Reżyser Resident Evil krytykuje twórców ekranizacji gier. „To skandaliczne”

Radosław Krajewski
2026/02/26 19:00
2
0

Twórca nakłania członków ekipy do zapoznania się z grami.

Sukces seriali The Last of Us, Fallout oraz kinowego hitu Super Mario Bros. Film pokazuje, że adaptacje gier wideo przeżywają prawdziwy renesans. W branży filmowej coraz częściej mówi się o tym, że to właśnie growe adaptacje są w stanie pokonać monopol superbohaterskich produkcji. W tym kontekście głos zabrał twórca, który z ekranizacjami gier jest związany od dekad.

Resident Evil
Resident Evil

Paul W. S. Anderson uważa, że twórcy ekranizacji gier muszą zagrać w adaptowane produkcje

Paul W. S. Anderson, reżyser filmowych odsłon serii Resident Evil, a także produkcji opartych na markach Mortal Kombat oraz Monster Hunter, w podcaście Post Games przyznał, że nie wyobraża sobie pracy nad adaptacją bez znajomości materiału źródłowego. Jego zdaniem brak takiego zaangażowania to poważny błąd.

Uważam, że dla mnie to bardzo ważne, by być fanem. Zawsze szokuje mnie, gdy reżyserzy udzielają wywiadów i mówią, że robią film na podstawie gry, ale nigdy w nią nie grali. To skandaliczne. Czy ktoś zaadaptowałby Wojnę i pokój i powiedział, że nie czytał książki, bo ma scenariusz i to mu wystarczy, a samą powieścią się nie interesuje?

Twórca podkreśla, że ignorowanie oryginału jest brakiem szacunku wobec odbiorców, którzy spędzili z daną marką dziesiątki godzin:

Mam wrażenie, że to krzywdzi ludzi, którzy kochają tę grę i poświęcili jej wiele godzin, dni i miesięcy swojego życia, jeśli twórca całkowicie to ignoruje.

Szczególną uwagę Anderson zwraca na warstwę wizualną i klimat. Według niego kluczem do udanej adaptacji jest uchwycenie estetyki oraz sposobu, w jaki gra operuje kamerą i napięciem.

Zawsze dopilnowuję, aby scenografowie, z którymi pracuję, grali w daną grę albo przynajmniej oglądali jej przejścia, żeby wiedzieli, jak wygląda ten świat, a operator rozumiał, jak porusza się kamera. Wszystkie te elementy są obecne w moich filmach, bo są obecne w grach, które adaptuję. Dbam o to, by cała ekipa była w tym zanurzona, dzięki czemu fani czują, że DNA gry jest wpisane w film. To buduje ogromny kredyt zaufania.

GramTV przedstawia:

Reżyser przyznał również, że przy pracy nad pierwszym Resident Evil szczególnie zależało mu na oddaniu grozy znanej z oryginału. Jako przykład wskazał kultową scenę z wyskakującymi przez okno psami zombie.

To było przerażające. Pomyślałem, że muszę zrobić straszny film, bo gra jest straszna i właśnie to oferuje odbiorcom. Nie mogłem stworzyć wiernej kopii jeden do jednego, bo widzowie wiedzieliby dokładnie, kiedy pies wyskoczy przez okno i byliby na to przygotowani. Nie chciałem odbierać im tego doświadczenia, bo element zaskoczenia jest częścią przeżyć związanych z grą i powinien zostać przeniesiony do filmu.

Choć filmowe odsłony Resident Evil spotykały się z mieszanymi opiniami fanów, Anderson pozostaje wierny zasadzie szacunku wobec marki oraz zrozumienia, czego gracze oczekują od danej historii. Dziwi więc, że pomimo tych deklaracji, film Monster Hunter okazał się tak daleki od gier Capcomu i tego, czego oczekiwali fani.

Komentarze
2
dariuszp
Gramowicz
Dzisiaj 08:04
Grze napisał:

Jest to słuszna koncepcja, choć dyskusyjna. 

Bo np. ja głównie wypowiadam się na tematy, o których nie mam zielonego pojęcia (no, ale mnie wolno). 

Natomiast ogólnie rzecz biorąc, jak ktoś maluje pejzaż ze słyszenia, to dobrej kopii nie zrobi. Oczywiście, jeśli zamysł jest taki, że ma powstać dzieło autorskie, np. z czarnymi elfami, albo bandą 7 pstrokatych dziwno-ludków, to już chyba trudno nazwać adaptacją?

Nie wiem, trza by się zapytać jakiegoś językoznawcę lub kulturoznawcę, gdzie kończy się granica.

Tylko teraz tak sobie myślę, jeśli ktoś jest fanem pomidorowej z ryżem a dostanie owocową z kaszą, to chyba nie będzie zadowolony. Nawet pomidorowa z makaronem może nie przypaść do gustu, chociaż np. moim zdaniem jest lepsza.

Więc nietrzymanie się materiału źródłowego jest jak nietrzymanie moczu...

Jest granica. Np weź historię Red Dead Redemption 2 i spróbuj ją zamknąć w filmie co ma 90-120 minut. Oczywiście że nie da się oddać ducha gry w tym czasie. Masz mnóstwo postaci do przedstawienia. Świat. Musisz dać czas by widz przywiązał się do nich zanim zaczną ginąć. Musisz zbudować emocjonalny bagaż zanim wbijasz w niego nóż.

Ale z drugiej strony branie licencji tylko by użyć ją jako wehikuł do aktywizmu to też przesada. 

Czasem lepiej zrobić inną historię w świecie gry i tylko ją powiązać z wydarzeniami w grze. 

Dobry przykład to ekranizacja Baldur's Gate 3. Jestem podejrzliwy. Zwłaszcza że od razu odrzucili pomysł współpracy z aktorami czy scenarzystami czy ogólnie studiem Larian odpowiedzialnym za grę. No chyba że aż tak dobrze znają materiał albo to Larian nie chciał się mieszać. 

Ale tak czy siak wystarczyło po prostu zrobić oryginalną historię w świecie D&D I zwyczajnie użyć miasto jako tło. I użyć aktorów jako cameo pokazując że wydarzenia z BG3 dzieją się gdzieś w tle. 

Ogólnie bawi mnie brak szacunku filmowców do gier biorąc pod uwagę że branża gier dawno ich przeskoczyła. Gry mają przewagę nad filmem dzięki temu że są interaktywne. 

Grze
Gramowicz
Dzisiaj 07:30

Jest to słuszna koncepcja, choć dyskusyjna. 

Bo np. ja głównie wypowiadam się na tematy, o których nie mam zielonego pojęcia (no, ale mnie wolno). 

Natomiast ogólnie rzecz biorąc, jak ktoś maluje pejzaż ze słyszenia, to dobrej kopii nie zrobi. Oczywiście, jeśli zamysł jest taki, że ma powstać dzieło autorskie, np. z czarnymi elfami, albo bandą 7 pstrokatych dziwno-ludków, to już chyba trudno nazwać adaptacją?

Nie wiem, trza by się zapytać jakiegoś językoznawcę lub kulturoznawcę, gdzie kończy się granica.

Tylko teraz tak sobie myślę, jeśli ktoś jest fanem pomidorowej z ryżem a dostanie owocową z kaszą, to chyba nie będzie zadowolony. Nawet pomidorowa z makaronem może nie przypaść do gustu, chociaż np. moim zdaniem jest lepsza.

Więc nietrzymanie się materiału źródłowego jest jak nietrzymanie moczu...