Wraz z kolejnymi latami widzowie bardziej docenili tę produkcję.
Gdy mowa o najważniejszych filmach science fiction końcówki XX wieku, od razu na myśl przychodzi Matrix. Produkcja Wachowskich z 1999 roku nie tylko odniosła ogromny sukces, ale też na stałe zmieniła sposób, w jaki Hollywood zaczęło myśleć o efektach specjalnych, scenach akcji i historiach podważających naturę rzeczywistości. Rok wcześniej do kin trafił jednak inny film, który podejmował podobne tematy, robił to w znacznie mroczniejszym stylu i mimo świetnego przyjęcia przez krytyków nie zdobył takiej popularności, na jaką zasługiwał.
Mroczne miasto
Mroczne miasto – niedoceniony na premierę film science fiction zasługiwał na więcej od widzów
Chodzi o Mroczne miasto w reżyserii Alexa Proyasa. Film zadebiutował 27 lutego 1998 roku i mógł pochwalić się naprawdę mocną obsadą. Na ekranie pojawili się między innymi Rufus Sewell, Kiefer Sutherland, Jennifer Connelly, Richard O’Brien, Ian Richardson oraz William Hurt. Głównym bohaterem historii jest John Murdoch, mężczyzna cierpiący na amnezję, który odkrywa, że jest podejrzewany o morderstwo. Próbując ustalić, kim naprawdę jest, trafia na ślad tajemniczych Obcych i stopniowo poznaje prawdę o świecie, w którym żyje.
Choć Mroczne miasto spotkało się z uznaniem recenzentów, finansowo wypadło znacznie słabiej, niż można było oczekiwać. Film zarobił zaledwie 27,2 mln dolarów, a jego budżet wyniósł 27 mln dolarów. Nie było więc mowy o żadnych sukcesie finansowym. Z czasem produkcja trafiła do kategorii tytułów cenionych przez fanów gatunku oraz kinomanów szukających mniej oczywistych perełek. Kontrast z Matrixem jest tym ciekawszy, że obie produkcje opowiadają o zwyczajnym człowieku, który odkrywa, że znana mu rzeczywistość jest fałszem, a ludzkość znajduje się pod kontrolą zewnętrznej siły.
Różnica tkwiła jednak w sposobie podania tej historii. Mroczne miasto było filmem bardziej ponurym, wolniejszym i mocno zanurzonym w estetyce noir. Zamiast widowiskowej akcji na pierwszym planie znalazły się atmosfera, tajemnica i stopniowe odsłanianie kolejnych elementów układanki. Studio obawiało się jednak, że widzowie nie zrozumieją fabuły, dlatego wymusiło dodanie otwierającej narracji, która w praktyce zdradzała zbyt wiele z głównej intrygi.
GramTV przedstawia:
Matrix okazał się z kolei znacznie bardziej przystępny dla szerokiej publiczności. Historia była bardziej bezpośrednia, konflikt ludzi z maszynami łatwiejszy do uchwycenia, a Neo szybko stał się bohaterem, któremu widzowie mogli kibicować. Do tego doszły dynamiczne sceny akcji, efektowna oprawa wizualna i tempo, które sprawiało, że film działał nawet na osoby niezainteresowane głębszymi rozważaniami o symulacji czy naturze rzeczywistości.
Problemem Mrocznego miasta była również promocja. Studio nie do końca wiedziało, jak sprzedać ten film, przez co początkowo traktowało go niemal jak horror. Zwiastuny i materiały reklamowe pozostawały niejasne, a kampania nie potrafiła zbudować wyrazistej tożsamości produkcji. Nie pomógł też termin premiery, gdyż na początku 1998 roku kina wciąż znajdowały się pod ogromnym wpływem Titanica Jamesa Camerona.
Matrix miał pod tym względem znacznie więcej szczęścia oraz lepiej przemyślaną strategię. Warner Bros. umiejętnie podsycało tajemnicę wokół filmu, zachęcając widzów do samodzielnego odkrywania jego świata. Dużą rolę odegrał także internet, który studio wykorzystało w promocji w czasie, gdy podobne działania wciąż były stosunkowo świeżym pomysłem. Efekt był prosty. Wokół Matrixa zaczęło narastać zainteresowanie, które przełożyło się później na ogromny sukces.
Warto też pamiętać, że oba filmy łączy coś więcej niż podobna tematyka. Matrix wykorzystał część dekoracji z Mrocznego miasta. Dotyczyło to między innymi plenerowych planów użytych w otwierającej sekwencji pościgu po dachach. Przy obu produkcjach pracowali także niektórzy specjaliści od efektów wizualnych, co przełożyło się na pewne estetyczne pokrewieństwo. Nie oznacza to, że Matrix nie mógłby powstać bez filmu Proyasa, ale można przypuszczać, że wyglądałby inaczej.
Przede wszystkim jestem wdzięczny, że ta twórczość naprowadziła mnie na ciekawą literaturę.
Z Philipem K. Dickiem byłem zaznajomiony od małego (ojciec miał książki, ja czytałem, co było w domu, a później przez lata tydzień w tydzień, a czasem częściej, chodziłem do lokalnej biblioteki (gdzie mieli jego twórczość), gdzie dosłownie mieli stos kart bibliotecznych po tym, jak kolejna się zapełniła), ale to właśnie Matrix naprowadził mnie na Simulacra and Simulation.
Esej dostawali do przeczytania aktorzy, którzy ubiegali się o rolę. Książkę można też zobaczyć w filmie, na początku Neo używa jej jako schowka.
Inna sprawa, że po przeczytaniu jakoś do mnie nie przemówiła. Zgadzałem się z autorem, jeżeli chodzi o opis działania świata. Że często działamy na podstawie informacji, a nie rzeczywistości. Ale moim zdaniem facet wziął normalne rzeczy, jak właśnie "ludzie działają na podstawie informacji, a nie bezpośredniego kontaktu z czymś", i dopisał do tego duży, filozoficzny wniosek, kończąc, że "rzeczywistość się rozmywa albo znika". Brzmi to głęboko, ale wg mnie dużo głębiej, niż jest w praktyce.
Rozumiem poniekąd jego zamysł, ale weźmy przykład. Działam na podstawie raportu o stanie banku, a nie jego rzeczywistego stanu, bo nie jestem w stanie kontrolować wszystkiego na bieżąco. Właśnie dlatego mamy prawo i przepisy, które regulują, jak taki raport ma powstać i że ma być prawdziwy, żeby nie przekazywał fałszywego obrazu. A nawet jak zadziałam przez fałszywy obraz, to ten fałsz jest realną informacją stworzoną przez kogoś, żeby mną manipulować. To nie znaczy, że rzeczywistość się zmienia albo staje mniej ważna. Rzeczywistość jest, a informacja, którą dostałem, po prostu jest kłamstwem, które też jest rzeczywiste i ma skutki. Jesteśmy tego świadomi, dlatego mamy przepisy i instytucje, które za takie kłamstwa karzą.
Podobnie z marketingiem. Zakładamy z góry, że to najbardziej pozytywne przedstawienie rzeczywistości albo kłamstwo w granicach prawa, i to założenie samo w sobie pokazuje, że dalej odróżniamy przedstawienie od stanu faktycznego. Kłamstwo nie rozmywa rzeczywistości, tylko ją zakłada, bo żeby coś było fałszem, musi istnieć prawda, względem której jest fałszem.
Dlatego myślę, że on próbuje nadać temu głębokie brzmienie, które wcale nie jest takie głębokie, jak się nad tym zastanowisz. Chociaż każdy ma swoje zdanie na ten temat. Tak czy siak ciekawa lektura, która zmusza do myślenia.