Bez prądu - film

Policzki bolą ze śmiechu, czyli dziarska mrówa i kąśliwa osa w natarciu - recenzja filmu Ant-Man i Osa

Joanna Kułakowska, 05 sierpnia 2018 18:00 3

Peyton Reed generalnie powtarza formułę – i nic w tym złego. Ant-Man i Osa bawią tak samo jak Ant-Man, dając chwilę wytchnienia po wyczynach Thanosa.

Nowy film z uniwersum MCU w reżyserii Peytona Reeda, podobnie jak dzieło tego twórcy z 2015 roku, wiele zawdzięcza poetyce Heist Film, przede wszystkim jednak jest to „familijny komediodramat akcji” połączony z hołdem dla wszelkiej maści szalonych naukowców. Choć produkcja porusza istotne sprawy, zostają one przyćmione aspektami komediowymi – obrana konwencja rządzi się własnymi prawami. Jak poprzednio komediowy aspekt objawia się w scenach przemyślanych zarówno pod względem wizualnym, jak i werbalnym oraz dialogach odwołujących się do klasyki lat 80., czerpiąc z wydarzeń z filmu Ant-Man.

Ant-Man i Osa (ang. Ant-Man and the Wasp) rozwijają skrzydła, z przytupem maksymalizując sprawdzony już typ humoru – docinki, którymi niczym piłeczką ping-pongową wymieniają się bohaterowie; pechowi policjanci, niemogący nadążyć za pomysłowymi adwersarzami, co to bawią się z nimi w kotka i myszkę; gagi z udziałem rozbrajającej trójcy kompanów Scotta Langa (Paul Rudd), niegdyś zapewniających mu wsparcie w skoku na dom doktora Pyma (Michael Douglas), dzięki któremu stał się Ant-Manem; czy wreszcie komentarze i zachowania Cassie (Abby Ryder Fortson), córeczki głównego bohatera. Dochodzi tu jeszcze m.in. komiczny efekt żonglowania zmianą wielkości osób i przedmiotów, w tym samochodów i... budynku.

Akcja rozgrywa się po wydarzeniach przedstawionych w filmie Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów (recenzję można przeczytać tutaj), gdzie mogliśmy obserwować możliwości Ant-Mana, opowiadającego się po jednej ze stron konfliktu. Nasz bohater został złapany i uziemiony – zgodnie z protokołem specjalnej komisji ONZ zajmującej się interwencjami ze strony superbohaterów skazany na areszt domowy za nieuprawnione działanie. Teraz jego trzyletni wyrok dobiega końca, zdołał uzyskać dobry kontakt z byłą żoną, jak również jej nowym partnerem (ten ostatni chce być teraz jego przyjacielem za wszelką cenę), i może często widywać się z ukochaną córką. Niestety, stracił swą „drugą rodzinę” – Hope Van Dyne (Evangeline Lilly), która przejęła kombinezon i miano Osy, i jej ojciec, Hank Pym, nie chcą mieć już z nim nic wspólnego. W końcu zawiódł ich zaufanie, nie skonsultował ryzykownej decyzji i stracił kombinezon oraz formułę zmniejszającą dystans między atomami i zwiększającą gęstość materii (a przynajmniej na to wygląda). A jednak dobro projektu, dzięki któremu zamierzają odzyskać utraconą bliską osobę, zmusza ich do przełknięcia dumy i zwrócenia się do Scotta... naturalnie w bezceremonialny sposób. I oczywiście bardzo utrudniając mu i tak skomplikowane życie.

Kwantowy poziom, świat bez czasu i przestrzeni, z którego wydawało się, że nie ma powrotu, stanowił jeden z wątków w poprzedniej części – tym razem został wyeksponowany, a kwestia eksperymentów związanych z fizyką kwantową i ich różnorakich skutków stała się głównym elementem fabularnej osnowy Ant-Mana i Osy. Znów mamy niebezpieczeństwo związane z niezwykłym wynalazkiem, a także problem ofiar eksperymentów, daru, za który trzeba płacić i który w istocie jest przekleństwem. Osią fabularną filmu jest zaś pokonywanie przeszkód na drodze do ustanowienia możliwie bezpiecznego przejścia do miejsca, gdzie być może wciąż żyje matka Hope. A przeszkody są wyjątkowo kłopotliwe – z jednej strony szef przestępczej szajki, Sonny Burch (Walton Goggins), który ma zupełnie inną wizję tego, co chcą osiągnąć Hope i Hank, z drugiej zaś tajemnicza, obdarzona umiejętnością fazowania kobieta, znana jako Ghost (Hannah John-Kamen), która również zamierza przejąć ich wynalazek. Na domiar złego doktor Pym i jego córka są poszukiwani przez policję i FBI, tak więc wciągnięty w to wszystko Scott ma naprawdę wiele do stracenia.

W opowieści postawiono na zwariowane, humorystyczne kino akcji, ale istotną jej częścią są kwestie rodzinne – na kilku przykładach ukazano poświęcenie dla osoby, którą się kocha; dążenie do połączenia rozbitej rodziny; miłość, która daje siłę, by pokonać przeszkody, zrozumieć się wzajemnie i przebaczyć gorsze chwile. Prześlizgnięto się po temacie rodziny paczłorkowej (w dzisiejszych czasach rzecz bardzo częsta) za pomocą relacji między Scottem a dawną partnerką oraz spotkania Cassie i Hope. Znowu mamy tu nieźle zrealizowaną obróbkę relacji rodzic – dziecko. Ojcowie/opiekunowie chcą za wszelką cenę chronić swe dzieci, jak długo się da, muszą jednak zrozumieć, że będzie ono musiało obrać swą drogę, nawet jeśli będzie to droga pełna niebezpieczeństw, i przyjąć pomoc, albo też pojąć, że nadchodzi moment, w którym trzeba przejrzeć na oczy i powstrzymać zło czynione przez podopiecznych. Bohaterowie i bohaterki filmu Peytona Reeda walczą o lepszy świat, bo będzie to świat ich dzieci. Poprzednio mieliśmy wyraźny motyw konfliktu na linii mentor – uczeń, natomiast w obrazie Ant-Man i Osa punktowany jest konflikt współpracowników, pycha, próżność i niesnaski, które zniszczyły przyjaźń. Pokazano, że osoby po słusznej stronie barykady nie są jednoznaczne, a te po niewłaściwej wcale nie muszą być złe do szpiku kości – desperaci przekraczają linię pomiędzy dobrem a złem, bo czują, że nie mają innego wyjścia.

Jeśli chodzi o realizację utworu Reeda: efekty specjalne, wprost stworzone dla 3D, są tu świetne. Zwykle okazują się one istotne dla rozwoju fabuły, niewiele z nich stanowi sztukę dla sztuki, a jeśli już, to jest to rzeczywiście uczta dla oka. Zachwycają chociażby sekwencje lotu na mrówce, powiększone, sterowane elektromagnetycznie owady pracujące w laboratorium, gołąb-gigant atakujący mały samochodzik albo ćma na ekranie laptopa, który robi za kino samochodowe. Dynamiczne ujęcia i znakomite pod względem choreograficznym sekwencje walk operują na kontraście i kalejdoskopie zmian perspektywy – zadbano, by zawsze były wyraziste punkty odniesienia do osoby o zmodyfikowanym wzroście. Wydają się również odwoływać do klimatu seriali akcji z lat 60. i 70., np. Mission: Impossible (1966 – 1973), czego znakomitym przykładem są szalone wyczyny Osy, tłukącej przeciwników podczas samochodowego pościgu.

Solidna, utalentowana obsada aktorska zapewniła wyśmienitą rozrywkę i w przypadku postaci pierwszoplanowych, i drugoplanowych. Kompletnie rozbrajają ironicznie akcentowane, złośliwe teksty w wykonaniu weterana kina Michaela Douglasa i mimika próbującego mu się odgryźć poczciwca, jakiego kreuje Paul Rudd, tudzież jego reakcje na technobełkot naukowców lub kąśliwe uwagi mającej niezłe wyczucie komediowe Evangeline Lilly (Tak właśnie sądziłem. Do każdego słowa dodajecie „kwantowy”?). Rudd wykonał również wspaniałą robotę, wcielając się w... kobietę. Na wielkie brawa zasługuje występ młodziutkiej, utalentowanej i niesamowicie naturalnej Abby Ryder Fortson, a także wykonawców przezabawnej przestępczej trójcy kumpli Scotta, którzy zdecydowali się (prawie) porzucić kryminalną przeszłość i wspólnie założyć firmę zajmującą się zabezpieczeniami przed włamaniem. Sceny z udziałem Michaela Peñy (Luis), T.I. (Dave) oraz Davida Dastmalchiana (Kurt) odpowiadają za największy ból policzków ze śmiechu. Tyrady Luisa osiągają nowy poziom werbalnej ekwilibrystyki (no i wreszcie mamy możność stwierdzić, na ile jego opowieści są wierne opisywanym wydarzeniom), a motyw serum prawdy i Baby Jagi, gdzie Kurt generuje kaskadę traumatycznych wspomnień (podkreśloną przez pełną grozy melodię graną na bałałajce), pozostanie w pamięci widza jako jedna z najlepszych eksplozji absurdu. Warto dodać, że w filmie Ant-Man i Osa do stawki dołączają Laurence Fishburne (doktor Bill Foster / Goliat) oraz Michelle Pfeiffer (Janet Van Dyne). Szkoda, że nie dano im zbytnio zaszaleć. Blado na tle całej ekipy aktorskiej wypadła Hannah John-Kamen, co nie znaczy, że źle wykonała powierzone jej zadanie.

Ant-Man i Osa to udana propozycja ze strony filmowego uniwersum Marvela. Owszem, sporo rozwiązań fabularnych da się przewidzieć, w dodatku kiedy jest mowa o fizyce kwantowej, lepiej na wszelki wypadek rozsunąć półkule, na poziomie kwantów miało nie być czasu, a jednak jest (z drugiej strony ludzki umysł może zmienić równanie)... Pomimo to scenariusz generalnie nie obraża inteligencji odbiorcy, a jakby ktoś jednak miał takie wrażenie, to humorystyczny efekt okaże się tego warty. Choć jedna ze scen po napisach może nieco skrócić relaks...


To film dla wszystkich wielbicieli i wielbicielek MCU oraz gier traktujących o superbohaterach.

Zabójcze maszyny miały zachwycać, a śmiertelnie mnie zażenowały
Kosmiczni piraci kontra cały świat - recenzja Ancient Frontier: Steel Shadows
Hyperide VR - recenzja - oda do białej gorączki
Assassin z Sherwood - recenzja filmu Robin Hood: Początek
najnowsze