Ciężko w to uwierzyć, że twórcy mieli aż takie problemy z produkcją tego filmu.
41 lat temu do kin trafił film, który początkowo wydawał się dla Hollywood zbyt kiepski, aby zainteresować widzów. Dokładnie 3 lipca 1985 roku premierę miał Powrót do przyszłości, czyli produkcja Roberta Zemeckisa, która z czasem stała się jednym z najważniejszych, najbardziej lubianych i najlepiej skonstruowanych filmów science fiction w historii kina. Co ciekawe, zanim Marty McFly wsiadł do DeLoreana, scenariusz filmu odrzucano dziesiątki razy.
Powrót do przyszłości
Powrót do przyszłości zadebiutował w kinach 41 lata temu
Dziś trudno wyobrazić sobie popkulturę bez Marty’ego McFlya, Doktora Browna, podróży do 1955 roku i słynnej sceny pod wieżą zegarową. Powrót do przyszłości jest jednym z tych filmów, które nie tylko świetnie się zestarzały, ale wciąż potrafią działać na nowych widzów. To przygodowe kino science fiction, komedia, historia o rodzinie i opowieść o konsekwencjach ingerowania w czas, a wszystko podane w tak przystępny sposób, że nawet bardziej skomplikowane paradoksy nie przytłaczają seansu.
Film opowiada o nastoletnim Martym McFlyu, granym przez Michaela J. Foxa, który przypadkowo przenosi się z 1985 do 1955 roku za pomocą maszyny czasu skonstruowanej przez ekscentrycznego naukowca, Doktora Browna, w którego wcielił się Christopher Lloyd. Na miejscu bohater niechcący zaburza pierwsze spotkanie swoich rodziców, przez co zaczyna zagrażać własnemu istnieniu. Od tej chwili musi naprawić linię czasu, sprawić, aby jego rodzice znów się w sobie zakochali, a następnie znaleźć sposób na powrót do domu.
Najbardziej zaskakujące jest to, że film, który dziś uchodzi za wzór dobrego sceanriusza, przez lata nie mógł znaleźć studia gotowego zaryzykować produkcję. Scenariusz Boba Gale’a i Roberta Zemeckisa miał zostać odrzucony 44 razy, zanim ostatecznie otrzymał zielone światło. Problemem nie była sama jakość pomysłu, lecz jego nieoczywista pozycja na rynku.
W pierwszej połowie lat 80. komedie młodzieżowe często stawiały na bardziej dorosły humor, natomiast science fiction kojarzyło się przede wszystkim z kosmosem, przyszłością albo wielkimi widowiskami. Powrót do przyszłości szedł w zupełnie inną stronę. Był familijną przygodą o podróży w czasie, której duża część akcji rozgrywała się w latach 50. Dla wielu decydentów brzmiało to ciekawie, ale niekoniecznie komercyjnie.
Columbia Pictures miało uznać projekt za zbyt łagodny, inne studia nie wierzyły natomiast, że motyw podróży w czasie może przełożyć się na sukces finansowy. Disney również zrezygnował, choć z innego powodu. Wytwórnia obawiała się wątku, w którym Lorraine, grana przez Leę Thompson, zaczyna interesować się Martym, nie wiedząc, że ma przed sobą własnego syna z przyszłości. Dziś to jeden z najbardziej pamiętnych i celowo niezręcznych elementów filmu, ale wówczas wystarczył, aby projekt uznano za ryzykowny.
Przełom nastąpił dopiero po zaangażowaniu Stevena Spielberga. Gale i Zemeckis początkowo nie chcieli ponownie korzystać z jego producenckiego wsparcia, ponieważ ich wcześniejsze wspólne projekty nie były sukcesami finansowymi. Obawiali się też opinii, że potrafią realizować filmy wyłącznie dzięki jego nazwisku. Sytuacja zmieniła się po sukcesie Miłości, szmaragdu i krokodyla, który wyreżyserował Zemeckis. Wtedy Spielberg dołączył do projektu, a Universal Pictures, mimo wcześniejszej odmowy, ostatecznie dało filmowi szansę.
Choć podstawowy pomysł od początku był bardzo podobny do znanej dziś wersji, po drodze wprowadzono kilka zmian, które okazały się kluczowe dla charakteru całej produkcji. Marty od początku podróżował w przeszłość, jego rodzice musieli ponownie się w sobie zakochać, a ryzyko wymazania bohatera z linii czasu było centralnym konfliktem opowieści. Zmieniały się jednak szczegóły, które później nadały filmowi wyjątkową tożsamość.
GramTV przedstawia:
W pierwszej wersji Doc Brown funkcjonował jeszcze jako Professor Brown, Jennifer miała inne imię, a Marty był znacznie bardziej interesowny i mniej sympatyczny. Największa różnica dotyczyła jednak maszyny czasu. Kultowy DeLorean nie był częścią pierwotnego scenariusza. Zamiast samochodu twórcy planowali wykorzystać lodówkę napędzaną eksperymentalną technologią.
Ten pomysł całkowicie zmieniał finał historii. Zamiast sekwencji z wieżą zegarową Marty miał trafić z lodówką na poligon atomowy w Nevadzie, aby wykorzystać energię eksplozji jądrowej. Brzmiało to widowiskowo, ale było znacznie mniej eleganckie, droższe i bardziej skomplikowane produkcyjnie. Zamiana bomby atomowej na uderzenie pioruna w wieżę zegarową nie tylko uprościła realizację, ale też stworzyła jeden z najbardziej rozpoznawalnych obrazów w historii kina rozrywkowego.
To nie były jedyne różnice. Doc Brown miał początkowo mieć szympansa o imieniu Shemp, a nie psa Einsteina. Marty wraz z naukowcem był też zamieszany w nielegalne kopiowanie kaset VHS, co czyniło go znacznie mniej sympatycznym bohaterem. Z czasem twórcy odchodzili od rozwiązań, które mogły osłabiać więź widza z postaciami. Właśnie dlatego ostateczna wersja filmu tak dobrze działa emocjonalnie, mimo że opowiada o paradoksach czasowych i alternatywnych konsekwencjach drobnych decyzji.
Zmieniała się również przyszłość rodziny McFlyów. W jednej z wcześniejszych wersji George, grany przez Crispina Glovera, po wydarzeniach z przeszłości zostawał słynnym bokserem, a nie odnoszącym sukcesy pisarzem. Marty miał także starszego brata, a relacje rodzinne wyglądały nieco inaczej. Te poprawki nie naruszały głównego szkieletu opowieści, ale pomagały lepiej pokazać, jak decyzje Marty’ego wpływają na jego życie.
Do historii przeszła również scena muzyczna, w której Marty wykonuje Johnny B. Goode. Pierwotnie planowano użyć Rock Around the Clock, ale zmiana utworu pozwoliła twórcom zbudować jeden z najzabawniejszych żartów filmu. Bohater nieświadomie staje się inspiracją dla przyszłości rock and rolla, a scena zyskuje dodatkowy poziom popkulturowej gry z widzem.
Jednym z elementów, które na szczęście pozostały bez zmian, był tytuł. Universal nie było jednak w pełni przekonane do nazwy Back to the Future. Wytwórnia miała obawiać się, że słowo „future” sprawi, iż film zostanie odebrany jako produkcja wyłącznie dla fanów science fiction. Proponowano więc alternatywny tytuł Space Man from Pluto, który zupełnie nie oddawał charakteru historii.
Pomysł zakładał nawet dostosowanie dialogów i finału do nowej nazwy. George miał napisać książkę zatytułowaną Space Man from Pluto, aby połączyć zmianę tytułu z fabułą. Ostatecznie interweniował Spielberg, który pomógł zachować oryginalną nazwę. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, trudno nie uznać tego za jedną z najlepszych decyzji podjętych przy całym projekcie.
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!