Jak zwykle nikt Wam nie każe zgadzać się z przedstawionym w tekście punktem widzenia. Można i nawet trzeba wygłaszać na forum własne opinie... Najpierw jednak wypadałoby zapoznać się z treścią felietonu:
Po przerwie powracamy do wstrzymanego miesiąc temu tematu – do eksploracji kosmosu w ujęciu zarówno naukowym, jak i fantastycznym. Czyli do przeglądu rozmaitych wizji, przewijających się w kulturze masowej i sporadycznych dywagacji nad ich sensownością.
Na samym początku (felieton W samo południe, przygotowując kosmiczny grunt) nakreśliłem pewną linię, opartą jednocześnie niejako na dwóch płaszczyznach – zasięgu eksploracji i przejściu z hard SF do space opera. Dochodząc do tematu kolonizacji nowych terytoriów (W samo południe, zaczynając kolonizację obcego globu), otarłem się o kwestię buntu ludzkich kolonii. Wspomniałem wtedy, że motyw wojny ze zbuntowanymi koloniami nie jest specjalnie chętnie wykorzystywany przez twórców. Może stanowić tło, ale rzadziej główną oś opowieści. To, że coś nie występuje masowo, nie znaczy bynajmniej, iż nie jest warte uwagi. Dlatego właśnie kolonie i ich relacje z macierzystą Ziemią wybrałem na temat dzisiejszego felietonu.
Pełen tekst znajdziecie tutaj