Recenzja - mobile

Tony Hawk's Skate Jam - recenzja - Panie Hawk, daj pan już spokój!

Katarzyna Dąbkowska, 12 stycznia 2019 13:30 5

Upadająca legenda smartfona się chwyta.

1999 rok był niewątpliwie jednym z najważniejszych w historii skateboardingu. Tony Hawk, jeszcze młody i żwawy mistrz deski wykonuje słynną na cały świat dziewięćsetkę. W tym samym roku ukazuje się też pierwsza gra sygnowana jego nazwiskiem - Tony Hawk’s Pro Skater, który skradł serca miłośników sportów ekstremalnych. Od tych wydarzeń minęły już prawie dwie dekady, ale o skateboardowych grach już prawie nikt dziś nie pamięta. Czy sytuację ma szansę zmienić wydane niedawno na smartfony Tony Hawk’s Skate Jam? Nie sądzę.

Seria Tony Hawk cieszy się wieloma świetnymi tytułami. Można tu wymienić rewolucyjne Pro Skatery, z których „czwórka” była pokazem prawdziwej skaterskiej klasy. Z czasem kolejni twórcy zaczęli tam wszystko udziwniać i najzwyczajniej w świecie psuć. W 2009 roku serię ratowała mobilna odsłona fenomenalnego Pro Skater 2, ale nowe gry zawodziły na całej linii. Stworzony przez zupełnie inne studio, bez udziału Activision i praw do marki Tony Hawk's Skate Jam miał nam przypomnieć, że duch Birdmana może jeszcze ożyć na ekranie i porwać za sobą tłumy. Szkoda tylko, że tytuł ten zlepek złych, gorszych i najgorszych pomysłów.

Tony Hawk's Skate Jam ma do bólu prostą mechanikę. Nie dowiecie się tego jednak z samouczka, który ewentualnie pokaże wam, gdzie znajdują się przyciski na ekranie. Jest tu potrzebny tak, jak ratownik na profesjonalnych zawodach pływackich i wprowadza zamieszanie w mechanikę prostą niczym konstrukcja cepa. Po lewej stronie znajdziemy wirtualny analog, a po prawej zaledwie kilka przycisków odpowiadających za skok i garstkę trików. Skate Jam nie jest wielką odskocznią i serwuje raczej bazową mechanikę, którą możecie znać z podobnych, skaterskich gier. Znajdziecie tu w sumie połączenie rozgrywki z produkcji sygnowanych nazwiskiem najpopularniejszego skatera na świecie i Skateboard Party. Podobnie jak w innych odsłonach, kilka flipów, podskoków, grindów i slide'ów wystarczy, by wykręcić porządne wyniki na miarę prawdziwego bohatera deski. Tego się w teorii nie da zepsuć. A jednak: Tony Hawk's Skate Jam ma niesamowicie toporne sterowanie, które nijak nie pozwala nam na zostanie mistrzem deskorolki. Już na początku zauważycie, że wirtualny analog nienaturalnie reaguje na poruszenie się naszego bohatera. Wystarczy muśnięcie warg motyla, by miotało nim jak szatan. Postać ma też własne życie i ciężko sprowadzić ją na właściwy tor.

Plansze składają się na kilka lokacji, z których każda obsiana jest kolejnymi miejscówkami do grindu. Prostota rozgrywki nijak ma się jednak do zliczania punktacji. Robiąc w zasadzie te same triki, w tych samych miejscach, wciąż liczeni jesteśmy inaczej. Za błędy tracimy punkty, jednak obliczenia są tu tak spójne i logiczne, jak noszenie japonek zimą. Każda z plansz oferuje kilkanaście osiągnięć do odblokowania i, jeśli jesteście początkującymi, wirtualnymi skaterami, osiągnięcie wszystkich zajmie wam długie godziny. Nawet wprawiony zawodnik może się wyłożyć na pierwszym zakręcie. Trzeba pamiętać, że na wszystko dodatkowo mamy tu widełki czasowe, które są mocno ograniczone i wcale nie pomagają w polubieniu się ze Skate Jam.

Tony Hawk's Skate Jam wysysa w graczu nie tylko miłość do deskorolki, ale wyciąga chciwe łapy po nasze ciężko zarobione pieniądze. Już na początku możemy kupić zestaw startowy za bagatela 48 zł, a trzeba dodać, że jest to cena promocyjna. Pakiet składa się przede wszystkim z bajeranckiej deskorolki, dzięki której łatwiej osiągać wyznaczone przez grę cele. Nie będzie mi dane tego sprawdzić, bo choć w młodości kilka spektakularnych upadków dane mi było zaliczyć, moja czaszka nie zaznała aż tylu uszkodzeń, by kupować wirtualną deskę za pięć dyszek. Produkcja nęci nas mikropłatnościami. To tu, to tam szczuje nas klawymi okienkami, a to z promocjami, a to z reklamą nowej gry free2play. Chcesz więcej doświadczenia – obejrzyj reklamę. Chcesz deskę – wyskakuj z pięciu dych, sknero. Widać, że producent uczył się marketingu od Ebenezera Scrooge'a.

Jeżeli tli się w was jeszcze maleńkie światełko w tunelu i myślicie, że Skate Jam chociaż pokaże wam piękne oblicze Birdmana, muszę tę iskrę brutalnie zgasić. Tak, są brzydsze. Ale są również ładniejsze. Niewątpliwie Tony Hawk's Skate Jam to gra na wskroś przeciętna graficznie, choć i tu panowie i panie z Maple Media potrafili coś spartolić. Od czasu do czasu zaserwują nam błąd, który, choć nie zablokuje nam dalszej rozgrywki, pozwoli nam na wjechanie w ścianę budynku. Skutkuje to przejściem do innego wymiaru, bo już po kilku sekundach znajdujemy się w zupełnie innym miejscu niż przed chwilą. Na koniec rzucę tylko jednym dobrym słowem – muzyka. Muzyka jest ok.

Tony Hawk z pewnością upadał mocno. Wybił sobie kilka zębów. Złamał kilka żeber i innych kości zapewne też. Upadki te z pewnością były bardzo bolesne i choć niezwykle współczuję Birdmanowi jego bólu, to myślę, że i tak były to mniej traumatyczne przeżycia, niż granie w Skate Jam.

Tony Hawks Skate Jam

  • muzyka
  • wszystko inne
Kijem proszę tego nie dotykać 3.0
Imperium Zioła - recenzja Weedcraft Inc
Wielkie i czerwone... nic - recenzja filmu Hellboy
Gdy magowie się kłócą, planety się rozpadają - recenzja Driftland: The Magic Revival
Pieniądz robi pieniądz - recenzja Anno 1800
najnowsze