InformacjeZapowiedź - konsole

Super Smash Bros. Ultimate, Pokemon Let's Go Pikachu i inne - graliśmy w tegoroczne hity na Nintendo Switch

... Katarzyna Dąbkowska

Zapowiada się naprawdę dobry rok dla posiadaczy Nintendo Switch.

Podczas tegorocznych targów E3 Nintendo pokazało niewiele nowych gier, ale za to jakich! My nie mieliśmy okazji być na miejscu w Stanach Zjednoczonych, jednak wybraliśmy się na event we Frankfurcie, gdzie mieliśmy okazję zobaczyć wszystkie najważniejsze marki, które zobaczymy jeszcze w tym roku na konsoli Wielkiego N. Czym zaskoczy nas w tym roku Nintendo?

Super Smash Bros. Ultimate

Zacznijmy od zdecydowanie najważniejszej zapowiedzi, czyli Smasha, za którym przepadają wielbiciele Nintendo na całym świecie. Widać to było zresztą podczas ujawnienia gry, gdzie niektórzy z wrażenia stracili nawet przytomność. Super Smash Bros. Ultimate pozwoli na ponowne wcielenie się w jedną ze znanych z gier Nintendo postaci i dołączenie do totalnej nawalanki. Zasady gry w zasadzie pozostają bez zmian – staramy się po prostu zepchnąć oponenta z planszy, co da nam, a jemu odbierze punkt. Im więcej zadajemy przeciwnikowi obrażeń, tym podatniejszy jest on na bycie wyrzuconym. Hasłem przewodnim nowego Smasha jest „Wszyscy tutaj są” i faktycznie wszyscy bohaterowie jakimi do tej pory mogliśmy zagrać w poprzednich odsłonach oraz kilku nowych będą grywalni w Ultimate.

Jak można się tego spodziewać, nowa odsłona Smasha to nowe ataki i nowe power-upy czy dodatkowe plansze, takie jak Moray Towers inspirowane Splatoonem. My mieliśmy okazję zagrać kilkoma postaciami, w tym kultowym Trenerem Pokemonów czy Pikachu. Produkcja działa, pomimo szalonej akcji na ekranie, bardzo płynnie, a i graficznie prezentuje się niezwykle dobrze. Ważne jest również to, że będzie działała z wieloma padami, w tym z kultowym już kontrolerem od GameCube'a, który mieliśmy okazję wypróbować podczas rozgrywki. Oddani fani serii na pewno mają już złożone preordery, a niski próg wejścia i masa bohaterów z przeróżnych światów spowodują, że i osoby nie mające do tej pory do czynienia ze Smashem od razu się tu odnajdą.

Killer Queen Black

Killer Queen Black to chyba moje największe zaskoczenie, jakie spotkało mnie we Frankfurcie. Gra przestawia się absolutnie tragicznie na wszystkich trailerach. Wygląda na bardzo mdłą nawalankę, a tymczasem jest świetną propozycją na piątkowe, imprezowe wieczory. W Killer Queen Black może bawić się jednocześnie ośmiu graczy, w tym maksymalnie czterech na jednej konsoli - do pełnego kompletu potrzebne będą dwa Switche albo połączenie się z pozostała czwórką poprzez sieć.

Podczas rozgrywki gracze mogą wcielić się albo w królową, albo w jednego z jej „kumpli”. Wygrać można na kilka różnych sposobów – dojeżdżając ślimakiem do mety, uzupełniając dziury w ścianie naszego ula jagodami lub trzy razy zabijając królową przeciwnika.

W teorii zadanie jest proste, ale po chwili już orientujemy się, że tu niezbędna jest kooperacja, aby wygrać. Dwójka zbiera jagódki, królowe mordują się między sobą, a czwarty jeździ na ślimaku. Można też bronić królowej przed atakami, ochraniać ślimaka, kiedy nasz znajomek jedzie do mety... co kto woli. Najważniejszy jest tu cel, a nie podjęte środki. Dodatkowo nasi przeciwnicy, jak i my, możemy doładowywać się wspomnianymi jagodami. Niestety gra zadebiutuje dopiero zimą tego roku.

Pokemon: Let's Go Pikachu i Pokemon: Let's Go Eevee

Jestem fanką zarówno Pokemon GO, jak i głównej serii przenośnych erpegów, ale połączenie tych dwóch odsłon jakoś mi nie leżało, kiedy oglądałam je na pokazanym niedawno zwiastunie. Wystarczyło jednak kilka minut z tą produkcją, abym zmieniła zdanie i z niecierpliwością wypatrywała listopadowej premiery. Pokemon: Let’s Go… to odświeżony, unowocześniony i stworzony z myślą o „nowym pokoleniu” remake wydanego prawie dwadzieścia lat temu Pokemon Yellow. Największe zmiany? Koniec z chodzeniem po trawie i losowymi spotkaniami z czyhającymi w niej Pokemonami. Od teraz każdy stworek będzie widoczny i sami będziemy decydowali czy chcemy go łapać.

Koniec też z walką z nimi i tradycyjnym dla serii systemem łapania. Wzorem Pokemon GO będziemy podawać stworkowi owoce i starać się się w idealnym momencie rzucić w niego Poke Ballem. Zastanawiacie się pewnie co z punktami doświadczenia i ulepszaniem naszej paczki Pokemonów, skoro jedyne walki jakie na nas czekają to te z trenerami (tu nic się nie zmieniło, dalej mamy turowe pojedynki). Za łapanie dzikich stworków cała nasza ekipa będzie dostawała punkty doświadczenia, a im większy/silniejszy Pokemon tym więcej XP dostaną nasze potworki.

Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do łapania, bo dostaniemy aż trzy sposoby na robienie tego. Gra pozwoli na wciskanie przycisku na padzie, machanie Joy-Conem oraz korzystanie z nowego, dedykowanego jej kontrolera ruchowego w kształcie Poke Balla. Na nim na chwilę się zatrzymamy.

Początkowo wydawał mi się on nieco za mały. Myślałam, że Nintendo celuje po prostu w najmłodszych i nie zwraca uwagi na większe dłonie starszych fanów Pokemonów. Okazuje się jednak, że kontroler świetnie trzyma się w dłoni i idealnie gra się na nim nawet dorosłym. Jest całkiem lekki, a jego bateria ma wytrzymywać od 5 do 7 godzin zabawy. Kontroler ma jedynie dwa przyciski – jeden dość ukryty na czerwonej partii Poke Balla służy do cofania i wchodzenia do menu, a drugi to po prostu wciskanie wbudowanego analoga w celu potwierdzania naszych decyzji. Co jednak zrobiło na mnie największe wrażenie to wbudowany głośnik i możliwości jakie daje. To, że wydaje dźwięki podczas gry to jedno, ale opcja przeniesienia z gry stworka do kontrolera i wchodzenie z nim w interakcje poza grą to coś co na pewno zawróci w głowach dzieciakom i oddanym fanom.

Zdaję sobie sprawę z tego, że hardkorowi gracze nową odsłonę pewnie przeklinają, ale Pokemon: Let's Go Eevee/Pikachu ma szansę skraść serca fanów Pokemon GO oraz osób, które nigdy nie miały do czynienia z tym szalonym światem Nintendo. Ogromnym plusem jest też łączność z Pokemon GO i możliwość przenoszenia złapanych przez siebie stworków pomiędzy grami. Hardkorowcy dostaną zaś swoją „poważną” odsłonę już za rok.

Dragon Ball FighterZ

Fanom popularnej serii o smoczych kulach nie trzeba chyba przedstawiać Dragon Ball FighterZ. Produkcja pojawiła się już na PC, PlayStation 4 i Xboksie One, a teraz twórcy zdecydowali się wreszcie na przeportowanie jej na Switcha. Nie wiem z jakim demonem Bandai Namco podpisało cyrograf, ale uzyskanie 1080p i 60 klatek animacji na konsoli z podzespołami kilkuletniego tabletu zasługuje na najwyższe pokłony.

Więcej o samej grze, bo przecież mówimy tu o porcie, dowiecie się z naszej recenzji Dragon Ball FighterZ.

Overcooked 2

Overcooked 2 to propozycja na długie, nudne wieczory czy imprezę ze znajomymi. Tytuł, podobnie jak pierwsza część, wrzuca nas w wir prac przy garach, przy których rumor w Kuchennych Rewolucjach to pryszcz. W trakcie gry tworzymy z kumplami grupę kucharzy i staramy się dostarczać zamówienia do swoich klientów. Na początku zadania są dość proste i wprowadzają nas jedynie w tajniki sterowania – musimy ciąć warzywka czy rybki aby stworzyć sushi, ale w miarę postępu rozgrywki mamy coraz trudniejsze zadania i tworzy się istny chaos.

Kluczem do udanej rozgrywki jest tutaj najzwyczajniej w świecie komunikacja między graczami. Nawet na prezentacji wśród tłumów graczy słychać było nasze „ej, gdzie są czyste talerze?” czy „kto kroi rybę?!”. Overcooked 2 to kwintesencja świetnej zabawy, ale tylko i wyłącznie dla całej rodziny czy grupy przyjaciół. Już jej pierwsza odsłona uświadomiła mi, że ogarnięcie całej kuchni samemu graniczy z cudem, a zamiast świetnie się bawić zaczynamy wyrywać włosy z głowy.

Monster Hunter Generations Ultimate

Fani serii Monster Hunter otrzymają w tym roku kolejną nową grę, tym razem jednak na Nintendo Switch. O ile można tak powiedzieć o Monster Hunter Generations Ultimate, bo jakby nie patrzeć jest portem wydanej w 2015 roku gry na 3DS. Projekty poziomów i obiekty w grze są dokładnie takie same jak na handheldzie Nintendo, ale tym razem z lepszymi teksturami i płynniejszą animacją oraz w wyższej rozdzielczości. Z racji tego, że to również port kilkuletniej gry, to więcej o samym tytule przeczytacie w naszej recenzji.

Starlink: Battle of Atlas

Jedyna gra z prezentowanych przez Nintendo, która nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia to Starlink: Battle of Atlas od Ubisoftu. Produkcja jest w zasadzie ciekawa tylko z jednego względu – naprawdę fajnie buduje się w niej własny statek kosmicznego, który doczepiamy do kontrolera, a gra od razu pokazuje go na ekranie. W pudełku ze Starlink znajdziemy statek i trochę elementów, a kolejne będziemy mogli dokupywać w oddzielnych pudełkach.

Starlink nie wygląda na ekranie zbyt dobrze. Widać, że przed twórcami jeszcze sporo pracy, bo tu i ówdzie z ogromnym opóźnieniem doczytują się tekstury, a sama oprawa nie prezentuje się nawet dobrze. To samo mogę powiedzieć o samym gameplayu. Statki prowadzi się topornie i jest to średnio przyjemne doświadczenie. Starlink ma zadebiutować w październiku, ale porównując to chociażby ze świetnie wykonanymi innymi grami, które pokazało nam Nintendo już wiem, że ta raczej nie zaskarbi sobie mojej uwagi. Nawet jeśli za kierownicą posadzę słynnego Star Foxa, który dostępny będzie jedynie w edycji gry na Nintendo Switch.

Drugi rok Switcha nie jest może tak spektakularny jak pierwszy, ale w końcu takie produkcje jak Super Mario Odyssey i The Legend of Zelda: Breath of the Wild pojawiają się raz na kilka, jak nie kilkanaście lat. Nintendo stara się zapewnić stały dopływ nowych produkcji, czy to swoimi tytułami czy też grami od deweloperów zewnętrznych, tak więc na brak tytułów do grania na pewno nie będzie można w tym roku narzekać. A na horyzoncie widać już trzecią Bayonettę, nowe Metroid Prime, kolejną generację Pokemonów, papierowego Yoshiego czy świeżutkie Fire Emblem.

Najnowsze
Lubisz nas?