ciekawą alternatywą dla tych, którzy uwielbiają starcia na jasnych zasadach. Bez względu na to, czy to Skirmish czy Domination. Zaskakuje również dość mały wybór aren, przez co można mieć wrażenie, jakby nie do końca Massive wierzyło w popularność tego trybu od samego początku. Zwłaszcza, że już wcześniej został on zaprezentowany graczom w nieco innej formie, a tak zostaje przełknać gorzką pigułkę w całym tym dobrze. Szkoda, bo możliwości zdobycia dodatkowego lootu są, a odpowiednio zgrana drużyna jest w stanie spokojnie wygrać kilka starć.

Małe wtrącenie, trochę poza recenzją...

Wrócę na chwilę do kontrowersji, ponieważ nie do końca zgadzam się z twórcami w jednej kwestii. Aktualizacja Tidal Basin wprowadziłą również pierwszą falę zmian w balansie gry oraz zmieniła to, w jaki sposób działają mody w Tom Clancy's The Division 2. O ile rozumiem zmiany w konktekscie umiejętności... tak myślę, że zmiany w ustawieniach związanych z bronią nie powinny być aż tak drastycznie uproszczone. Przynajmniej do kolejnej, dużej aktualizacji i pierwszego epizodu, aby gracze po dłuższym czasie mogli spojrzeć na te propozycje z zupełnie innej perspektywy. Z drugiej strony nie zawsze większość ma rację, a pewne reguły gry o wiele lepiej wpływają na ogół zabawy. Na ten moment wiadomo jednak tyle, że do gry wraca publiczny serwer testowy (informacja gorąca, z 10. kwietnia) - to dobry znak. Liczę jednak na rozsądek ze strony Massive, bo nie zawsze większość faktycznie ma rację.

Ostatecznie, gdyby podsumować to wszystko, to solidna podstawa do fajnej zawartości endgame'owej niewątpliwie w The Division 2 tkwi. Wszystko zależy tak naprawdę od tego, jakie kolejne kroki podejmie Massive, aby stale zapewniać graczom rozrywkę - czy to w postaci wydarzeń specjalnych, czy to w postaci nowej zawartości (uzbrojenia, misji, map do starć pvp). Rozpiska na pierwszy rok w The Division 2 prezentuje się całkiem przyzwoicie. Mam nadzieję, że twórcy dowiozą o wiele lepszą zawartość niż w przypadku jedynki.

Świat jak malowany, tylko trochę niewyraźny…

Niedawno wspominałem o tym, że The Divsion 2 to kolejny, świetny przykład na to, jak dokładnie można odwzorować współczesne miasta w grach komputerowych.

Tak, Waszyngton rzeczywiście wygląda fenomenalnie, a silnik graficzny Snowdrop zaliczył duży postęp w porównaniu z poprzednią częścią. Sęk w tym, że nadal boryka się z podobnymi problemami technicznymi. Przeciwnicy potrafią teleportować się w różne miejsca, niektóre tekstury doczytują się z pewnym opóźnieniem (choć jest WYRAŻNIE lepiej niż w becie), a i całość potrafi przy dużym zamieszaniu niczym w filmach Michaela Baya zwolnić o te kilka klatek. Widać, że PlayStation 4 czasami ma problem z obsługą tego wszystkiego na ekranie, choć nie sprawia to, aby z jakiegoś powodu gra była niegrywalna. Różnicę widać natomiast wtedy, gdy do konsoli masz podpięty szybszy dysk, docelowo SSD. Wtedy faktycznie problem doczytujących się tekstur potrafi być praktycznie niezauważalny.

via Gfycat

Inne przypadłości, które wymagają większych lub mniejszych poprawek ze strony Massive. Widać jednak tuż po premierze, że Szwedzi ostro wzięli się do roboty i kontrolują sytuację wypuszczając mniejsze łatki. Jest więc szansa, że na rozwiązanie m.in. problemów z umiejętnościami nie będziemy mogli tak długo czekać i zostaną one naprawione priorytetowo. Cieszy fakt, iż doświadczenie zebrane przez ostatnie trzy lata sprawiło, że dziś działa to wszystko o wiele sprawniej i daje dość dobrą perspektywę na przyszłość.

Na pochwałę zasługuje również przygotowana przez Olę Strandtha ścieżka dźwiękowa, jak również kwestie wypowiadane przez NPC. Miło jest usłyszeć rzucone przez przechodzący patrol „fajna stylówka!” czy dowiedzieć się, że przeciwnik dobrze widzi moją próbę zmiany pancerza. Pod względem immersji The Division 2 rozgrywa to wszystko perfekcyjnie, bardzo podobnie jak w przypadku pierwszej części. Ten świat żyje, a każdy szybki spacer po wirtualnym Waszyngtonie kończy się po dobrych kilku godzinach – to wszystko wciąga!

A, co ważne - gra naprawdę sprawnie radzi sobie z wczytywaniem rozgrywki. Właściwie jeden dłuższy ekran przy logowaniu, a cała reszta związana jest głównie z szybkimi podróżami, co jest praktycznie mało odczuwalne. Postęp w porównaniu z poprzednią odsłoną jest naprawdę kolosalny.

Ostateczny werdykt

via Gfycat

To takie małe zobrazowanie mojej osoby po pierwszym tygodniu ostrego grania... było warto!

Po około 120 godzinach w Waszyngtonie myślę, że w The Division 2 warto zagrać z prostego powodu - to świetna ewolucja tego, co zapoczątkowała pierwsza cześć.

Sporo poprawionych elementów rozgrywki, garść świeżych pomysłów oraz miasto, które wbrew pozorom ma do zaoferowania o wiele więcej niż myślicie. Nie jest to ideał, ani też zbawiciel gatunku looter shooterów. Ma jednak jeden, przeogromny atut, którym jest świetnie wykreowany przez Massive Entertainment świat, a klimat wylewa się z ekranu hektolitrami. Waszyngton wciąga - bez wyjątku. Bez względu na to, czy wyruszycie do DC przejść wyłącznie głowny watek fabularny, czy spróbujecie walczyć o potężniejsze łupy - jest co robić, a czasami nawet trudno zdecydować, od czego faktycznie zacząć. Do tego cała masa przeróżnego lootu, przebrań oraz tego, co potencjalnie może przynieść nabliższa przyszłość.

Jedyne, czego życzę Massive Entertainment to wytrwałości, aby zapał zaprezentowany przez pierwszy miesiąc nie zgasł w kolejnych.

Keep up the good work, Agents!

The Division 2 PS4

  • Świetnie odwzorowany i klimatyczny Waszyngton, który świetnie opowiada historię upadku najważniejszego miasta w USA
  • Cała masa aktywności - od misji głównych i pobocznych po drobne zlecenia i projekty
  • Różnorodność ekwipunku i broni - dziesiątki kombinacji dzięki modyfikacjom
  • Przebudowany system postępów z kilkoma dodatkowymi możliwościami
  • Specjalizacje!
  • Ścieżka dźwiękowa autorstwa Oli Strandtha
  • Graficznie całkiem dobrze...
  • ... choć nadal silnikowi Snowdrop daleko do szczytu możliwości
  • Niewykorzystany potencjał trybu Conflict
  • Dark Zone nie robi już aż takiego wrażenia
  • Sporadyczne bugi i glitche (choć plusem może być szybka reakcja oraz wysyłanie poprawek).
Nie ideał, ale warto zagrać! 8.2
Wielkie i czerwone... nic - recenzja filmu Hellboy
Gdy magowie się kłócą, planety się rozpadają - recenzja Driftland: The Magic Revival
Pieniądz robi pieniądz - recenzja Anno 1800
Jaja bez trzymanki i wartości rodzinne - recenzja filmu Shazam!
najnowsze