Neil Gaiman, Michael Zulli, Jon J. Muth i Charless Vess – „Sandman: Przebudzenie”
Neila Gaimana przedstawiać raczej nie trzeba, a i o Sandmanie słyszeli chyba wszyscy miłośnicy poważnego komiksu. Tym, którzy, mimo wszystko, nie wiedzą, kto zacz ten ostatni, dość rzec, iż seria o Władcy Snów została powszechnie uznana (zarówno przez krytyków, jak i „przeciętnych zjadaczy czytelniczego chleba”) za jedno z największych i najinteligentniejszych dzieł popkultury. Przy czym miano owo zyskała głównie dlatego, że sztuka komiksowa wciąż jest spychana z piedestału tak zwanej „kultury wysokiej”. Albumy, których głównym bohaterem jest Morfeusz alias Sandman alias Sen z Nieskończonych, to wspaniała epopeja, pełna niesamowitych postaci, mistycyzmu oraz odniesień do rozmaitych wydarzeń historycznych i mitologii, a nawet zdająca się aspirować do stworzenia własnej mitologii. Ot, takiej w sam raz na eklektyczne czasy, w których poszukujemy wiedzy z różnych źródeł (choć co poniektórzy fanatycy chętnie by ów stan rzeczy zmienili). Dodajmy, że aspiracja owa została uwieńczona sukcesem.