Felieton

Wstrząs - recenzja filmu

Kamil Ostrowski, 12.03.2016 19:00 0

Sport to zdrowie mówili. Wyjdź z piwnicy, poruszaj się mówili. A później co? Tylko łzy i utrata zmysłów. To ja już wolę siedzieć w piwnicy.

Dramat sportowy to specyficzny gatunek filmowy. Czasami mam wrażenie, że twórcy tego typu produkcji wzorują się na samych transmisjach telewizyjnych, w których również nieraz przewija się cała paleta uczuć: od smutku i rozczarowania, aż po radość, euforię i spełnienie. Jedno musi występować z drugim, wszak sport to przede wszystkim współzawodnictwo, a więc muszą być zwycięzcy i przegrani. Jak jednak dowodzi Wstrząs, nawet mając pełną paletę emocji, ale wyblakłych, nie stworzymy arcydzieła.

Film reklamuje się jako historia doktora Benetta Omalu, lekarza z Nigerii, który jako pierwszy odkrywa źródło problemów wielu emerytowanych graczy futbolu amerykańskiego. Chodzi o szaleństwo wywołane mikrourazami głowy, których doznają oni na przestrzeni całej swojej kariery. Skumulowane drobne uszkodzenia mózgu z czasem się pogłębiają aż gracze dosłownie tracą rozum. Taki los, los szaleńców, który w średnim wieku podupadali na zdrowiu, wyklęci przez otoczenie, przypadł wielu zawodnikom w USA. Problem pozostawał niezauważony, a może ignorowany, do momentu w którym doktor Omalu, niesamowicie wykształcony imigrant, nie wykrył związku pomiędzy stuknięciami hełmów, a mikrouszkodzeniami mózgu.

Osnową Wstrząsu jest oczywiście nie tylko proces dochodzenia do tych wniosków, ale przede wszystkim próba przeforsowania świadomości na temat zagrożenia do wiadomości i przede wszystkim świadomości publicznej. Jak możecie się domyślać, głównym problemem na drodze do osiągnięcia tego celu jest NFL - organizacja nadzorująca i koncesjonująca rozgrywki futbolu amerykańskiego w USA. Szukacie filmu o poczciwcu walczącym do upadłego z gigantyczną korporacyjną machiną? Jeżeli tak, to dobrze trafiliście.

Im dłużej oglądałem film, tym bardziej rzucało mi się w oczy jak bardzo amerykański jest. Jest tutaj wszystko - marzenie o lepszym świecie, rozczarowanie, błysk nadziei i zakończenie po którym brakowało mi tylko wielkiej flagi USA powiewającej na wietrze. Wstrząs to w gruncie rzeczy dosyć płytka rozprawka na temat "co to znaczy być Amerykaninem?". Wychodzi na to, że to w dużej mierze rozczarowania, więc wydawać by się mogło, że odpowiedź będzie dosyć gorzka. Parę scen i zdań bohaterów sugeruje jednak coś przeciwnego i ostatecznie Wstrząs jest opowiastką łechcącą ego mieszkańców Nowego Kontynentu, z delikatną jedynie sugestią, aby poprawili swoje zachowanie. "Mamy swoje problemy, ale to wciąż kraj ludzi wielkich, o wielkich sercach". Jako amerykanosceptyk miałem lekki problem z przełknięciem tej propagandy, podobnie jak kiedyś Snajpera.

Problemem Wstrząsu jest przede wszystkim to, że film jest najzwyczajniej w świecie dosyć nudny. Scenariusz został oparty na kanwie prawdziwych wydarzeń, ale to żadna wymówka. Jeżeli historia nie jest dość dobra, należy ją podrasować i podać w taki sposób, aby miotała nami niczym szaman laleczkami voodoo. Tym bardziej, że we Wstrząsie teoretycznie jest wszystko, czego potrzeba dramatom sportowym. Po prostu żaden z niezbędnych elementów nie został wystarczająco dobrze zaprezentowany. Efekt jest taki, że coś nam w sercu drży, ale momentów faktycznego wzruszenia jest niewiele, a niektóre sceny pomyślane jako wyciskacze łez pozostawiają wręcz niewzruszonymi.

Na plus trzeba zaliczyć występ Willa Smitha, który we Wstrząsie prezentuje szczyt swoich możliwości. Czarnoskóry aktor wyraźnie miał chrapkę na chociażby nominację do Oskara (stąd pewnie jego zbulwersowanie brakiem takowej i bajdurzenie o rasizmie w Hollywood). Muszę przyznać, że widać pracę, jaką włożył w rolę doktora Benetta Omalu, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że... Will Smith po prostu nie jest na tyle utalentowany, żeby kiedykolwiek wejść do grona najlepszych z najlepszych. Możliwe, że na ten umiarkowanie pozytywny odbiór wpływ miała plejada doświadczonych, podstarzałych białych aktorów, których jest mnóstwo na drugim planie, a którzy radzą sobie znakomicie. Żebym przypadkiem ja nie wyszedł na rasistę, to wracając do Oskarów chętnie dałbym nominację Michaelowi Jordanowi z Creed: Narodziny Legendy.

Technicznie Wstrząs to popis realizmu. Nie znajdziemy tutaj uroczych scenek, zabaw ujęciem światłem czy kolorem. Film jest estetyczny i idealnie poprawny, ale nic ponadto. To samo można powiedzieć o reżyserii, która raczej nie rozbudza emocji serwowanych nam przez scenariusz. Ot, rzemiosło.

Wstrząs można zobaczyć, ale film nie robi wielkiego wrażenia. Will Smith daje radę, podobnie jak pozostali aktorzy, ale to trochę za mało, żeby wykrzesać emocje z raczej przeciętnego scenariusza i jedynie przyzwoitego wykonania. Ostatecznie dostajemy film, który można określić jako "niezły", jednak po seansie doszedłem do wniosku, że w gruncie rzeczy niewiele przez te dwie godziny poczułem, a cały obraz najchętniej skwitowałbym mruknięciem "hmm" i potarciem brody w udawanym zamyśleniu.

najnowsze