InformacjeBez prądu - film

Superbohaterskie Blaxploitation? - recenzja filmu Czarna Pantera

... Joanna Kułakowska

Tak i nie. To zdecydowanie ukłon w stronę tego gatunku, ale Czarna Pantera jest filmem bogatszym, który mimo słabych momentów i elementów warto obejrzeć.

Istnieje sporo głosów ze strony recenzentów i recenzentek, że Czarna Pantera (ang. Black Panther) w reżyserii Ryana Cooglera to najlepsza z dotychczasowych odsłon MCU. Co tu dużo mówić: nie, nie jest, lecz ewidentnie należy do czołówki (choć są i osoby, które, mimo dostrzeganych zalet, skłonne są umieścić obraz dopiero w środku stawki, gdyż chwilami nawet zbierało im się na ziewanie). Poza tym nie tylko oferuje spektakularne widowisko z porządną grą aktorską, ale ma do powiedzenia coś więcej – można nawet pokusić się o stwierdzenie, że jak na blockbuster przekaz jest naprawdę mocny. W przeciwieństwie do Blaxploitation film Cooglera unika przedstawiania czarnoskórych bohaterów i bohaterek w sposób stereotypowy, ale w co poniektórych scenach widać wizualne elementy stanowiące perskie oko odnośnie wielu reprezentantów tego nurtu – chociażby scena w kasynie, która nawiązuje do Kleopatry Jones i złotego kasyna z 1975 r.

Wygląda na to, że czas akcji solowego filmu Czarnej Pantery częściowo pokrywa się z wydarzeniami przedstawionymi w filmie Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów (choć są tu pewne niejasności). Głównym bohaterem jest T’Challa (Chadwick Boseman), następca tronu Wakandy i spadkobierca mocy ofiarowanej jego przodkom przez boginię-panterę Bast. Dzięki niej stał się kolejną Czarną Panterą – obrońcą swego ludu. W dziele Ryana Cooglera zobaczymy origin story tego bohatera, jak również jego ojczyzny. Wskutek potężnych zasobów vibranium (materiał, z którego zrobiona jest m.in. tarcza Kapitana Ameryki) Wakanda stała się nie tylko najpotężniejszym państwem w Afryce, ale także na całym świecie, tyle że... nikt o tym nie wie. Kraj T’Challi utrzymuje swą technologiczną i naukową potęgę w tajemnicy, kryjąc się za maską biednego kraiku III świata, zamieszkanego przez prostych pasterzy. Na tereny prawdziwej Wakandy mają wstęp (niemal) wyłącznie ludzie w niej urodzeni i wychowani, właściwie mało kto ją opuszcza z wyjątkiem szpiegów i dyplomatów, a wszystko po to, by utrzymać ów trwający kilkaset lat, gigantyczny sekret. Polityka Wakandy praktycznie nie dopuszcza angażowania się w sprawy zewnętrznego świata, ale wskutek szeregu okoliczności nasz bohater dochodzi do wniosku, że nadszedł czas na zmiany. Czas iść naprzód nie tylko w kwestiach naukowych, ale i społecznych.

Nim jednak to nastąpi, T’Challa będzie musiał przejść rytuał, dzięki któremu udowodni, że jest prawowitym, zasługującym na tron władcą oraz zmierzyć się ze starym wrogiem Ulyssesem Klaue (Andy Serkis), który nie przyjął nauczki i w dalszym ciągu planuje zarobić na wakandyjskim vibranium. Rozwój akcji Czarnej Pantery wyłoni też nowego adwersarza – Erika (Michael B. Jordan), zwanego Killmongerem, który należy do grona najbardziej interesujących przeciwników superbohaterów. To postać, dla której przygotowano kompleksową psychologię i kontekst społeczny. Osoba, o której nie można ze stuprocentowym przekonaniem powiedzieć, że zupełnie nie ma racji, a jej motywy działania są głupie lub niezrozumiałe. Oczywiście czyni „zło”, bo uważa, iż cel uświęca środki, i pozostawia za sobą szlak usiany ciałami, a to, co zamierza, znacznie go wydłuży. Killmonger sądzi, że użycie brutalnej siły stanowi jedyne rozwiązanie kwestii kolonizowanych albo niszczonych przez wojny domowe krajów Afryki oraz urojonej i tej prawdziwej dyskryminacji czarnych, i nie liczy się z konsekwencjami. W rezultacie jego plany oznaczają krwawą łaźnię, gdzie cierpieć będą nie tylko uznani przezeń za winowajców, ale także ich ofiary.

W zasadzie, nomen omen, czarny charakter jest tu o wiele ciekawszy od tytułowego bohatera, któremu jednak wcale nie można zarzucić braku autentyzmu czy walorów sprawiających, że chcemy śledzić jego losy. Scenarzystom udało się zbudować postać, którą dobrze się ogląda. Nie jest drętwa i nie przesadza z harcerzykowaniem (co nagminnie zdarza się jego amerykańskiemu odpowiednikowi, Kapitanowi Ameryce), a pod przykrywką królewskich obowiązków z nieukrywaną przyjemnością wdaje się w naparzanki ze złolami wszelkiej maści, ale nie przeszkadza mu to pozostać inteligentnym, wyważonym w swych sądach człowiekiem. Obraz Cooglera daje miejsce dla niejednoznaczności i odcieni szarości (symptomatyczne jest to, że jeden z bohaterów mówi T’Challi, iż trudno mu będzie rządzić z racji dobrego serca), choć może te ostatnie mogłyby być jeszcze bardziej wyeksponowane. Pochwalić należy kreację M’Baku (Winston Duke) – przywódcy odseparowanej, odmiennej cywilizacyjnie frakcji, która nigdy nie zgadzała się z drogą obraną przez Wakandę, a cześć oddaje nie Bast, lecz bogu-gorylowi.

Film Czarna Pantera prezentuje również świetne bohaterki, które wręcz błyszczą na ekranie. Królowa Ramonda (Angela Bassett) nie ma może zbyt wiele do roboty, ale emanuje charyzmą i urodą, która w przypadku wcielającej się weń aktorki ani trochę nie przemija. Na uwagę zasługuje księżniczka Shuri (Letitia Wright), która przedstawiona została w sposób nowatorski i nietypowy – nie jest po prostu młodszą siostrą króla, ozdobą i potencjalną damsel in distress albo ewentualną romantyczną partią spod znaku Romea i Julii, lecz genialną wynalazczynią, a do tego geekiem i dobrze się bawi, kontestując tradycję. Działa wspólnie z bratem, aktywnie go wspierając – jeśliby potraktować T’Challę jako swoisty odpowiednik Jamesa Bonda, to Shuri pełni funkcję tego speca, który zawsze dostarcza agentowi najnowszych gadżetów. Mamy tu także wywiadowczynię Nakię (Lupita Nyong’o), która wybrała własną drogę życia, czyniąc to, co uważa za słuszne, oraz absolutnie rewelacyjną, z łatwością rozbrajającą wrogów na ekranie, a widzów swoimi ciętymi tekstami, generał Okoye (Danai Gurira) dowodzącą elitarnym oddziałem Dora Milaje – żeńską strażą królewską.

Ogólnie rozmaite aspekty sytuacji prezentowanej w filmie Cooglera stanowią komentarz do aktualnych wydarzeń polityczno-społecznych – głównie w USA, lecz również w Europie – i wpisują się w nurty retoryczne organizacji przeciwdziałających dyskryminacji na tle rasowym. Pada też ważka kwestia dotycząca tematu uchodźców. Spotykają się różne punkty widzenia, począwszy od tego, że nie można się ujawnić i wpuścić obcych, „bo zmieni się nasz sposób życia”, ale za to warto pójść w świat i zrobić porządek, poprzez idealistyczne (i raczej naiwne) podejście „obcy niczym nam nie zagrażają, poradzimy sobie”, a przecież elementarna etyka każe zrobić użytek z osiągnięć cywilizacyjnych i pomóc potrzebującym, aż do „tradycja zabrania się mieszać”, innymi słowy: schowajmy głowę w piasek i udawajmy, że nic nas z tymi ludźmi nie łączy i że w ogóle nas to nie dotyczy. Pojawiają się też rozliczne aluzje odnośnie sytuacji mieszkańców czarnych gett w Ameryce, kolonizacji przez białych afrykańskiego kontynentu, a także ruchu Black Lives Matter. Trzeba odnotować, że w obecnej sytuacji, gdy w Stanach Zjednoczonych dochodzi do wydarzeń w rodzaju likwidacji pomnika słynnego generała Konfederacji pod szyldem walki z rasizmem, wycofania seansu Przeminęło z wiatrem pod pretekstem niezgodnego z prawdą przedstawiania niewolnictwa, pojawia się też postawa, że ofiary dyskryminacji nie mogą być sprawcami i obrażanie białych to nie to samo co obrażanie czarnych, a w Kanadzie pewna czarnoskóra działaczka oświadcza m.in., że biali to podludzie, Czarna Pantera daje temu kontrę. Neguje sposób „walki z dyskryminacją”, który jest tak naprawdę rasizmem i sprowadza się do obwiniania wszystkich jak leci i odwrócenia ról.

Widać to np. w scenie, gdy księżniczka rzuca do amerykańskiego agenta Rossa (Martin Freeman): Nie strasz mnie, kolonizatorze!, a potem, widząc jego minę, wybucha śmiechem i oprowadza po laboratorium. Przede wszystkim jednak „kropkę nad i” stawia przemowa króla Wakandy na forum ONZ. Wpisuje się ona w przekaz podsumowujący Wonder Woman Patty Jenkins – też jest tam sporo banałów, ale jak to z banałami bywa, całkiem nieźle oddają prawdę.

Czarna Pantera to bardzo piękny obraz – zapierająca dech w piersiach scenografia, kostiumy oraz imponujące efekty specjalne (CGI jest naprawdę porządne, pojazdy, techniczne cuda i inne ekranowe smaczki wyglądają wiarygodnie), a do tego świetnie zrobione panoramiczne ujęcia. Zachwyca też choreografia scen walki, których mamy w filmie bardzo dużo. Oprawa plastyczna łączy w sobie futuryzm i etnograficzny sznyt Czarnego Lądu – jeśli przyjrzymy się uważnie stolicy Wakandy, ujrzymy, że ozdoby na drapaczach chmur przypominają tradycyjne chaty. Wspomniane już kostiumy, zwłaszcza te używane podczas tradycyjnych wakandyjskich rytuałów, są barwne, pełne przepychu i mają mnóstwo klimatycznych, etnicznych elementów. Świetnie wyglądają zwłaszcza stroje i charakteryzacja Dora Milaje wzorowane na masajskich wojownikach oraz obłędne kreacje królowej. Podobać się może także ścieżka dźwiękowa, nad którą czuwał raper Kendrick Lamar. Elementów nawiązujących do rapu jest tu bardzo niewiele, da się zauważyć motywy funky soul, przede wszystkim jednak jest to klasyczna muzyka filmowa, spod której przebijają bębny albo okrzyki wojowników, co brzmi intrygująco i jest chwytliwe. Generalnie zarówno spod warstwy wizualnej, jak i muzycznej przebija gorący afrykański rytm – i Coogler, i Lamar podróżowali po Afryce i zawarli swoje doświadczenia w niniejszej produkcji. Szkoda jednak, że są także momenty, w których twórcy z tego rezygnują na rzecz klasyki, która w połączeniu z bombastyczną wymową pewnych scen daje kiczowaty efekt... Ot, rozmowa tytułowego bohatera z ojcem brzmi jak, nie przymierzając, fragment Króla Lwa...

Wracając do kwestii „najlepszy film z półki MCU”: Osobiście uważam za lepszy utwór choćby Kapitana Amerykę: Wojnę bohaterów (recenzję można przeczytać tutaj) ze względu na fakt, że jak Czarna Pantera w sposób może i powierzchowny, ale całkiem sensowny porusza ważne kwestie, lecz jest od niej po prostu sprawniej, dynamiczniej zrealizowany. Podczas seansu filmu braci Russo było się raczej przygłuszonym niż znudzonym. Wprawdzie nie miałam ochoty ziewać, ale fakt faktem – niepotrzebne dłużyzny dały się u Cooglera zauważyć, i to z gatunku: A patos to tylko słowo na „p”. Ponadto w tym pierwszym przypadku lepiej zadziałał humor, nieodłączny (i potrzebny dla spójności klimatu na podstawowym poziomie) element filmowego uniwersum Marvela, nie mówiąc już o tym, że obecny był on w większej liczbie scen. Oczywiście, że można zrobić bardzo poważny film o superbohaterach z mega brutalnym przesłaniem, w którym zabawne motywy są tylko niewielką ozdóbką, vide niesamowity Logan: Wolverine Jamesa Mangolda z wytwórni 20th Century Fox, zrecenzowany tutaj. Wymaga to jednak zmiany ratingu z PG-13 na R i, co ważniejsze, drastycznej zmiany konwencji, a więc wypisania danego „odcinka” z od lat przygotowywanego „serialu” prezentującego pewną w miarę spójną historię i posiadającego określony klimat. Zamysł producentów zakłada, że od filmu Thor: Ragnarok każda z kolejnych odsłon MCU ma mieć charakterystyczną gatunkową sygnaturę. Czarna Pantera miała być (i jest) filmem z silnym akcentem politycznym, ale z ogólnie przyjętej marvelowskiej konwencji nikt jej nie wypisywał, a tymczasem w porównaniu z dotychczasowymi „odcinkami” posiada najmniej humorystycznych aspektów – w tym najmniej udanych.

Chociażby w przypadku Shuri część żartów wydaje się wymuszona, dodana na siłę (na zasadzie „O teraz jest fajny moment na jakiś tekst! Niech powie coś hip-hopowego...”). Ulysses Klaue jest jeszcze mniej przekonujący w tych kilku wygłupach, które scenarzyści dlań przeznaczyli (za to Serkis swą mimiką i sposobem poruszania się mistrzowsko wygrywa szaleństwo postaci). Dowcipy związane z tym, jak książę zachowuje się wobec obiektu swych uczuć, są nader kwaśnie, ale jeszcze ujdą. Tak naprawdę sytuację ratują wspomniane już co poniektóre wypowiedzi Okoyo oraz humor sytuacyjny związany z agentem Rossem. Temu kotu trochę jednak brak wdzięku...

Szkoda także, że w scenach rozgrywających się w obrębie Wakandy nie dokonano całkowitego przejścia na język Xhosa z Afryki Południowej, który wybrano na język narodowy fantastycznej krainy. Przejścia na angielski (dokonane zapewne po to, by nie męczyć widzów, a zwłaszcza Amerykanów) brzmią, niestety, nader sztucznie i psują atmosferę. Problemem jest także kilka naiwnych wątków w scenariuszu – ciężko uwierzyć, że nikomu z Wakandyjczyków nie chciało się lub nie udało pohandlować technologią, albo że jeden z bohaterów, który jest od dawna przyjacielem młodego króla, zachowuje się nagle jak rozhisteryzowana chorągiewka na wietrze...

Obiektywnie rzecz ujmując, Czarna Pantera stanowi interesujący produkt, który warto obejrzeć. Ciekawą kwestią jest społeczny impakt najmłodszego dziecka MCU. Co prawda, ciężko powiedzieć, że nie było przedtem czarnego superbohatera w centrum wydarzeń – Blade (również Marvel) bardzo by się zdziwił, gdyby to usłyszał. Natomiast nigdy nie było jeszcze filmu superbohaterskiego, w którym fabuła dotyczyłaby przede wszystkim czarnoskórych person, a artyści z tego grona mieli tyle do powiedzenia – nie tylko aktorzy i aktorki, ale ogromna część ekipy jest czarnoskóra. Jest to odpowiedź na zapotrzebowanie wielkiej liczby Afroamerykanów, podobnie jak kiedyś było, pomimo swych wad, Blaxploitation. Podobna sytuacja wystąpiła w przypadku Wonder Woman, nad którą pracowała sfeminizowana ekipa. Cała reszta nic na tym nie traci, tylko zyskuje inną perspektywę.


Czarna Pantera to film, który możesz spokojnie obejrzeć, jeśli:

  • lubisz dowolne gry komputerowe o tematyce superbohaterów i ich niecnych przeciwników.

Najnowsze
Lubisz nas?