Ekranizacja bestsellerowej powieści science fiction zadebiutowała w kinach. Oceniamy, czy książka Andy’ego Weira doczekała się kolejnej godnej filmowej adaptacji.
W poszukiwaniu predatora
Marsjanin, zarówno ten książkowy, jak i filmowy w reżyserii Ridleya Scotta, był tak dużym hitem, że Andy Weir sprzedał prawa do ekranizacji Projektu Hail Mary jeszcze zanim ukończył swoją powieść. Niewielu autorów może poszczycić się takim osiągnięciem, tym bardziej że jego poprzednia książka, czyli Artemis, aż takiej furory nie zrobiła. Ostatecznie to Amazon nabył prawa do Projektu Hail Mary, mając na filmową adaptację konkretny plan. Tym razem, zamiast zatrudniać starego mistrza kina wzorem Scotta, postawili na młodą krew, a konkretniej duet Phila Lorda i Christophera Millera, znanych z komediowych produkcji, jak 21 Jump Street oraz LEGO Przygoda. Było to odważną decyzją, tym bardziej że powieść Weira do komedii czystej próby nie należy i chociaż humoru w nim nie brakuje, to mimo wszystko historia ma wiele zwrotów akcji, a także bardziej dramatycznych momentów. Jako wielki fan literackiego Projektu Hail Mary, filmowa adaptacja była dla mnie jednym z najbardziej oczekiwanych produkcji ostatnich lat, ale byłem też pełen obaw, jak ostatecznie to wszystko wyjdzie z tymi twórcami. Teraz po seansie mam sporo uwag, ale też satysfakcję, że najważniejszy element historii wyszedł w ekranizacji znakomicie, a dodatkowo otrzymałem zaskakującą rozbudowę tego świata, która jest dowodem na to, że ekranizacje to coś więcej niż jedynie zapis książkowej historii w formie graficznej.
Projekt Hail Mary
Ludzkość czeka zagłada. Odkryto, że żywe kosmiczne organizmy atakują Słońce, pochłaniając energię naszej gwiazdy. Zostaje wysłana sonda, która ma zebrać próbki tajemniczych przybyszów. Pierwszym badaczem, który ma dostęp do kosmitów zwanych Astrofagami jest Ryland Grace (Ryan Gosling), nauczyciel w szkole podstawowej, który zasłynął niechlubną pracą o możliwości rozwoju życia bez wody. Do badań nad organizmami zatrudnia go Eva Stratt (Sandra Hüller), która stoi na czele projektu Hail Mary – niebezpiecznej misji kosmicznej, której zadaniem jest polecenie na Tau Ceti, odległej gwiazdy o kilkanaście lat świetlnych od Ziemi, która odporna jest na działanie Astrofagów. Jednym z członków załogi jest Grace, jedyny ocalały na Hail Mary, który musi samodzielnie rozwiązać zagadkę migrujących jednokomórkowych kosmitów. Nieoczekiwanie odkrywa, że nie jest sam w obcym układzie słonecznym. Nawiązuje kontakt z Rockym (James Ortiz), przedstawicielem obcej cywilizacji pochodzącej z Erydian. Zawiązują ludzko-erydiański sojusz, aby znaleźć rozwiązanie problemu Astrofagów. Jedynie od nich dwóch zależą losy ich światów.
Projekt Hail Mary jest bardzo niewdzięcznym materiałem do ekranizowania. Gdy Marsjanin oparty był na wpisach w dzienniku, w których główny bohater przelewał swoje myśli, tak trzecia powieść Andy’ego Weira przeplata teraźniejsze wydarzenia z licznymi retrospekcjami. Grace pod wpływem różnych bodźców zaczyna odzyskiwać pamięć i przypominać sobie wydarzenia z Ziemi, zanim trafił na Hail Mary. Szczególnie na początku otrzymujemy wiele retrospekcji, które służą również za ekspozycję. Język filmowy charakteryzuje się zupełnie inną strukturą, dlatego też wstęp Projektu Hail Mary jest chaotyczny, dziwny i mało ciekawy. Wydarzeniom na Ziemi brakuje odpowiedniego napięcia, że mamy do czynienia z kryzysową sytuacją, która będzie wymagała niesamowicie wielkich pokładów pieniędzy, surowców i współpracy całej ludzkości. Z kolei sceny na statku mają zbyt wiele głupkowatych elementów, które trochę odbiegają od tego, jaki charakter miał Grace znany z książki. Kompletnie mi się to wszystko nie kleiło i byłem rozczarowany, jak bardzo początek jest nieudany, a nawet wręcz irytujący.
Projekt Hail Mary
Na szczęście wszystko zmienia się wraz z pojawieniem Rocky’ego. Gdy ziemskie retrospekcje są przedstawiane bardzo skrótowo i wiele wątków zostało wyciętych, a całość głównie skupia się na relacji Grace ze Stratt, tak teraźniejszy plan zaczyna nabierać coraz wyraźniejszych kształtów. Zgodnie z literackim pierwowzorem fabuła przestaje być historią o ratowaniu świata, a staje się głęboką relację, opartą w dużej mierze na humorze, dwójki obcych sobie istot, które zaczynają współpracować, ale również ufać sobie nawzajem, stając się najbliższymi dla siebie osobami. Relacja Grace z Rockym jest równie dobra, jak ta z książki. Może i zabrakło niektórych przekomarzań między bohaterami, ale twórcom udała się trudna sztuka, abyśmy naprawdę uwierzyli w ich więź, a jednocześnie uznali niewielkiego Erydianina za równorzędną postać, a nie po prostu rozumne zwierzątko. Nie dziwi więc, że twórcy nie bali się już w pierwszym zwiastunie ujawnić Rocky’ego i tym samym jeden z największych i najlepszych zwrotów akcji znanych z powieści Weira w filmowej wersji aż tak nie szokuje. Projekt Hail Mary to przede wszystkim historia dwóch kumpli, a dopiero później science fiction o kosmitach i ratowaniu światów.
Kosmiczna więź
Relacja głównych bohaterów jest sercem filmu i największych nośnikiem emocji, począwszy od licznych żartów, przez wątki obyczajowe i odkrywanie tajemnic Erydian, aż po wzruszenie w najbardziej dramatycznych scenach. Aż żal, że niektóre istotne wątki wycięto, szczególnie pod koniec, gdyż niektóre momenty mogłyby być jeszcze lepiej, ale najwyraźniej twórcy chcieli uniknąć kolejnego kolosa pokroju Avatara, który trwałby ponad trzy godziny. Niestety wpłynęło to również na niektóre zwroty akcji znane z książki, które u Weira świetnie zadziałały, zaś w adaptacji Lorda i Millera nie mają aż takiego oddziaływania. Z jednej strony rozumiem, że reżyserzy postawili wszystko na jedną kartę, czyli więź Grace’a i Rocky’ego, ale z drugiej historia mogłaby być jeszcze bardziej epicka, gdyby twórcy lepiej potrafili budować napięcie w niektórych scenach. Trzeba jednak przyznać, że są momenty, które zapierają dech w piersi, jak chociażby fenomenalna scena na orbicie Adrian, obcej planety układu Tau Ceti. To właśnie wtedy format IMAX-owy może pokazać pełnie swojej możliwości. Warto również docenić parę scen, które rozbudowują tę historię w ciekawy sposób, żeby za wiele nie zdradzać, to wspomnę jedynie o samym zakończeniu.
Projekt Hail Mary
GramTV przedstawia:
Co bardzo cieszy, to podążanie drogą Christophera Nolana i jego Interstellar w kwestii praktycznych efektów. Twórcy wyszli z założenia, że CGI zastosują tylko wtedy, gdy będzie to konieczne. Ta filozofia przełożyła się na jeden z najładniejszych filmów ostatnich lat. Projekt Hail Mary wygląda niesamowicie, zarówno w scenach w kosmosie, jak i na Ziemi. Jest pewna zabawna scena, w której reżyserzy wykorzystali małe makiety statków, zamiast korzystać po prostu z efektów komputerowych. Można się co prawda czasami doczepić do samych zdjęć, czy też montażu, które odbierają trochę ze wspomnianego wyżej napięcia, ale też można zrzucić to na kinową wersję, w której wyraźnie dokonano kilku cięć, aby skrócić metraż. Wątpię, abyśmy doczekali się wersji reżyserskiej, ale ta mogłaby być jeszcze lepsza. Trzeba również pochwalić perfekcyjną ścieżkę dźwiękową skomponowaną przez Daniela Pembertona, która jest tak bardzo nieoczywista dla science fiction, jak tylko może być. Co prawda nie brakuje utworów, które są charakterystyczne dla tego gatunku, jak we wspomnianej scenie na planecie Adrian, ale też niektóre kompozycje bardziej pasowałyby do przygodówki rozgrywającej się w dżungli niż do kosmicznej przygody. Mimo to muzyka działa i stanowi ważny element budowania nastroju w wielu scenach, jeszcze mocniej podkreślając komediowy, czy dramatyczny charakter poszczególnych scen.
Czytając książkę w głowie miałem obraz Rylanda Grace’a jako Ryana Reynoldsa lub Paula Rudda, a nie Ryana Goslinga. W tej roli widziałem bardziej komediowego aktora, ale po tych wszystkich latach od premiery powieści, teraz już wiem, że nie byłby to dobry wybór. Zresztą wystarczy obejrzeć film, aby zobaczyć, że Gosling zdecydowanie broni się w tej roli. Odpowiednio prowadzi swoją postać zarówno w wątku na Ziemi, jak i samotnego wędrowca na Hail Mary, a prawdziwy potencjał wykazuje w relacji z Rockym. To dzięki temu aktorowi łatwo uwierzyć w tę relację i to, że Erydianin jest żywą, prawdziwą istotą. Świetna jest także Sandra Hüller jako Stratt, w której jest trochę więcej ciepła i niepewności niż w pierwowzorze. Szkoda, że wycięto tak wiele scen z jej udziałem, gdyż to mogłaby być rola godna nawet nominacji do Oscara. Resztę obsady w zasadzie trzeba potraktować jako tło. To nie Marsjanin, gdzie nawet niewielkie role miały duże znaczenie dla rozwoju fabuły. Wyróżnić można jedynie Lionela Boyce’a jako oficera Carla, z którym Grace nawiązuje równie bliską i osobliwą relację, co później z Rockym. To sprytny zabieg twórców, aby najpierw pokazać nam, jak bohater Goslinga szybko zjednuje sobie ludzi, żeby później zrozumieć, dlaczego jego więź z Rockym równie szybko się rozwija.
Projekt Hail Mary nie zachwyca na początku. Prolog i pierwszy akt są trudne, szczególnie dla fanów książki, którzy dostają chaotyczną narrację i wiele dziwnych decyzji twórczych, które nie zawsze pasują do tego, co znamy z literackiego pierwowzoru. Ale gdy na scenie pojawia się Rocky, wszystko się zmienia i film zaczyna nabierać kształtów. I chociaż żal, że niektóre ważne sceny zostały wycięte, a inne nie oddziałują tak emocjonalnie, jak powinny, to doceniam koncepcję twórców, że przede wszystkim ma to być to historia o nietypowej więzi dwóch obcych sobie istot, które mają wspólne zadanie. Zresztą scena na Adrian wiele wynagradza i pokazuje, że Projekt Hail Mary pomimo problemów, może stać na tej samej półce współczesnych klasyków science fiction co Marsjanin, Grawitacja, czy Interstellar.
8,0
Projekt Hail Mary potrzebuje trochę czasu, żeby przekonać do siebie, ale gdy tylko na ekranie pojawia się Rocky, historia staje się o wiele ciekawsza.
Plusy
Świetna relacja Grace’a z Rockym
Zresztą Rocky jest niesamowicie żywym, prawdziwym bohaterem, pomimo tego, że wygląda jak skała z odnóżami
Fenomenalna scena na planecie Adrian
Dużo działającego humor…
…ale również sporo dobrze poprowadzonych dramatycznych momentów
Wygląda doskonale z tymi wszystkimi efektami praktycznymi
CGI też stoi na bardzo wysokim poziomie
Nieoczywista, ale budująca emocje ścieżka dźwiękowa
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!