InformacjeInne

PUBG i Fortnite mają nowego konkurenta? Graliśmy w Dying Light: Bad Blood

... Adam Berlik

Dying Light: Bad Blood miał wnieść powiew świeżości do gatunku battle royale. I tak też się stało, ale po drodze ewidentnie coś poszło nie tak…

Paradoksalnie to, co Bad Blood wnosi do mechaniki Dying Light, wypada najsłabiej (co nie znaczy źle), ale dzięki podstawom opracowanym na potrzeby hitu z 2015 roku możemy powiedzieć, że Techland ma w zanadrzu udany tytuł. Pytanie tylko: na jak długo? Pod koniec września informowaliśmy, że nawet w godzinach szczytu Dying Light: Bad Blood nie cieszył się ogromną popularnością, bo jednocześnie na serwerze przebywało najwięcej 455 graczy.

Nie jest to szczególnie problematyczne, bo w odróżnieniu od Playerunknown’s Battlegrounds (PUBG), w rozgrywce bierze udział dwunastu, a nie stu użytkowników, więc uruchamiając Dying Light: Bad Blood w godzinach wieczornych, kiedy do zabawy dołącza najwięcej osób, trzeba poczekać zaledwie dwie, może trzy minuty na resztę grupy. Być może gra nie cieszy się wielkim zainteresowaniem dlatego, że znalazła się w fazie Wczesnego Dostępu, gdzie została wyceniona na 59,99 złotych? W tej cenie otrzymujemy Pakiet Fundatora z kosmetycznymi przedmiotami (np. skórki na broń) oraz 1000 Blood Bucks, czyli wirtualnej waluty, z której możemy zrobić użytek w sklepie Dying Light: Bad Blood, nabywając dodatki niedające żadnej przewagi nad innymi graczami. Warto w tym miejscu odnotować, że opisywany tytuł po wyjściu z Early Access na Steamie będzie funkcjonował w modelu biznesowym free-to-play (darmowy z mikropłatnościami).

A może przyczyna leży jeszcze gdzieś indziej? Może chodzi o to, że gracze poczynili tak duże postępy w najpopularniejszych battle-royalach, jak wspomniany już PUBG czy bijący rekordy popularności Fortnite, że nie chcą próbować nowości? Koniec tych dywagacji, bo tak naprawdę nie wiadomo do końca o co chodzi, ale pewne jest to, że Dying Light: Bad Blood może się podobać. Nie każdemu, rzecz jasna, ale Techland na potrzeby swojego dzieła opracował zupełnie nowy termin, brutal royale, który doskonale oddaje to, co dzieje się na ekranie podczas rozgrywki. Poza tym gra nie kładzie nacisku jedynie na rywalizację i współpracę z innymi graczami, ale wymaga także pokonywania komputerowych przeciwników. No dobrze, ale o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi?

Jak już wspomniałem, w jednej sesji Dying Light: Bad Blood bierze udział 12 graczy, którzy lądują (dosłownie) na mapie, by tam walczyć o przetrwanie. Celem rozgrywki jest dotarcie do helikoptera i opuszczenie wyspy. Aby tego dokonać, należy zbierać określoną liczbę próbek krwi zarażonych. Są one zaznaczone na mapie, lecz zwykle po rozpoczęciu pobrania takiego znaleziska aktywują się okoliczni przeciwnicy, z którymi musimy się uporać, w międzyczasie tocząc pojedynki z pozostałymi uczestnikami zabawy. Helikopter pojawi się na wyspie w momencie, kiedy jeden z graczy będzie miał na swoim koncie wskazaną liczbę próbek krwi, ale na tym nie koniec, bo po pierwsze stanie się on zwierzyną dla innych użytkowników, a ci dodatkowo będą mogli zobaczyć go na mapie. Ten, kto jako ostatni utrzyma się przy życiu, wygra dany mecz. Reguły są więc nieco bardziej skomplikowane niż w PUBG, ale trzeba przyznać, że pod tym względem Dying Light: Bad Blood jest bardzo pomysłowy.

Dying Light: Bad Blood najbardziej błyszczy tam, gdzie zwykły Dying Light, czyli podczas eksploracji mapy oraz walki z przeciwnikami. Parkour wciąż sprawdza się idealnie i nadal robi ogromne wrażenie, a poszczególne starcia z wrogami kierowanymi przez SI czy też prawdziwymi graczami są tak samo miodne, jak w podstawowej wersji gry oraz dodatku The Following. Machanie jakimiś kluczami francuskimi, kijami, młotami, sztyletami czy jakimikolwiek innymi rodzajami broni białej (wieść głosi, że można zdobyć także broń palną), sprawia ogromną frajdę, zwłaszcza w sytuacji, kiedy biegnie do nas kilka zombiaków, a my nie tylko odcinamy im głowy w efektowny sposób, ale dodatkowo kopiemy nieumarłych, by dać naszemu bohaterowi chwilę na regenerację. Całość nabiera tempa, kiedy na mapie znajduje się coraz mniej graczy i jesteśmy bardzo blisko wygranej. Polowanie na osoby, które dysponują znacznie większą liczbą próbek krwi niż my jest bardzo emocjonujące.

Niezwykle istotne jest również to, że w Dying Light: Bad Blood mapa nie ulega pomniejszeniu tak, jak w PUBG. Cała rozgrywka toczy się na jednym obszarze o tych samych rozmiarach, co prowadzi do sytuacji, w których tak naprawdę ciężko znaleźć innych graczy. Zwłaszcza, że jest ich zaledwie jedenastu, nie licząc oczywiście sterowanej przez nas postaci. Znacznie więcej jest natomiast zombiaków, co sprawia, że Dying Light: Bad Blood to unikatowe połączenie rozgrywki w trybach PvP i PvE. Takie rozwiązanie ma rację bytu, choć niektórzy mogą narzekać, że w istocie gra nastawiona na rozgrywkę sieciową w dużej mierze skupia się na rywalizacji przeciwko SI. To w pewnym sensie prawda, ale jeśli chodzi o pojedynki między graczami, to są one bardziej kameralne niż chociażby w Playerunknown’s Battlegrounds.

Po rozpoczęciu meczu w Dying Light: Bad Blood nie mamy dosłownie nic, możemy ewentualnie walczyć przy wykorzystaniu pięści. Dlatego lepiej udać się do okolicznych budynków, gdzie zdobędziemy prowizoryczne typy broni. Tak samo jak w podstawowym Dying Light czy dodatku The Following, również tutaj na porządku dziennym jest walka za pomocą klucza francuskiego czy kija do krykieta, ale z czasem możemy trafić również na coś mocniejszego, jak na przykład wielki młot, który walnie przeciwnika raz, a porządnie. Jeśli preferujemy walkę na krótkim dystansie i chcemy atakować szybko, to po znalezieniu sztyletu niewątpliwie będziemy usatysfakcjonowani. Co ciekawe, poszczególne rodzaje broni można ulepszać „w locie”, o ile wejdziemy w posiadanie odpowiednich przedmiotów. Do tego dochodzą nożyki do rzucania, koktajle Mołotowa, granaty i inne dodatki.

Dying Light: Bad Blood zawiera także system rozwoju postaci. Nie warto „kampić”, czekając aż inni się pozabijają, bo w takiej sytuacji cały czas będziemy na pierwszym levelu, a każdy kolejny zwiększa przecież liczbę punktów życia oraz zadawane obrażenia. Oczywiście tylko na czas danej potyczki, bo wracając do lobby i uruchamiając nowy mecz, wszystkie postępy z poprzedniej rozgrywki przepadają. No, prawie wszystkie, bo tak czy siak na nasze konto wpada trochę wirtualnych pieniędzy, umożliwiających zakup kosmetycznych dodatków.

W chwili obecnej zawartość wczesnej wersji Dying Light: Bad Blood nie jest szczególnie imponująca, ale mimo wszystko widać, że w grze drzemie potencjał. Zasady rozgrywki są dość ciekawe, system walki oraz parkour – kolokwialnie rzecz ujmując - „robią robotę”, więc zarówno bieganie po mapie, jak i rozprawianie się z zombiakami daje sporo frajdy. Pozostaje mieć nadzieje, że tytuł zdoła przyciągnąć do siebie większą liczbę użytkowników i opuści fazę Early Access zgodnie z planem. Dzięki temu Techland będzie miał grę, która raczej nie namiesza na rynku battle-royali, ale znajdzie szersze grono zwolenników. Jak na razie się na to nie zanosi, ale kto wie, co przyniesie przyszłość.

Najnowsze
Lubisz nas?