Tylko jedna wersja Jamesa Bonda zerwała z 62-letnią tradycją serii. I nie wyszło to za dobrze

Radosław Krajewski
2026/01/10 18:00
0
0

Schemat nie został utrzymany, przez co otrzymaliśmy jedną z gorszych odsłon serii o Agencie 007.

Seria o Jamesie Bondzie liczy już ponad sześć dekad historii i w tym czasie kolejne filmy wykształciły zaskakująco powtarzalny schemat. W przypadku aktorów, którzy wcielali się w Agenta 007 przez co najmniej trzy filmy, to właśnie trzecia odsłona bardzo często okazywała się momentem przełomowym. Jedynym wyjątkiem od tej reguły pozostaje Pierce Brosnan.

James Bond
James Bond

James Bond – tylko wersja Pierce’a Brosnana miała nieudaną trzecią część swojej serii

W erze Sean Connery fundamenty pod serię były kładzione od samego początku, jednak to Goldfinger stał się filmem, który w pełni zdefiniował kinowego Bonda. Ikoniczny prolog, wyraźnie zarysowana relacja z Q oraz kultowy Aston Martin sprawiły, że właśnie trzecia przygoda Conneryego do dziś uchodzi za esencję całej serii.

Podobną drogę przeszedł Roger Moore. Po solidnym debiucie i mniej entuzjastycznie przyjętej kontynuacji, to Szpieg, który mnie kochał pozwolił Moore’owi wyjść z cienia poprzednika i na dobre ukształtować własną wersję agenta 007.

Trend ten utrzymał się również w nowoczesnym wcieleniu marki. Daniel Craig zachwycił widzów surowym i realistycznym Casino Royale, zaliczył potknięcie w drugiej odsłonie, by następnie wrócić w wielkim stylu dzięki Skyfall, który dla wielu fanów stał się filmem definiującym całą jego erę.

GramTV przedstawia:

Na tym tle wyjątkowo prezentuje się okres, w którym Bondem był Brosnan. GoldenEye otwierał jego kadencję z ogromnym rozmachem i jasno określoną wizją, co było odpowiedzią na kontrowersje po filmach Timothy’ego Daltona oraz długą przerwę w serii. Jednak trzeci występ aktora, czyli Świat to za mało, mimo sukcesu finansowego i atrakcyjnych lokacji, nie spełnił oczekiwań pod względem fabuły.

To właśnie wtedy zaczęły coraz mocniej przebijać się elementy przesady i autoparodii, które później zdominowały Śmierć nadejdzie jutro. Zamiast stopniowego doskonalenia formuły, każda kolejna misja pogłębiała kryzys tożsamości postaci, dodatkowo spotęgowany przez zmieniające się kino akcji i popkulturową satyrę spod znaku Austina Powersa.

Historia serii pokazuje więc wyraźnie, że dla większości odtwórców roli 007 trzecia część była momentem, w którym wizja Bonda osiągała pełnię swoich możliwości. W przypadku Pierce’a Brosnana stała się natomiast sygnałem, że nawet najbardziej elegancki agent Jej Królewskiej Mości może zgubić własny kierunek. Nic więc dziwnego, że po porażce Śmierć nadejdzie jutro, czyli czwartego filmu z Brosnanem, twórcy zapragnęli nowego odtwórcę roli Jamesa Bonda.

Komentarze
0



Nie ma jeszcze żadnych komentarzy. Napisz komentarz jako pierwszy!